Wszystko oczywiście zależy od tego, do kogo adresujemy przekaz? Jeśli ma to być opracowanie naukowe, to będzie ujęte w ścisłe ramy pracy monograficznej o rodzinie, naszpikowane odsyłaczami, przypisami i bibliografią.
Można zaprezentować genealogię wcinaną, wzbogaconą wywodami lub drzewami, dołączając do tego notki biograficzne o członkach rodziny. Zazwyczaj dodajemy też rys historyczny terenu lub miejscowości i inne uzupełnienia wedle fantazji i potrzeb. Całość ozdabiamy ikonografią: zdjęciami osób, miejsc, dokumentów oraz mapami.
Zawsze się zastanawiałem, jak zareagują na takie opracowanie osoby starsze, które niekoniecznie muszą mieć przygotowanie genealogiczne i historyczne? Czy będą podobnie do nas, czytały to z wypiekami na twarzy? Czy z grzeczności tylko powiedzą, że im się bardzo podoba?
Oczywiście opracowanie typu naukowego jest podstawą, do prezentacji stanu naszych badań.
Ale czy aby jest wystarczające? Czy suche relacje przemówią do naszych potomków, którzy być może za kilkadziesiąt lat wezmą do ręki nasze opracowania? Będą one miały bez wątpienia wartość dokumentacyjną i poznawczą, ale chodzi też o ładunek emocjonalny.
Znalazłem tego typu opracowanie, które osobiście uznałem za spełniające to moje oczekiwanie. Uprosiłem autorkę o możliwość opublikowania tego opowiadania na stronach towarzystwa genealogicznego.
Dlaczego akurat fabularyzowane opowiadanie uważam za świetny przykład opracowania genealogicznego? To przecież rodzaj geneo-fiction. Zgoda, ale oceńcie to sami.
Autorką jest nasza koleżanka „Margola” czyli Małgorzata Blewąska-Żywicka.
Akcja rozpoczyna się w 1828 roku na jednej ze wsi wielkopolskich. Towarzyszymy rodzinie chłopskiej w ich codziennym życiu, pracy, radościach i smutkach przez wiek XIX. To jednocześnie świetny przykład na to, że aby stworzyć emocjonującą historię rodzinną, wcale nie musimy sięgać badaniami setek lat.
Margola w swoich poszukiwaniach oparła się jak my wszyscy na księgach stanu cywilnego i księgach parafialnych, uzyskując obraz rodziny w formie nazwisk i dat. Ale jej dociekliwa natura sprawiła, że nie poprzestała na tym. Nie wystarczyło jej połączyć owe nazwiska i daty w drzewo genealogiczne. Zaczęła zastanawiać się, jak też żyli jej przodkowie? Co jedli, jak się bawili, jak ubierali, jak rozmawiali i o czym? Analizując suche zapisy metrykalne, zaczynała widzieć w nich nie tylko zdarzenia historyczne z naszego punktu widzenia, ale także to, że w tamtym czasie stanowiły one przełomowe momenty losach rodziny. To one powodowały, że w domach gościła radość lub łzy. Jak na to reagowali współcześni? Czy inaczej niż my dzisiaj?
Dzięki doskonałej znajomości tła historycznego, historii miejscowości w których żyli jej przodkowie, dzięki pogłębionym studiom nad obyczajami chłopskimi i folklorem, a nade wszystko dzięki wrażliwości i talentowi literackiemu, zdołała autorka przyoblec suche zapisy metrykalne, we wspaniałe opowiadanie rodzinne, pełne ciepła i liryki, scenek rodzajowych, folkloru i odgłosów wydarzeń historycznych. Wszystkie postaci i miejsca są autentyczne, tak jak i autentyczne są główne zdarzenia. Reszta, to wyobraźnia autorki, ale jakże wspaniała.
Czyta się to jednym tchem. Gorąco polecam. Tu jest bezpośredni odnośnik do opowiadania genealogicznego.
Powyższy tekst jest słowem wstępnym, jakim opatrzyłem opracowanie naszej Koleżanki Małgosi, więc gdy już dotrzecie na strony TGCP, to możecie spokojnie go pominąć i od razu przejść do zasadniczej treści
Pozdrawiam serdecznie
Waldemar Fronczak


