Drogie Koleżanki Genealożki, Drodzy Koledzy Genealodzy!
Przyszedł czas, aby oznajmić wesołą nowinę:
Zakończyło się już przysyłanie prac na nasz przegląd twórczości literackiej. W imieniu swoim, jak i Spragnionych Czytelników, chciałem serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy zechcieli się podzielić swoją twórczością. Chciałem podziękować również Marii, bez której wydatnej pomocy i anielskiej cierpliwości byłoby o wiele trudniej zrobić cokolwiek.
Mam nadzieję, że zabawa (a pewnie coś więcej, niż zabawa) przypadnie wam do gustu i będzie kontynuowana w przyszłości. W jakiej to będzie formie – zależy tylko od nas wszystkich. Wszak vox populi, vox dei.
Być może warto już teraz pomyśleć o kolejnych tekstach? A może komuś kołacze się po głowie idea konkursu fotograficznego? A może jakiegoś innego…?
Nie mogę się już doczekać, kiedy zapoznam się z pokłosiem naszej zabawy. Wszystkie prace wpłynęły do naszej administratorki, a ta skrzętnie zamknęła je w swoim sejfie. Pora więc, aby miejscami ponure kartoflisko genealogicznego ugoru rozkwitło wonnym kwieciem literatury.
Droga Mario, jeśli możesz, wstaw prace na forum!
tomek
I Przegląd Twórczości Literackiej Genealogów- prace
Moderatorzy: elgra, maria.j.nie
- maria.j.nie

- Posty: 2739
- Rejestracja: pn 19 mar 2007, 23:36
- Lokalizacja: Lubuskie
- Podziękował: 18 times
- Otrzymał podziękowania: 2 times
"Znalazłam zeszyt sprzed lat", "MASTALERZE&am
Autor: Marjolaine "• Znalazłam zeszyt sprzed lat"
znalazłam zeszyt sprzed lat
wyblakłe pismo
na tle herbaty plam
w moim dzienniku sprzed lat
na nowo odkrywam ślad
odkrywam kolejne dni
przewracam następne strony
otwiera się przede mną
świat odnaleziony…. 1
Wiele nastolatek pisało dzienniki (teraz raczej blogi). Ja zaczęłam w latach 60-tych. Pierwszy zlikwidowałam po wykryciu przez mamę. Następny założyłam rok później. Strzegłam go pilnie. To był mój powiernik. Jemu zwierzałam się. Był mi potrzebny w chwilach radosnych i smutnych. Były też dłuższe przerwy, kiedy nie był mi potrzebny. Ale po nich następowały chwile, gdy znów potrzebowałam wypisać się. W nich jest moje życie. To mój świat odnaleziony…
Zbliża się kres mego życia i okres porządkowania po życiowej wędrówce. Zastanawiam się co zrobić z tymi zeszytami, których uzbierało się trochę. Nie stanowią wartości literackiej. Nie mam je komu zostawić. A jednak szkoda zlikwidować je. Bo tobyło czyjeś życie….
Zeszyt z piosenkami z lat 50-60-tych http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/4eb ... 352ef.html ; http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/127 ... 94d32.html (oprac. Marjolaine – luty 2012)
---------------------------------------------------------
1 Słowa ze strony internetowej
*****************************************
Autor: Stanisław Leszek Pieniążek • "MASTALERZE"
znalazłam zeszyt sprzed lat
wyblakłe pismo
na tle herbaty plam
w moim dzienniku sprzed lat
na nowo odkrywam ślad
odkrywam kolejne dni
przewracam następne strony
otwiera się przede mną
świat odnaleziony…. 1
Wiele nastolatek pisało dzienniki (teraz raczej blogi). Ja zaczęłam w latach 60-tych. Pierwszy zlikwidowałam po wykryciu przez mamę. Następny założyłam rok później. Strzegłam go pilnie. To był mój powiernik. Jemu zwierzałam się. Był mi potrzebny w chwilach radosnych i smutnych. Były też dłuższe przerwy, kiedy nie był mi potrzebny. Ale po nich następowały chwile, gdy znów potrzebowałam wypisać się. W nich jest moje życie. To mój świat odnaleziony…
Zbliża się kres mego życia i okres porządkowania po życiowej wędrówce. Zastanawiam się co zrobić z tymi zeszytami, których uzbierało się trochę. Nie stanowią wartości literackiej. Nie mam je komu zostawić. A jednak szkoda zlikwidować je. Bo tobyło czyjeś życie….
Zeszyt z piosenkami z lat 50-60-tych http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/4eb ... 352ef.html ; http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/127 ... 94d32.html (oprac. Marjolaine – luty 2012)
---------------------------------------------------------
1 Słowa ze strony internetowej
*****************************************
Autor: Stanisław Leszek Pieniążek • "MASTALERZE"
- Raz pewien rycerz ze swoją świtą
Wiadomo, zabrał i białogłówkę
Rankiem majowym, wybrał się w plener
Pragnąc dla wszystkich, urządzić majówkę
Rycerz był znany ze swej odwagi
A białogłowa cudnej urody
Przez wsie jechali. Gdzieżby tu stanąć
Aż dojechali do Czarnej Wody
Z karet wysiedli, nad piękną rzeką
Na grill wrzucili dwa udźce byka
Piwo się lało jak zwykle wieczorem
Już na zagrychę z nich każdy czeka
Rycerz zawołał więc swego sługę
Żeby nakrycia rozstawił na trawie
Więc sługa stawia i zauważa
Zapomniał zabrać talerzy w zastawie
Rycerz się rozdarł wkurzony srodze
Co! Z trawy będę jadł z białogłową
Jeśli za chwilę nie znajdziesz talerzy
Swoją zbyt durna odpowiesz głową
Więc wystraszony o swoją głowę
Lata po giermkach pyta każdego :
Masz talerz może, masz talerz czasem?
Nie chcąc utracić dziś życia swego.
Wreszcie ktoś znalazł gdzieś jakiś talerz
Sługa spokojny o swoją głowę
Rycerz pochwycił kawałek udźca
Już mógł nakarmić nim białogłowę
Odtąd za sługą w całym królestwie
Niosło się stale zwykłe pytanie:
Masz talerz sługo? Masz talerz sługo?
I Mastalerzem zwano go długo.
Etymologia tego nazwiska
Od zdania wyszła MASZ SŁUGO TALERZ
I tak w zamierzchły wieczór majowy
Pojawił się nam pierwszy Mastalerz
A potem dzieci owego sługi
W rodzie bywali także rycerze
Tylko Mastalerz nazywać się chcieli
Nie ważne w jakiej modlili się wierze
Jak każdej z panien Mastalerzówien
Wielką zaletą bywa uroda
Jeśli majówka ze swym rycerzem
To tylko Kociewie i Czarna Woda.
- maria.j.nie

- Posty: 2739
- Rejestracja: pn 19 mar 2007, 23:36
- Lokalizacja: Lubuskie
- Podziękował: 18 times
- Otrzymał podziękowania: 2 times
"Cierpki smak życia", "Rymowana kronika turec
Autor: Krzysztof Art Dławichowski • "Cierpki smak życia"
Jak ufać w istotę trwania
W co wierzyć i jakie robić plany
Kiedy nić mych pragnień jest przerwana
Gdy czuję się przegrany.
Całe życie przeszło bocznym śladem
Nie miał człek do powiedzenia nic
I boję się myśleć nad ranem
Jak na nowo zacząć żyć.
Refren:
Miłość ma być ostoją przetrwania
Rodzina najważniejsza ponoć w życiu jest
A ja już dość mam tego gadania.
Najchętniej bym jak Bursa, Stachura
Pieprznął to i polazł gdzieś precz
Rozumiem teraz tragizm narkomana
Gdy cel w życiu straconym jest.
Refren:
***************************************
Autor: Krzysztof Art Dławichowski • "Rymowana kronika tureckiej eskapady"
Nie będzie to opowieść, czytelniku miły
O syrenach, smokach i wężach co się wiły
Nie będzie to powieść jak „Pieprz i wanilia”
Lecz o podróżnikach z Łodzi i z Koszalina
Będzie to historia spisana krok po kroku
O wakacjach w Turcji w pamiętnym 2010 roku
I wiedz, że piszący trudził się, by nie minąć liter
Więc po przeczytaniu kroniki postaw chociaż „liter”.
Środa 15 wrzesień.
Wyprawa o świcie z poznańskiego lotniska startuje
Bożka w dłoni ma woreczek a Elka już żałuje
Za bulajem cała Polska za nami deszczem płacze
Ja nie żałuję, opalony za tydzień znowu ją zobaczę
Pod nami już chmury i coś w uchu mocno ściska
To tylko ciśnienie, mówi Andrzej, rzecz oczywista
Każdy nadzieję pod serduszkiem nosi
Że cało doleci i o słońce Boga prosi.
Krzysiek w Baltonie kupił narodowy polski napój.
Obiecuje
Że na miejscu natychmiast stwórcy za cud lądowania podziękuje
Tymczasem stewardesa, Stefka czikenem częstuje
I widać że ser turecki nie tylko jemu smakuje
Lot SKY-aem aż cztery godziny trwała i była urocza
Tu kłamię i nos jak u Pinokia rośnie mi do krocza
Bo tak naprawdę Hali ciasno było jak cholera
Narzekała, że miękki fotel nawet w pupę ją uwiera
Ulka miała najgorzej i przez cały lot bardzo się bała
Jak będąc cała w gipsie będzie się kąpała i jak opalała
Wreszcie przylot do Antalyi, Jolka w basenie jak na łonie
Polska wódka w pokoju, piwo Efez na balkonie
Grunt, że jakoś się to wszystko szczęśliwie przeżyło
i 9 zdrożonych ciał w łożach hotelu „Green Beyza”, złożyło.
Czwartek. 16 września. Ósmy cud świata - Konya
5 rano pobudka i w autokar z klimą sprawnie nas upakowano
i do najstarszego miasta w Turcji wyekspediowano
Przewodniczka Beata całą drogę sprawnie bejeruje
Ataturka chwali, chwali, chwali aż mi mózg pulsuje
Karamam, to meczet w którym omam nauki wiary innym przekazuje
Minaret, to wieża z której muazin modlitwę nakazuje
Konya wita turystów szmaragdowym grobowcem Mawlawiego
Żałosnym łkaniem fletu, derwiszy tańcem opiewanego
Kobiece głowy arabek jedwabnymi chustami oplecione
W modlitwie i uniesieniu duchowym całkiem z nim zespolone
Wszyscy dla wszystkich serdeczni i mili dla innych nacji
Jakby nie było przepaści religijnej i indoktrynacji
Jedziemy dalej a wokół domy z gliny w fortece zlepione
By nikt nie dojrzał kobiety tam w środku ujarzmionej
A wszystkim się tam wydaje, że taki już jest los tego świata
Co otumania i rzeczywistość w religijne reguły zaplata.
Cieszę się więc że mieszkam w europejskim państwie prawa
Dającego równe szanse i dla wszystkich jednakie prawa
Tym chętniej oglądam starożytne karawan-seraje, ruiny
Cywilizacyjne cacka z których cały ten kraj słynie
Potem w Konyi śliczny hotel „Wera” i kolacja w nim marna
Gdyby nie lokalny „Migros”, nie byłoby nic do żarła
Nawet zwykły Ekmek, na stołach był dla wszystkich wyłożony
Lecz zabranie go ze sobą, absolutnie zabroniony.
Za to spotkaliśmy wspaniałą rodzinkę z Krakowa
Integracja miodóweczką i przyjaźń na wieki gotowa
„Turecki wieczór” na paniach robi ogromne wrażenie
Opowieśćdzienną kończy dopiero policyjne zagrożenie
To goście hotelowi słusznie nas w recepcji zakablowali
I o 2 rano opowieści nocne tak radykalnie, opanowali.
Piątek. 17 września. Ósmy cud świata – Kapadocja.
Czas zwiedzać Kaymakli w Goreme podziemne miasto
Gdzie dla wszystkich było ciasno, ciasno, ciasno.
Tysiące ludzi od tysięcy lat tam się ukrywało
A to arabowie przed Hetytami, a to chrześcijanie przed arabami
A jedni i drudzy przed Egipcjanami
Labirynt tuneli, jaskiń wykutych w miękkiej skale
Jak oni tam żyli, nie wyobrażam sobie wcale
Co to człowiek robił człowiekowi drugiemu, choć królują meczety
Minęły wieki i nic się nie zmieniło, niestety
Dobrze tak z boku obserwować to sobie i liczyć
Że mamy szczęście i nas to nie może dotyczyć
Dzielna Bożka strach swój tam przezwyciężyła
Zasłużyła na nagrodę i do jubilera trafiła
A tam naokoło skarby jak z sezamu Alladyna
Ula tylko pierścionek kupiła, taka cena była.
Zaś w fabryce obróbki Onyxu pofolgowaliśmy sobie wszyscy
Każdy kupił pamiątkę pamiętając o swych bliskich
Wieczór, to wizyta w manufakturze ceramiki
Gdzie kubeczki z ciemnej glinki a z białej, talerzyki
Jadąc przez Nevszehir, gdzie minaret lśnił z daleka
Widzieliśmy sygnalizatory czas wyświetlające, ile się czeka
Jeszcze nie wiemy jakie są tureckie smaki i specjały
Tylko ranne wstawanie, bagaży dźwiganie i takie tam banały
Tylko Jola wiecznie głośno zachwala i szczebioce
Jest nie do zdarcia. Żyje cała w tureckiej epoce
Więc dalej cała ekskursja pomyka do stolicy Ankary
Gdzie czeka hotel „Safir”, ponoć super wspaniały
W rzeczywistości nie miał kuchni a miał gwiazdki tylko dwie
Toteż każdy spał na innym piętrze i to byle gdzie
Zaś na ulicach ciasnych i brudnych jak to u arabów reguła
Ale obok “Pierre Carde“, “Armani”, “Chanel, “Adidas” i “Puma”.
18 i 19 września. Ósmy cud świata - Stambuł.
„Bee Free” do tych turystycznych zalicza się biur
Które jako jedyne, Muzeum Cywilizacji ma w swym tour
Choć to długie łażenie po salkach, salach i w kolejkach stanie
Warto wszystko zobaczyć. Mieć wiedzę. Mieć pogląd i własne zdanie
A potem już dalsza podróż z kierowcą Hakanem, jakże długa i męcząca
Choć klimatyzacja. Po kilku godzinach wymiękam z gorąca
Cały dzień w drodze do Stambułu oglądamy krajobrazy
Raz to wyschnięte jezioro, biało od soli jak na słonecznej plaży
Drugim razem pomnik Ataturka o którym można tylko dobrze
Bo reformator, bo zbawca narodu. Od tego lizania aż mi niedobrze
Choć mamy przewodniczkę Beatę, która dba o nas i odpowiada na pytania
Jedzie też turecki pilot, Fuat. Taki Cerber, który ma zupełnie wiadome zadania
Dalej, zatoka morza Marmara w ląd się wciska i nam dech zapiera
Widok jest tak przecudny, że klnę z wrażenia jak jasna cholera
Kiedy wreszcie widzę pięć pasów ruchu w jedną stronę i w korku stoimy
Wiem, że przez most nad zatoką Bosfor na bazar nie zdążymy
Cóż można zobaczyć i co kupić na największym suku świata, sami wiecie
Kiedy czas Cię goni a labirynt taki jak u Minotaura na Krecie
Wszędzie ciebie zaganiają i aż strach w dołku ściska
Halę i Bożenkę spotkała natychmiast intratna propozycja
Czy nie były ciekawe, czy nie miały chęci, lub cena była stanowczo za mała
Dość, że z przychylnością pań naszych, absolutnie się nie spotkała
Szybkim krokiem, już prawie po ciemku do bramy zdążały
Gdzie już z niecierpliwością i obawą o ich godność, mężowie czekali
Hotel „Fetih” miał trzy gwiazdki i warunki dla turysty godne
Cerbasi z soczewicy, porządne jedzenie i w łazience bicze wodne
Nieodparte jest wrażenie, że ktoś tu kogoś robi w Trojańskiego konia
To jest prawdziwa stolica. Oczywiste dla największego gamonia
Jutro rejs po morzu. Czy będzie bujało, zastanawiam się i marzę
Aby mogła Bożka, Jola, Ela, Hala, Ula wreszcie poczuć się żeglarzem
Ale tu historię wyprzedzam o cały kawał morskiej mili
więc wracam do początku, żeglarze moi mili.
Na pierwszy ogień zwiedzania Stambułu poszły Stelle wysokie jak minarety
Potem akweduktem i podziemnym miastem zachwyciły się kobiety
Andrzej, Stefan i dwóch Krzyśków, meczet Selima nie spuszczali z oka
W którym katusze cierpiał ojciec Semka w filmie „Oko proroka”
A już najbardziej chcieli na stałe zostać w ozłoconym haremie
Może udałoby się w nocy całować, pieścić. Poczuć się jak w niebie
Tymczasem inni chodzili sterowani z pilota w ucho wetkniętego
Który im mówił gdzie iść i wyjaśniał co to, kiedy i dlaczego.
Nie odczuwali wtedy bariery językowej wcale
Widać było po nich, że rozumieją i bawią się wspaniale
Na drugi ogień poszła Bazylika Mądrości Bożej w pięćsetnym roku zbudowana
Tysiąc lat w chrześcijańskich rękach i przez Krzyżowców zrujnowana
Dziś muzułmanie we wnętrzach swoje cyrografy wstawili
Ale przecież odrestaurowali i od zawalenia ocalili.
Wreszcie przyszła pora, aby zejść do podziemnych otchłani
Gdzie Istambuł wody miał zapas, gdy byli oblegani
Ach, jaki cudny obraz tuż po zejściu ujrzeli zebrani
Wierzcie mi na Allacha. Każdy z nas uśmiech miał barani
Gra świateł po kolumnach setek jeśli nie tysięcy się snuje
By wreszcie ściętą głowę Meduzy w czeluściach wskazuje
I stał się tam cud zgoła niesłychany i w annałach nie odnotowany
Ani teraz, ani później, ani nigdy przez media nie zrealizowanyUlka nasza co o kulach chodziła, nie zobaczyła krawężnika i się wywróciła
I nie byłoby w tym nic arcyciekawego, ale z tych nerwów kule odrzuciła
I zupełnie uzdrowiona samodzielnie, już sama chodziła
Cud największy jednak przydarzył się Hali, której w meczecie wody nalali
Ta gasząc pragnienie wytrzesz oczu zrobiła, bo jej się woda w wódę zamieniła
Tylko z Andrzejkiem same kłopoty były, bo na każdym kroku
Gubił się i odnajdywał i w kółko od poranka do samiuśkiego zmroku
A potem już czas wolny dla turystów pragnących ochłody
„Iskander Kebab” i najlepsze na świecie dundurma, tureckie lody.
Poniedziałek. 20 września. Ósmy cud świata – Pergamon.
Nazajutrz od rana zaczęła się morska przygoda koszalińskiej paki
Steward przeczytał regulamin, by nie było żadnej draki
Stało się cicho i widać, że to nie przelewki, choć Krzysiek kiwał głową,
bo Krzysiek to stary wilk morski i usłyszał rzecz nie nową
Ale Andrzej, Stefek, Krzysiek Bożki, czuli się jak w matni
bo to ich rejs miedzykontynentalny pierwszy, choć może nie ostatni
W wielkim porcie Stambułu na stateczek koszalińska grupa wsiadła
I ze strachu przed huśtaniem w środku „parostatku” siadła
Ale ciekawość okolicy i polska narracja w głośnikach strach przezwyciężyła
Na podziwianie rozsianych po nabrzeżu ekskluzywnych parceli, ruszyła
Tak drogich, ze opłaca się spalić swój dobytek i mienie
By wyłudzić od ubezpieczyciela, ogromne zadośćuczynienie
Pięknem mostu Krzysiek Hali najbardziej się zachwyca
Choć oczka mu biegają na jachty, w które bogata jest ta okolica
Tu, na całym przesmyku każdy statek w swoja stronę zmierza
Tworząc falę, która odbija się od piachu Azji i w skały Europy uderza
I tak krążymy w tę i we wtę po cieśninie całej już tym umęczeni
ż dzień się skończył, program wyczerpał i wróciliśmy zdrożeni
Powrót do hotelu, kolacja i spanie do samego ranka
Bo nazajutrz pewnie znowu będzie jakaś niespodzianka
Już nie wiem, który to już dzień po świecie się włóczymy
Przestałem je już liczyć, grunt, że do Azji znowu powrócimy
I gdy o tym myślałem a myśli zwerbalizowałem w te słowa
One w czyn się zamieniły i niespodzianka była już gotowa.
Dojechaliśmy raniuteńko do cieśniny Dardanele, gdzie nie było mostu
I promem morskim na brzeg „tureckiego lądu”, przepłynęliśmy, po prostu.
Na tym promie, pośród aut i podróżnych szwendających się przy kiosku
Spostrzegłem nasze drogie damy z panem kapitanem swawolące na mostku
I nie wiadomo, czym by się ta znajomość z panem Turkiem skończyła
Gdyby nie króciutki czas rejsu. Bo Azja pod stopami już była
Cel pierwszy to Troja, gdzie Helena męża Priama z Parysem zdradzała
A że kara jest nieuchronna, świadczy o tym ta skruszona skała
Na której kiedyś stało wielkie miasto, jak głosi podanie
A dziś tylko straszy koń desek. Pstryk.
Foto dla pań i panien
Bo chichot historii na tym polega, (mówi o tym historia króla cała)
Że miasto choć wielkie, to sławę mu właśnie niewierność zagwarantowała
Obok minęliśmy wyspę której nazwa Lobos na całym świecie z miłością się kojarzy
i to niekoniecznie do tej samej płci a konkretnie do innej, ale kobiecej twarzy
Wreszcie Pergamon a dla Turków po prostu Bergama
Z którego tak naprawdę wielka kupa gruzu się tylko została Lecz do dziś widać przepych domów i cudowna biblioteka. O! Poezji mowo
Choćby amfiteatr w którym słychać każdy szept i wypowiedziane słowo
A potem już tylko zjazd z góry a kąt nachylenia był tak duży
Że wysiadać w biegu chcieli wszyscy, a nie tylko poniektórzy Z pod kół autokaru prześwitywało miasteczko w dole jak cudowny obraz
I wszyscy przekonani byli, że to ich w życiu ostatni oglądany krajobraz
„Iskander Hotel” okazał się więc opatrzności wybawieniem choć miał całe trzy gwiazdki, ale porcjowane i marne jedzenie.
Wtorek. 21 września. Ósmy cud świata – Hierapolis.
Biuro „Bee Free” z nienacka, jakby niespodzianek było mało zawiozło nas wszystkich do ekskluzywnego sklepu z odzieżą skórzaną Widzieliśmy akwaria i moczące się kurtki w przeźroczystej wodzie Na dowód jakości skóry zwierzęcia chowanego w tureckiej zagrodzie Było przymierzanie, targowanie i związany z tym ceremoniał cały Wreszcie targu dobito i zakup okazał się wprost doskonały Jednak nie to godne jest zapamiętania przez turystyczne grono Lecz pokaz eleganckich modeli i modelek jaki nam zrobiono Wcale nie było ważne co mieli na sobie i jak chodzili po wybiegu, ale To, że Krzysiek Bożki brał udział w pokazie i prezentował się doskonale Na koniec ukłon, powrót za kulisy i znów powrót na scenę jakby było mało Gdyż owacji nie było końca. Tak się wszystkim podobało
Czas teraz powiedzieć o innym tureckim cudzie natury Czyli jak cało i bez żadnych przygód, trafić wprost do dziury Mowa jest teraz o znanym wszystkim tutaj tureckim klozecie w którym nie ma muszli, tylko miejsce na stanie i co wy na to powiecie Nie ma deski klozetowej ani nawet toaletowego papieru Jak sobie poradzić? Dowiesz się jak przyjedziesz, drogi przyjacielu
Tymczasem w ten wrześniowy dzień, na cud trafiliśmy w południe Cud bo zobaczyliśmy miejsce, które prezentowało się po prostu cudnie Wszyscy, gdy je zoczyliśmy przekonani byliśmy że zima wróciła na nowo Wszędzie skrzyło się i było tak biało że aż niesamowicie kolorowo To Hierapolis, czyli miejsce w którym woda wypływa z ziemskich otchłani Gorąca i bogata w wapno, sól powoli, powoli spływa po grani Każdy marzy o jednym, by chlapać się tą mlecznie czystą, ciepłą wodą i moczyć swoje ciałko, marzyć i być zupełnie zjednoczonym z przyrodą
Mija godzina jedna za drugą a nikomu nie chce się wracać do autobusu
Tak tu zostać aż do śmierci. Nie potrzeba żadnego innego luksusu.
„Bee Free” wyszło naprzeciw oczekiwaniom nas wielu Zarezerwowało hotel tylko kilometr lub dwa od omawianego celu Ważne, bo gdy wreszcie spojrzeliśmy przez okno na widok o zmroku
Widzieliśmy wspaniałe tarasy a oświetlenie przydało im tylko uroku.
„Uyum Otel” zupełnie fajny a nawet nie wiem ile gwiazdek miał Grunt, że oświetlony nocą basen i jacuzzi swym gościom oferował
Była to ostatnia nocka przez naszą dziewiątkę wspólnie spędzana Pożegnanie Jolki i Andrzeja trwało do samiusieńkiego rana
Wtedy to balanga ucicha i nikt już w tany nie rusza
starają się podpici podróżnicy iść w objęcia Morfeusza
Wszyscy zasypiają twardo, choć jeszcze Raki mieli
wszyscy oprócz jednej, naszej kochanej, biednej Eli
Bo choć Stefek spał smacznie, to jego chrapanie do dziś echo niesie
Tak umilał prawie każdą nockę Eli, w hotelowej messie.
I tak pierwsza część kroniki do końca się zbliża
Mam cichą nadzieję, że nic nie opuściłem i nic Wam nie ubliża
A jeśli chcesz znać sumę wrażeń doznanych w podróży
To idź do Ulki. Ona na pewno Ci przyszłość wywróży
I już będziesz miał pojęcie co straciłeś a co jeszcze Ciebie czeka
Ja nie pójdę. Ja mam pewność. Przyszłość, to rzeka pełna mleka.
Obejrzyj też nasze wyraźne i mniej ostre przeźrocza
Będziesz miał wtedy pewność, że wyprawa była przeurocza.
22-28 września. Ósmy cud świata – plaża Kleopatry
Przy dobrej pogodzie już w siódemkę do Alanyi wyjeżdżamy chętnie
zwłaszcza, że w przekazach historii plaża Kleopatry jawi się ponętnie.
Gdy wszystkim się zdawało, że plaża będzie dzika i bezludna
Zobaczyli wokół pełno ludzi, choć okolica naprawdę przecudna
Wokół nieprzystępne góry, zielone lasy i twierdza straszy w oddali
Mimo tych wszystkich minusów, nikt tak naprawdę się nie żali
„Royal Palm Hotel” i opaska All incluzive, taka jest rzeczywistość
Już po jednym dniu leniuchowania, nikt nie martwił się o przyszłość
Każdy marzył, by te 7 dni nicnierobienia z dala od chaupska
Są by jeść frykasy, nie zmywać i nie podcierać dzieciom dupska
Każdy miał święte przekonanie, że po to właśnie wydał tyle kasy
By żyć jak sam Rockefeler i jeść podane pod nosek same rarytasy
Jakby stało się inaczej i nie spełniły się zapłacone oczekiwania
Krzysiek Hali, organizator imprezki, miałby facjatę nie do poznania
Ale póki co cała paka, w tym Egejskim morzu dupsko moczy
Nie wyzywa, nie klnie, nie narzeka i na nic nie psioczy
Tym bardziej, że któregoś dnia, którego nie pomnę
„Bee Free” przy basenie prezentowała skórzane kurtki i spodnie
A pokaz był zorganizowany tylko po to, moi mili i wspaniali
By zobaczyć taniec brzucha i sami tańczyć go popróbowali
Nie wyobrażacie sobie ile śmiechu i radochy było, kiedy artystka
Wyciągnęła mnie na środek i tańczyliśmy, rzecz oczywista
Byłem tak przejęty, by nie nadepnąć stópek tej cudownej zjawie
Że poruszałem się jak kosiarka w tę i we wtę na strzyżonej trawie.
A potem już tylko leciałem do baru po darmo serwowaną Raki
I pijąc białą wódkę, krzyczałem „Szere Fe” do całej naszej paki.
Hala i Bożka nareszcie dojrzały, by zrealizować swe skryte marzenie
W tureckim Hamanie rozebrać się, położyć i czekać na wybatożenie
Spotkała je tam znowu niespodzianka (stwierdziły że przeurocza)
W postaci młodych Apolinów odzianych tylko w ręcznik sięgający do krocza
Już sobie zazdrośnie wyobrażam, co obie tam w tej pianie z nimi wyprawiały
Co mi tam, niech też mają co wspominać. Wniosek jak na męża - niebywały.
Wróciły szczebioczące , szczęśliwe, parskające śmiechem raz po raz
Coś mi się wydaje, że były tam pierwszy i ostatni raz.
Dwa Krzyśki wybrały się nie znając języka i na koszty nie baczyć
Na rafting, choćby nie wiem co by to słowo miało znaczyć
Poszliśmy wkrótce w górę na górę, traktem bardzo niewygodnym
lecz cuda po drodze zobaczyliśmy, iż opisać je jam niegodnym
Aura cieplutka więc podziwiano i piękno przyrody i dziką naturę
Zeszliśmy do rzeki, gdzie Krzyśki zmierzyły wody temperaturę
Nie uwierzycie. Ta górska, rwąca rzeka tylko z 10 stopni miała
Oj! Cieplejsza choćby w Mielnie w Bałtyku naszym, woda bywała.
Najpierw zaserwowano nam chrzest, urządzając wodny bieg
Przeprawiając nas pieszo poprzez nurt rwący na przeciwny brzeg
Zbliżało się południe. Pożegnaliśmy zdobyty co brzeg i skały strome
Ruszając pontonami, desantem z biegiem nurtu w drugą stronę
Komenderował nami chłopak, więc zrobiono to sprawnie niebywale
Zupełnie nie zważając na toczące obok białą pianę, fale.
A że górskim, wysokim kanionem prosto nam w twarz wiało
To naszymi pontonami całkiem mocno już bujało
Kobiety w każdej łodzi miały założone kaski i włożone kamizelki
Reszcie dzielnej załogi wystarczały tylko marynarskie szelki.
Ostrożność daremna, ale nigdy za dużo i nigdy nie zawadzi
Tak na naszej krypie, tureckie chłopaczysko po angielsku radzi.
Lecz rzeczka wkrótce oblicze zmieniła na mniej łaskawe
I dopiero teraz mieliśmy najprawdziwszą zabawę
Wyrwało mnie do góry. Aż po samo niebo strzeliłem nogami
By za chwilę leżeć na dnie pontona, jak worek z ziemniakami
Wreszcie kiedy byliśmy mokrzy i przestało nam zimno przeszkadzać
Poczuliśmy się pewniej i zaczęliśmy jedni na drugich zasadzać
Zaczęły się bitwy na pagaje pryskające wodą na nieprzyjaciela
Normalne przedszkole i radość jak jasna cholera.
I jeszcze o chłopaka skoku z wysokiego drzewa napisać jest okazja
Ten skoczył na główkę wprost w kipiel – ot młodzieńcza fantazja!
Ale myślisz że był to tylko przypadek odosobniony, że tylko on młody
Nie! Natychmiast wszyscy w jego ślady wyskoczyliśmy do wody.
Kapoki niosły nas szybkim nurtem waląc nami jak tłumokiem o skały
A my szczęśliwi, krzyczący. Widok przekomiczny i wprost niebywały.
Stanęliśmy popasem w malusieńkim zakolu gdzie była trampolina
Skakaliśmy w odmęty obserwując jak ciało się w łuk w powietrzu wygina
Tam też czekały na nas gorące i pyszne Gezleme, czyli ichnie naleśniki
Popijane Ayranem lub piwkiem i inne takie fiki miki.
No i dalej nie bacząc na coraz bardziej rwący i groźniejszy nurt
Że nikomu nic się nie stało, to naprawdę kolejny w tym opowiadaniu cud.
Na postawione pytanie: Co autor chciał opowiedzieć w przedstawionym
wyżej tekście, odpowiedź jest zgoła prozaiczna. Wierszokleta dowodzi
swego kunsztu poetyckiego, a poprzez afirmację życia, ukazuje
głęboką metamorfozę, jaką przeszła słynna już dziewiątka
przeistaczając się w ciągu zgoła dwóch tygodni z nieopierzonych pisklaków
w godnych następców Pana Cejrowskiego, czy Pani Pawlikowskiej
(będących także z Koszalina), jakby relacje z podróży były automatycznie
przypisane mieszkańcom tego grodu pod Jamnem. Autor sugeruje,
że skrajna alienacja, połączona z wyemancypowaniem jednostki sublimuje
wrażenia nieadekwatne do przeżyć. Mistrzowskie wręcz poczucie rymu,
prowadzi Go na wyżyny sztuki poetyckiej, gdzie historia mierzy się z
przeszłością, a antycypowane treści są normą literacką. Ucieczka z
postindustrialnego świata brudnej rzeczywistości do bajkowego świata iluzji
jest czasem prawdziwie traumatycznym przeżyciem, ale ...
Co ja Wam tu będę pieprzył i głupoty wciskał. Kupcie k…a bilet i przeżyjcie
to sami po swojemu.
Krzysztof Art Dławichowski
1. taka trasa http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/164 ... a2e93.html
2. taka codzienność http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/c21 ... ba79f.html
3. tak wczoraj http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/173 ... c8f84.html
4. tak dziś http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/552 ... 66334.html
5. tak jutro http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/ccb ... be2a8.html
6. tak w górze http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/006 ... 8fed9.html
7. autor! autor! http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/887 ... 1129e.html
Jak ufać w istotę trwania
W co wierzyć i jakie robić plany
Kiedy nić mych pragnień jest przerwana
Gdy czuję się przegrany.
Całe życie przeszło bocznym śladem
Nie miał człek do powiedzenia nic
I boję się myśleć nad ranem
Jak na nowo zacząć żyć.
Refren:
- Bo czy warto czynić coś trwałego
Coś mocnego, prawdziwego niby stal
Kiedy tyle lat życia mojego
Prysło, zgasło, zmarnowało się – aż żal. (bis)
Miłość ma być ostoją przetrwania
Rodzina najważniejsza ponoć w życiu jest
A ja już dość mam tego gadania.
Najchętniej bym jak Bursa, Stachura
Pieprznął to i polazł gdzieś precz
Rozumiem teraz tragizm narkomana
Gdy cel w życiu straconym jest.
Refren:
- Bo czy warto czynić coś trwałego
Coś mocnego, prawdziwego niby granit
Kiedy tyle lat życia mojego
Śmieje mi się teraz w twarz i mami. (bis)
***************************************
Autor: Krzysztof Art Dławichowski • "Rymowana kronika tureckiej eskapady"
Nie będzie to opowieść, czytelniku miły
O syrenach, smokach i wężach co się wiły
Nie będzie to powieść jak „Pieprz i wanilia”
Lecz o podróżnikach z Łodzi i z Koszalina
Będzie to historia spisana krok po kroku
O wakacjach w Turcji w pamiętnym 2010 roku
I wiedz, że piszący trudził się, by nie minąć liter
Więc po przeczytaniu kroniki postaw chociaż „liter”.
Środa 15 wrzesień.
Wyprawa o świcie z poznańskiego lotniska startuje
Bożka w dłoni ma woreczek a Elka już żałuje
Za bulajem cała Polska za nami deszczem płacze
Ja nie żałuję, opalony za tydzień znowu ją zobaczę
Pod nami już chmury i coś w uchu mocno ściska
To tylko ciśnienie, mówi Andrzej, rzecz oczywista
Każdy nadzieję pod serduszkiem nosi
Że cało doleci i o słońce Boga prosi.
Krzysiek w Baltonie kupił narodowy polski napój.
Obiecuje
Że na miejscu natychmiast stwórcy za cud lądowania podziękuje
Tymczasem stewardesa, Stefka czikenem częstuje
I widać że ser turecki nie tylko jemu smakuje
Lot SKY-aem aż cztery godziny trwała i była urocza
Tu kłamię i nos jak u Pinokia rośnie mi do krocza
Bo tak naprawdę Hali ciasno było jak cholera
Narzekała, że miękki fotel nawet w pupę ją uwiera
Ulka miała najgorzej i przez cały lot bardzo się bała
Jak będąc cała w gipsie będzie się kąpała i jak opalała
Wreszcie przylot do Antalyi, Jolka w basenie jak na łonie
Polska wódka w pokoju, piwo Efez na balkonie
Grunt, że jakoś się to wszystko szczęśliwie przeżyło
i 9 zdrożonych ciał w łożach hotelu „Green Beyza”, złożyło.
Czwartek. 16 września. Ósmy cud świata - Konya
5 rano pobudka i w autokar z klimą sprawnie nas upakowano
i do najstarszego miasta w Turcji wyekspediowano
Przewodniczka Beata całą drogę sprawnie bejeruje
Ataturka chwali, chwali, chwali aż mi mózg pulsuje
Karamam, to meczet w którym omam nauki wiary innym przekazuje
Minaret, to wieża z której muazin modlitwę nakazuje
Konya wita turystów szmaragdowym grobowcem Mawlawiego
Żałosnym łkaniem fletu, derwiszy tańcem opiewanego
Kobiece głowy arabek jedwabnymi chustami oplecione
W modlitwie i uniesieniu duchowym całkiem z nim zespolone
Wszyscy dla wszystkich serdeczni i mili dla innych nacji
Jakby nie było przepaści religijnej i indoktrynacji
Jedziemy dalej a wokół domy z gliny w fortece zlepione
By nikt nie dojrzał kobiety tam w środku ujarzmionej
A wszystkim się tam wydaje, że taki już jest los tego świata
Co otumania i rzeczywistość w religijne reguły zaplata.
Cieszę się więc że mieszkam w europejskim państwie prawa
Dającego równe szanse i dla wszystkich jednakie prawa
Tym chętniej oglądam starożytne karawan-seraje, ruiny
Cywilizacyjne cacka z których cały ten kraj słynie
Potem w Konyi śliczny hotel „Wera” i kolacja w nim marna
Gdyby nie lokalny „Migros”, nie byłoby nic do żarła
Nawet zwykły Ekmek, na stołach był dla wszystkich wyłożony
Lecz zabranie go ze sobą, absolutnie zabroniony.
Za to spotkaliśmy wspaniałą rodzinkę z Krakowa
Integracja miodóweczką i przyjaźń na wieki gotowa
„Turecki wieczór” na paniach robi ogromne wrażenie
Opowieśćdzienną kończy dopiero policyjne zagrożenie
To goście hotelowi słusznie nas w recepcji zakablowali
I o 2 rano opowieści nocne tak radykalnie, opanowali.
Piątek. 17 września. Ósmy cud świata – Kapadocja.
Czas zwiedzać Kaymakli w Goreme podziemne miasto
Gdzie dla wszystkich było ciasno, ciasno, ciasno.
Tysiące ludzi od tysięcy lat tam się ukrywało
A to arabowie przed Hetytami, a to chrześcijanie przed arabami
A jedni i drudzy przed Egipcjanami
Labirynt tuneli, jaskiń wykutych w miękkiej skale
Jak oni tam żyli, nie wyobrażam sobie wcale
Co to człowiek robił człowiekowi drugiemu, choć królują meczety
Minęły wieki i nic się nie zmieniło, niestety
Dobrze tak z boku obserwować to sobie i liczyć
Że mamy szczęście i nas to nie może dotyczyć
Dzielna Bożka strach swój tam przezwyciężyła
Zasłużyła na nagrodę i do jubilera trafiła
A tam naokoło skarby jak z sezamu Alladyna
Ula tylko pierścionek kupiła, taka cena była.
Zaś w fabryce obróbki Onyxu pofolgowaliśmy sobie wszyscy
Każdy kupił pamiątkę pamiętając o swych bliskich
Wieczór, to wizyta w manufakturze ceramiki
Gdzie kubeczki z ciemnej glinki a z białej, talerzyki
Jadąc przez Nevszehir, gdzie minaret lśnił z daleka
Widzieliśmy sygnalizatory czas wyświetlające, ile się czeka
Jeszcze nie wiemy jakie są tureckie smaki i specjały
Tylko ranne wstawanie, bagaży dźwiganie i takie tam banały
Tylko Jola wiecznie głośno zachwala i szczebioce
Jest nie do zdarcia. Żyje cała w tureckiej epoce
Więc dalej cała ekskursja pomyka do stolicy Ankary
Gdzie czeka hotel „Safir”, ponoć super wspaniały
W rzeczywistości nie miał kuchni a miał gwiazdki tylko dwie
Toteż każdy spał na innym piętrze i to byle gdzie
Zaś na ulicach ciasnych i brudnych jak to u arabów reguła
Ale obok “Pierre Carde“, “Armani”, “Chanel, “Adidas” i “Puma”.
18 i 19 września. Ósmy cud świata - Stambuł.
„Bee Free” do tych turystycznych zalicza się biur
Które jako jedyne, Muzeum Cywilizacji ma w swym tour
Choć to długie łażenie po salkach, salach i w kolejkach stanie
Warto wszystko zobaczyć. Mieć wiedzę. Mieć pogląd i własne zdanie
A potem już dalsza podróż z kierowcą Hakanem, jakże długa i męcząca
Choć klimatyzacja. Po kilku godzinach wymiękam z gorąca
Cały dzień w drodze do Stambułu oglądamy krajobrazy
Raz to wyschnięte jezioro, biało od soli jak na słonecznej plaży
Drugim razem pomnik Ataturka o którym można tylko dobrze
Bo reformator, bo zbawca narodu. Od tego lizania aż mi niedobrze
Choć mamy przewodniczkę Beatę, która dba o nas i odpowiada na pytania
Jedzie też turecki pilot, Fuat. Taki Cerber, który ma zupełnie wiadome zadania
Dalej, zatoka morza Marmara w ląd się wciska i nam dech zapiera
Widok jest tak przecudny, że klnę z wrażenia jak jasna cholera
Kiedy wreszcie widzę pięć pasów ruchu w jedną stronę i w korku stoimy
Wiem, że przez most nad zatoką Bosfor na bazar nie zdążymy
Cóż można zobaczyć i co kupić na największym suku świata, sami wiecie
Kiedy czas Cię goni a labirynt taki jak u Minotaura na Krecie
Wszędzie ciebie zaganiają i aż strach w dołku ściska
Halę i Bożenkę spotkała natychmiast intratna propozycja
Czy nie były ciekawe, czy nie miały chęci, lub cena była stanowczo za mała
Dość, że z przychylnością pań naszych, absolutnie się nie spotkała
Szybkim krokiem, już prawie po ciemku do bramy zdążały
Gdzie już z niecierpliwością i obawą o ich godność, mężowie czekali
Hotel „Fetih” miał trzy gwiazdki i warunki dla turysty godne
Cerbasi z soczewicy, porządne jedzenie i w łazience bicze wodne
Nieodparte jest wrażenie, że ktoś tu kogoś robi w Trojańskiego konia
To jest prawdziwa stolica. Oczywiste dla największego gamonia
Jutro rejs po morzu. Czy będzie bujało, zastanawiam się i marzę
Aby mogła Bożka, Jola, Ela, Hala, Ula wreszcie poczuć się żeglarzem
Ale tu historię wyprzedzam o cały kawał morskiej mili
więc wracam do początku, żeglarze moi mili.
Na pierwszy ogień zwiedzania Stambułu poszły Stelle wysokie jak minarety
Potem akweduktem i podziemnym miastem zachwyciły się kobiety
Andrzej, Stefan i dwóch Krzyśków, meczet Selima nie spuszczali z oka
W którym katusze cierpiał ojciec Semka w filmie „Oko proroka”
A już najbardziej chcieli na stałe zostać w ozłoconym haremie
Może udałoby się w nocy całować, pieścić. Poczuć się jak w niebie
Tymczasem inni chodzili sterowani z pilota w ucho wetkniętego
Który im mówił gdzie iść i wyjaśniał co to, kiedy i dlaczego.
Nie odczuwali wtedy bariery językowej wcale
Widać było po nich, że rozumieją i bawią się wspaniale
Na drugi ogień poszła Bazylika Mądrości Bożej w pięćsetnym roku zbudowana
Tysiąc lat w chrześcijańskich rękach i przez Krzyżowców zrujnowana
Dziś muzułmanie we wnętrzach swoje cyrografy wstawili
Ale przecież odrestaurowali i od zawalenia ocalili.
Wreszcie przyszła pora, aby zejść do podziemnych otchłani
Gdzie Istambuł wody miał zapas, gdy byli oblegani
Ach, jaki cudny obraz tuż po zejściu ujrzeli zebrani
Wierzcie mi na Allacha. Każdy z nas uśmiech miał barani
Gra świateł po kolumnach setek jeśli nie tysięcy się snuje
By wreszcie ściętą głowę Meduzy w czeluściach wskazuje
I stał się tam cud zgoła niesłychany i w annałach nie odnotowany
Ani teraz, ani później, ani nigdy przez media nie zrealizowanyUlka nasza co o kulach chodziła, nie zobaczyła krawężnika i się wywróciła
I nie byłoby w tym nic arcyciekawego, ale z tych nerwów kule odrzuciła
I zupełnie uzdrowiona samodzielnie, już sama chodziła
Cud największy jednak przydarzył się Hali, której w meczecie wody nalali
Ta gasząc pragnienie wytrzesz oczu zrobiła, bo jej się woda w wódę zamieniła
Tylko z Andrzejkiem same kłopoty były, bo na każdym kroku
Gubił się i odnajdywał i w kółko od poranka do samiuśkiego zmroku
A potem już czas wolny dla turystów pragnących ochłody
„Iskander Kebab” i najlepsze na świecie dundurma, tureckie lody.
Poniedziałek. 20 września. Ósmy cud świata – Pergamon.
Nazajutrz od rana zaczęła się morska przygoda koszalińskiej paki
Steward przeczytał regulamin, by nie było żadnej draki
Stało się cicho i widać, że to nie przelewki, choć Krzysiek kiwał głową,
bo Krzysiek to stary wilk morski i usłyszał rzecz nie nową
Ale Andrzej, Stefek, Krzysiek Bożki, czuli się jak w matni
bo to ich rejs miedzykontynentalny pierwszy, choć może nie ostatni
W wielkim porcie Stambułu na stateczek koszalińska grupa wsiadła
I ze strachu przed huśtaniem w środku „parostatku” siadła
Ale ciekawość okolicy i polska narracja w głośnikach strach przezwyciężyła
Na podziwianie rozsianych po nabrzeżu ekskluzywnych parceli, ruszyła
Tak drogich, ze opłaca się spalić swój dobytek i mienie
By wyłudzić od ubezpieczyciela, ogromne zadośćuczynienie
Pięknem mostu Krzysiek Hali najbardziej się zachwyca
Choć oczka mu biegają na jachty, w które bogata jest ta okolica
Tu, na całym przesmyku każdy statek w swoja stronę zmierza
Tworząc falę, która odbija się od piachu Azji i w skały Europy uderza
I tak krążymy w tę i we wtę po cieśninie całej już tym umęczeni
ż dzień się skończył, program wyczerpał i wróciliśmy zdrożeni
Powrót do hotelu, kolacja i spanie do samego ranka
Bo nazajutrz pewnie znowu będzie jakaś niespodzianka
Już nie wiem, który to już dzień po świecie się włóczymy
Przestałem je już liczyć, grunt, że do Azji znowu powrócimy
I gdy o tym myślałem a myśli zwerbalizowałem w te słowa
One w czyn się zamieniły i niespodzianka była już gotowa.
Dojechaliśmy raniuteńko do cieśniny Dardanele, gdzie nie było mostu
I promem morskim na brzeg „tureckiego lądu”, przepłynęliśmy, po prostu.
Na tym promie, pośród aut i podróżnych szwendających się przy kiosku
Spostrzegłem nasze drogie damy z panem kapitanem swawolące na mostku
I nie wiadomo, czym by się ta znajomość z panem Turkiem skończyła
Gdyby nie króciutki czas rejsu. Bo Azja pod stopami już była
Cel pierwszy to Troja, gdzie Helena męża Priama z Parysem zdradzała
A że kara jest nieuchronna, świadczy o tym ta skruszona skała
Na której kiedyś stało wielkie miasto, jak głosi podanie
A dziś tylko straszy koń desek. Pstryk.
Foto dla pań i panien
Bo chichot historii na tym polega, (mówi o tym historia króla cała)
Że miasto choć wielkie, to sławę mu właśnie niewierność zagwarantowała
Obok minęliśmy wyspę której nazwa Lobos na całym świecie z miłością się kojarzy
i to niekoniecznie do tej samej płci a konkretnie do innej, ale kobiecej twarzy
Wreszcie Pergamon a dla Turków po prostu Bergama
Z którego tak naprawdę wielka kupa gruzu się tylko została Lecz do dziś widać przepych domów i cudowna biblioteka. O! Poezji mowo
Choćby amfiteatr w którym słychać każdy szept i wypowiedziane słowo
A potem już tylko zjazd z góry a kąt nachylenia był tak duży
Że wysiadać w biegu chcieli wszyscy, a nie tylko poniektórzy Z pod kół autokaru prześwitywało miasteczko w dole jak cudowny obraz
I wszyscy przekonani byli, że to ich w życiu ostatni oglądany krajobraz
„Iskander Hotel” okazał się więc opatrzności wybawieniem choć miał całe trzy gwiazdki, ale porcjowane i marne jedzenie.
Wtorek. 21 września. Ósmy cud świata – Hierapolis.
Biuro „Bee Free” z nienacka, jakby niespodzianek było mało zawiozło nas wszystkich do ekskluzywnego sklepu z odzieżą skórzaną Widzieliśmy akwaria i moczące się kurtki w przeźroczystej wodzie Na dowód jakości skóry zwierzęcia chowanego w tureckiej zagrodzie Było przymierzanie, targowanie i związany z tym ceremoniał cały Wreszcie targu dobito i zakup okazał się wprost doskonały Jednak nie to godne jest zapamiętania przez turystyczne grono Lecz pokaz eleganckich modeli i modelek jaki nam zrobiono Wcale nie było ważne co mieli na sobie i jak chodzili po wybiegu, ale To, że Krzysiek Bożki brał udział w pokazie i prezentował się doskonale Na koniec ukłon, powrót za kulisy i znów powrót na scenę jakby było mało Gdyż owacji nie było końca. Tak się wszystkim podobało
Czas teraz powiedzieć o innym tureckim cudzie natury Czyli jak cało i bez żadnych przygód, trafić wprost do dziury Mowa jest teraz o znanym wszystkim tutaj tureckim klozecie w którym nie ma muszli, tylko miejsce na stanie i co wy na to powiecie Nie ma deski klozetowej ani nawet toaletowego papieru Jak sobie poradzić? Dowiesz się jak przyjedziesz, drogi przyjacielu
Tymczasem w ten wrześniowy dzień, na cud trafiliśmy w południe Cud bo zobaczyliśmy miejsce, które prezentowało się po prostu cudnie Wszyscy, gdy je zoczyliśmy przekonani byliśmy że zima wróciła na nowo Wszędzie skrzyło się i było tak biało że aż niesamowicie kolorowo To Hierapolis, czyli miejsce w którym woda wypływa z ziemskich otchłani Gorąca i bogata w wapno, sól powoli, powoli spływa po grani Każdy marzy o jednym, by chlapać się tą mlecznie czystą, ciepłą wodą i moczyć swoje ciałko, marzyć i być zupełnie zjednoczonym z przyrodą
Mija godzina jedna za drugą a nikomu nie chce się wracać do autobusu
Tak tu zostać aż do śmierci. Nie potrzeba żadnego innego luksusu.
„Bee Free” wyszło naprzeciw oczekiwaniom nas wielu Zarezerwowało hotel tylko kilometr lub dwa od omawianego celu Ważne, bo gdy wreszcie spojrzeliśmy przez okno na widok o zmroku
Widzieliśmy wspaniałe tarasy a oświetlenie przydało im tylko uroku.
„Uyum Otel” zupełnie fajny a nawet nie wiem ile gwiazdek miał Grunt, że oświetlony nocą basen i jacuzzi swym gościom oferował
Była to ostatnia nocka przez naszą dziewiątkę wspólnie spędzana Pożegnanie Jolki i Andrzeja trwało do samiusieńkiego rana
Wtedy to balanga ucicha i nikt już w tany nie rusza
starają się podpici podróżnicy iść w objęcia Morfeusza
Wszyscy zasypiają twardo, choć jeszcze Raki mieli
wszyscy oprócz jednej, naszej kochanej, biednej Eli
Bo choć Stefek spał smacznie, to jego chrapanie do dziś echo niesie
Tak umilał prawie każdą nockę Eli, w hotelowej messie.
I tak pierwsza część kroniki do końca się zbliża
Mam cichą nadzieję, że nic nie opuściłem i nic Wam nie ubliża
A jeśli chcesz znać sumę wrażeń doznanych w podróży
To idź do Ulki. Ona na pewno Ci przyszłość wywróży
I już będziesz miał pojęcie co straciłeś a co jeszcze Ciebie czeka
Ja nie pójdę. Ja mam pewność. Przyszłość, to rzeka pełna mleka.
Obejrzyj też nasze wyraźne i mniej ostre przeźrocza
Będziesz miał wtedy pewność, że wyprawa była przeurocza.
22-28 września. Ósmy cud świata – plaża Kleopatry
Przy dobrej pogodzie już w siódemkę do Alanyi wyjeżdżamy chętnie
zwłaszcza, że w przekazach historii plaża Kleopatry jawi się ponętnie.
Gdy wszystkim się zdawało, że plaża będzie dzika i bezludna
Zobaczyli wokół pełno ludzi, choć okolica naprawdę przecudna
Wokół nieprzystępne góry, zielone lasy i twierdza straszy w oddali
Mimo tych wszystkich minusów, nikt tak naprawdę się nie żali
„Royal Palm Hotel” i opaska All incluzive, taka jest rzeczywistość
Już po jednym dniu leniuchowania, nikt nie martwił się o przyszłość
Każdy marzył, by te 7 dni nicnierobienia z dala od chaupska
Są by jeść frykasy, nie zmywać i nie podcierać dzieciom dupska
Każdy miał święte przekonanie, że po to właśnie wydał tyle kasy
By żyć jak sam Rockefeler i jeść podane pod nosek same rarytasy
Jakby stało się inaczej i nie spełniły się zapłacone oczekiwania
Krzysiek Hali, organizator imprezki, miałby facjatę nie do poznania
Ale póki co cała paka, w tym Egejskim morzu dupsko moczy
Nie wyzywa, nie klnie, nie narzeka i na nic nie psioczy
Tym bardziej, że któregoś dnia, którego nie pomnę
„Bee Free” przy basenie prezentowała skórzane kurtki i spodnie
A pokaz był zorganizowany tylko po to, moi mili i wspaniali
By zobaczyć taniec brzucha i sami tańczyć go popróbowali
Nie wyobrażacie sobie ile śmiechu i radochy było, kiedy artystka
Wyciągnęła mnie na środek i tańczyliśmy, rzecz oczywista
Byłem tak przejęty, by nie nadepnąć stópek tej cudownej zjawie
Że poruszałem się jak kosiarka w tę i we wtę na strzyżonej trawie.
A potem już tylko leciałem do baru po darmo serwowaną Raki
I pijąc białą wódkę, krzyczałem „Szere Fe” do całej naszej paki.
Hala i Bożka nareszcie dojrzały, by zrealizować swe skryte marzenie
W tureckim Hamanie rozebrać się, położyć i czekać na wybatożenie
Spotkała je tam znowu niespodzianka (stwierdziły że przeurocza)
W postaci młodych Apolinów odzianych tylko w ręcznik sięgający do krocza
Już sobie zazdrośnie wyobrażam, co obie tam w tej pianie z nimi wyprawiały
Co mi tam, niech też mają co wspominać. Wniosek jak na męża - niebywały.
Wróciły szczebioczące , szczęśliwe, parskające śmiechem raz po raz
Coś mi się wydaje, że były tam pierwszy i ostatni raz.
Dwa Krzyśki wybrały się nie znając języka i na koszty nie baczyć
Na rafting, choćby nie wiem co by to słowo miało znaczyć
Poszliśmy wkrótce w górę na górę, traktem bardzo niewygodnym
lecz cuda po drodze zobaczyliśmy, iż opisać je jam niegodnym
Aura cieplutka więc podziwiano i piękno przyrody i dziką naturę
Zeszliśmy do rzeki, gdzie Krzyśki zmierzyły wody temperaturę
Nie uwierzycie. Ta górska, rwąca rzeka tylko z 10 stopni miała
Oj! Cieplejsza choćby w Mielnie w Bałtyku naszym, woda bywała.
Najpierw zaserwowano nam chrzest, urządzając wodny bieg
Przeprawiając nas pieszo poprzez nurt rwący na przeciwny brzeg
Zbliżało się południe. Pożegnaliśmy zdobyty co brzeg i skały strome
Ruszając pontonami, desantem z biegiem nurtu w drugą stronę
Komenderował nami chłopak, więc zrobiono to sprawnie niebywale
Zupełnie nie zważając na toczące obok białą pianę, fale.
A że górskim, wysokim kanionem prosto nam w twarz wiało
To naszymi pontonami całkiem mocno już bujało
Kobiety w każdej łodzi miały założone kaski i włożone kamizelki
Reszcie dzielnej załogi wystarczały tylko marynarskie szelki.
Ostrożność daremna, ale nigdy za dużo i nigdy nie zawadzi
Tak na naszej krypie, tureckie chłopaczysko po angielsku radzi.
Lecz rzeczka wkrótce oblicze zmieniła na mniej łaskawe
I dopiero teraz mieliśmy najprawdziwszą zabawę
Wyrwało mnie do góry. Aż po samo niebo strzeliłem nogami
By za chwilę leżeć na dnie pontona, jak worek z ziemniakami
Wreszcie kiedy byliśmy mokrzy i przestało nam zimno przeszkadzać
Poczuliśmy się pewniej i zaczęliśmy jedni na drugich zasadzać
Zaczęły się bitwy na pagaje pryskające wodą na nieprzyjaciela
Normalne przedszkole i radość jak jasna cholera.
I jeszcze o chłopaka skoku z wysokiego drzewa napisać jest okazja
Ten skoczył na główkę wprost w kipiel – ot młodzieńcza fantazja!
Ale myślisz że był to tylko przypadek odosobniony, że tylko on młody
Nie! Natychmiast wszyscy w jego ślady wyskoczyliśmy do wody.
Kapoki niosły nas szybkim nurtem waląc nami jak tłumokiem o skały
A my szczęśliwi, krzyczący. Widok przekomiczny i wprost niebywały.
Stanęliśmy popasem w malusieńkim zakolu gdzie była trampolina
Skakaliśmy w odmęty obserwując jak ciało się w łuk w powietrzu wygina
Tam też czekały na nas gorące i pyszne Gezleme, czyli ichnie naleśniki
Popijane Ayranem lub piwkiem i inne takie fiki miki.
No i dalej nie bacząc na coraz bardziej rwący i groźniejszy nurt
Że nikomu nic się nie stało, to naprawdę kolejny w tym opowiadaniu cud.
Na postawione pytanie: Co autor chciał opowiedzieć w przedstawionym
wyżej tekście, odpowiedź jest zgoła prozaiczna. Wierszokleta dowodzi
swego kunsztu poetyckiego, a poprzez afirmację życia, ukazuje
głęboką metamorfozę, jaką przeszła słynna już dziewiątka
przeistaczając się w ciągu zgoła dwóch tygodni z nieopierzonych pisklaków
w godnych następców Pana Cejrowskiego, czy Pani Pawlikowskiej
(będących także z Koszalina), jakby relacje z podróży były automatycznie
przypisane mieszkańcom tego grodu pod Jamnem. Autor sugeruje,
że skrajna alienacja, połączona z wyemancypowaniem jednostki sublimuje
wrażenia nieadekwatne do przeżyć. Mistrzowskie wręcz poczucie rymu,
prowadzi Go na wyżyny sztuki poetyckiej, gdzie historia mierzy się z
przeszłością, a antycypowane treści są normą literacką. Ucieczka z
postindustrialnego świata brudnej rzeczywistości do bajkowego świata iluzji
jest czasem prawdziwie traumatycznym przeżyciem, ale ...
Co ja Wam tu będę pieprzył i głupoty wciskał. Kupcie k…a bilet i przeżyjcie
to sami po swojemu.
Krzysztof Art Dławichowski
1. taka trasa http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/164 ... a2e93.html
2. taka codzienność http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/c21 ... ba79f.html
3. tak wczoraj http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/173 ... c8f84.html
4. tak dziś http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/552 ... 66334.html
5. tak jutro http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/ccb ... be2a8.html
6. tak w górze http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/006 ... 8fed9.html
7. autor! autor! http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/887 ... 1129e.html
- maria.j.nie

- Posty: 2739
- Rejestracja: pn 19 mar 2007, 23:36
- Lokalizacja: Lubuskie
- Podziękował: 18 times
- Otrzymał podziękowania: 2 times
"Przyśpiewka oczepinowa 1964", ''Ab ovo''
Autor: Teresa • "Przyśpiewka oczepinowa 1964"
Przyśpiewka oczepinowa napisana i śpiewana na weselu w roku 1964 przez moją babcię Teresę
Szerokie i długie liście na kasztanie zaraz się zaczyna to moje śpiewanie.
Na samym początku śpiewania mojego życzę Wam dziś Państwo szczęścia najlepszego.
Nigdym nie myślałam, nikt mi nie powiedział, że ja dziś Krysiu będę Tobie śpiewać.
Powiedzieli ludzie, że Karol ubogi, a on kupił bukiet z kwiatów bardzo drogich.
Bukiet z kwiatów drogich i trzewiczki białe. Jeszcze Ci obiecał do kolebki małe.
Leci ptaszek leci, ponad domem nisko zmieniłaś Krysiu dziś swoje nazwisko.
Panną Zawadzianką znaną byłaś wszędzie, lecz pani Krawczykowa ładnie Ci będzie.
Trudno się nazywa tak się stać musiało.Bo Twoje serduszko Karola pokochało.
Gałązeczka ziela wiązaneczka Bobru wybrałaś Ty chłopca z uczciwego rodu.
Z uczciwego rodu z uczciwej rodziny pamiętaj Krysiu byście się lubili.
Choćbyś Ty Krysiu złote wianki wiła, to Ci tak mąż powie, żeś nic nie robiła.
Zapłaczesz Ty Karol zapłaczesz Ty nieraz, później tak nie będzie jak przy mamie teraz.
Smutno Wam rodzice smutno Wam to będzie bo Waszej Krysi w domu już nie będzie.
I Wy też teściowie pięknie ją szanujcie, a kiedy zatęskni do serca przytulcie.
Szerokie i długie liści są na brzozie nie smuć się Krysiu bo Ci dobrze będzie.
Nie będę już śpiewać, bo już nie mam chęci. Jeden z muzykantów nosem na mnie kręci.
Nasi muzykanci są tak bardzo pyszni w pożyczonych spodniach na wesele przyszli.
Chłopaki z Olędrów za oknem stoicie, jestem tego pewna, że mnie obmówicie.
Jeden będzie mówił, ale też śpiewała, drugi będzie mówił, że się wygłupiała.
Podejdź do mnie Karol postaw mi wódeczkę dopiero Ci oddam tę Twoją żoneczkę.
Oj, czyżeś Ty Karol w głowie oczu nie miał, żeś Ty tę Krysię na żoneczkę wybrał.
Bo ona się będzie tylko pięknie stroić, a Ty będziesz musiał na to wszystko robić.
Muszę już zakończyć to moje śpiewanie, może się kto znajdzie kto zapłaci za mnie.
Czerwona chusteczka na stoliku leży, zapłaci mój drużba bo mu się należy.
Zapłaciłeś za mnie a to z ukochania, będzie o mnie jutro cała wieś gadała.
Dziękuję nie wiem jak Ci mam podziękować czy Ci chustkę wyszyć, czy Cię pocałować.
Chustki nie wyszyję bo są drogie nici. Nie pocałuję bo się światło świeci.
Witam Cię Krysiu przez listek dębowy, niech Wam błogosławi Serce Matki Bożej.
Ładnie Ci Krysiu w tej ślubnej sukience, teraz Cię już oddam następnemu w ręce.
Teresa, 1964
**************************************
Autor: Jerzy Wnukbauma • '' Ab ovo''
Gdy pierwszy raz „ruszyłem w świat"
Miałem skończone caaaałe pięć lat;
W pobliżu domu, nad gliniankę,
Zabrałem ze sobą koleżankę.
Na bujnej łące w rozlewie rzek
Zielenił się w wodzie żabi skrzek.
Wsadziłem kija do tego skrzeku
Ona mnie łapie - So ty cłowieku?
To są jajecka zabek i małe kijanki.
Oj! Dostało mi się wtedy od Hanki.
Byłem zdziwiony i wściekły ze złości
Na skromny zasób mych wiadomości.
Po kilku latach żądny wiedzy
Słyszałem jak mówią moi koledzy,
Że ojciec matkę w nocy gniecie
I stąd są dzieci na tym świecie.
Czy to prawda? - spytałem Hani.
Hanka wierzyła w przynos bociani
I osiągnęła tym taki skutek
Że matki spytałem - Czy jestem podrzutek?
Mamusia tłumaczy - Widzisz dziecko,
Najpierw było mamusi jajeczko…
Dalej głos matki kluczył i zwodził
Że nie wiedziałem o co chodzi.
W latach młodzieńczych nie będąc dzieckiem
Dobrze wiedziałem co z tym jajeczkiem,
Lecz nadal myślałem, że jedynakiem
Jestem bo ojciec je wyjadł ze smakiem.
Czas nieubłagalnie szybko leci;
Ożeniłem się z Hanką, mamy czworo dzieci.
Dzisiaj gdy widzę panny z mym wnukiem
Widzę, że byłem wielkim nieukiem.
Dziś wracam ckliwie do starych latek
I szukam jajeczek mych antenatek,
A znalezioną każdą z osób
Witam szklaneczką calvadosu*.
* Ab ovo usque ad mala - (łac) Od jajka do jabłek, (w przenośni - od
początku do końca). Powiedzenie pochodzi od uczty Rzymian którzy
na początku jedli jajka, na końcu jabłka.
* Calvados - alkohol, destylat z jabłek
Jerzy Wnukbauma
Przyśpiewka oczepinowa napisana i śpiewana na weselu w roku 1964 przez moją babcię Teresę
Szerokie i długie liście na kasztanie zaraz się zaczyna to moje śpiewanie.
Na samym początku śpiewania mojego życzę Wam dziś Państwo szczęścia najlepszego.
Nigdym nie myślałam, nikt mi nie powiedział, że ja dziś Krysiu będę Tobie śpiewać.
Powiedzieli ludzie, że Karol ubogi, a on kupił bukiet z kwiatów bardzo drogich.
Bukiet z kwiatów drogich i trzewiczki białe. Jeszcze Ci obiecał do kolebki małe.
Leci ptaszek leci, ponad domem nisko zmieniłaś Krysiu dziś swoje nazwisko.
Panną Zawadzianką znaną byłaś wszędzie, lecz pani Krawczykowa ładnie Ci będzie.
Trudno się nazywa tak się stać musiało.Bo Twoje serduszko Karola pokochało.
Gałązeczka ziela wiązaneczka Bobru wybrałaś Ty chłopca z uczciwego rodu.
Z uczciwego rodu z uczciwej rodziny pamiętaj Krysiu byście się lubili.
Choćbyś Ty Krysiu złote wianki wiła, to Ci tak mąż powie, żeś nic nie robiła.
Zapłaczesz Ty Karol zapłaczesz Ty nieraz, później tak nie będzie jak przy mamie teraz.
Smutno Wam rodzice smutno Wam to będzie bo Waszej Krysi w domu już nie będzie.
I Wy też teściowie pięknie ją szanujcie, a kiedy zatęskni do serca przytulcie.
Szerokie i długie liści są na brzozie nie smuć się Krysiu bo Ci dobrze będzie.
Nie będę już śpiewać, bo już nie mam chęci. Jeden z muzykantów nosem na mnie kręci.
Nasi muzykanci są tak bardzo pyszni w pożyczonych spodniach na wesele przyszli.
Chłopaki z Olędrów za oknem stoicie, jestem tego pewna, że mnie obmówicie.
Jeden będzie mówił, ale też śpiewała, drugi będzie mówił, że się wygłupiała.
Podejdź do mnie Karol postaw mi wódeczkę dopiero Ci oddam tę Twoją żoneczkę.
Oj, czyżeś Ty Karol w głowie oczu nie miał, żeś Ty tę Krysię na żoneczkę wybrał.
Bo ona się będzie tylko pięknie stroić, a Ty będziesz musiał na to wszystko robić.
Muszę już zakończyć to moje śpiewanie, może się kto znajdzie kto zapłaci za mnie.
Czerwona chusteczka na stoliku leży, zapłaci mój drużba bo mu się należy.
Zapłaciłeś za mnie a to z ukochania, będzie o mnie jutro cała wieś gadała.
Dziękuję nie wiem jak Ci mam podziękować czy Ci chustkę wyszyć, czy Cię pocałować.
Chustki nie wyszyję bo są drogie nici. Nie pocałuję bo się światło świeci.
Witam Cię Krysiu przez listek dębowy, niech Wam błogosławi Serce Matki Bożej.
Ładnie Ci Krysiu w tej ślubnej sukience, teraz Cię już oddam następnemu w ręce.
Teresa, 1964
**************************************
Autor: Jerzy Wnukbauma • '' Ab ovo''
Gdy pierwszy raz „ruszyłem w świat"
Miałem skończone caaaałe pięć lat;
W pobliżu domu, nad gliniankę,
Zabrałem ze sobą koleżankę.
Na bujnej łące w rozlewie rzek
Zielenił się w wodzie żabi skrzek.
Wsadziłem kija do tego skrzeku
Ona mnie łapie - So ty cłowieku?
To są jajecka zabek i małe kijanki.
Oj! Dostało mi się wtedy od Hanki.
Byłem zdziwiony i wściekły ze złości
Na skromny zasób mych wiadomości.
Po kilku latach żądny wiedzy
Słyszałem jak mówią moi koledzy,
Że ojciec matkę w nocy gniecie
I stąd są dzieci na tym świecie.
Czy to prawda? - spytałem Hani.
Hanka wierzyła w przynos bociani
I osiągnęła tym taki skutek
Że matki spytałem - Czy jestem podrzutek?
Mamusia tłumaczy - Widzisz dziecko,
Najpierw było mamusi jajeczko…
Dalej głos matki kluczył i zwodził
Że nie wiedziałem o co chodzi.
W latach młodzieńczych nie będąc dzieckiem
Dobrze wiedziałem co z tym jajeczkiem,
Lecz nadal myślałem, że jedynakiem
Jestem bo ojciec je wyjadł ze smakiem.
Czas nieubłagalnie szybko leci;
Ożeniłem się z Hanką, mamy czworo dzieci.
Dzisiaj gdy widzę panny z mym wnukiem
Widzę, że byłem wielkim nieukiem.
Dziś wracam ckliwie do starych latek
I szukam jajeczek mych antenatek,
A znalezioną każdą z osób
Witam szklaneczką calvadosu*.
* Ab ovo usque ad mala - (łac) Od jajka do jabłek, (w przenośni - od
początku do końca). Powiedzenie pochodzi od uczty Rzymian którzy
na początku jedli jajka, na końcu jabłka.
* Calvados - alkohol, destylat z jabłek
Jerzy Wnukbauma
- maria.j.nie

- Posty: 2739
- Rejestracja: pn 19 mar 2007, 23:36
- Lokalizacja: Lubuskie
- Podziękował: 18 times
- Otrzymał podziękowania: 2 times
Cudem ocalone - wojenne wspomnienia Wandy
Autor: Wanda • Cudem ocalone - wojenne wspomnienia Wandy.
Urodziłam się w czerwcu 1939r. na Mazowszu.
Jest maj 1944r. razem z rodzicami i dwiema siostrami ; 4 letnią Renią i 4 miesięczną Ulą jedziemy na
długą wycieczkę - na przymusowe roboty do Niemiec. Podróży nie pamiętam, tyle się działo.
Po przyjeździe tata idzie do pracy a my z mamą zostajemy w domu.
Nieśmiało wychodzę na podwórko do bawiących się dzieci gospodarzy.
Coś do mnie mówią ale ich nie rozumiem - uciekam do mamy z płaczem, że chcę do naszego domku.
Po tygodniu doskonale sobie radzę , wspólne zabawy z niemieckimi dziećmi niczym nie różnią się
od zabaw w rodzinnej wsi - jest mi dobrze.
Gorzej z mamą - nie rozumie czego chce od niej niemiecka gospodyni - jestem tłumaczem ; raz proponuje kąpiel w ich łazience, innym razem przynosi mleko czy owoce dla nas.
Czas mija szybko i beztrosko - to moje odczucia.
Styczeń 1945r. jest bardzo nerwowo, zjawiają się żołnierze, teraz wiem, że rosyjscy, każą nam się pakować i uciekać przed zbliżającym się frontem.
Słychać samoloty, wystrzały.
Taty z nami nie ma! Dopiero po wojnie dowiedziałam się, że przymusowo pracował przy okopach dla Niemców.
Mama pakuje najpotrzebniejsze rzeczy,zanosi je na wóz zaprzęgnięty w dwa konie, potem sadowi mnie i siostry, jeszcze tylko ma wrócić po torbę z dokumentami i jedzeniem.
Nie zdążyła - na dom spadła bomba - nie ma już domu - nie ma dokumentów - jest tylko dym,
huk, świst kul.
Uciekamy...
Rozpętało się piekło, dojeżdżamy do mostu na jakiejś rzece.
Rosyjscy żołnierze każą nam zejść z wozu i pokazać dokumenty.
Dokumentów nie mamy - uznali nas za Niemców i skierowali do grupy niemieckich kobiet i dzieci do rozstrzelania.
Już wiem co to znaczy - widziałam zabitych ludzi, boję się panicznie.
Zaczynam krzyczeć, że jesteśmy Polakami, że nie chcemy umierać, że wracamy do domu.
Modlę się bardzo głośno, proszę Najświętszą Panienkę, żeby nas uratowała - krzyczę, błagam.
Moje zachowanie zwróciło uwagę oficera rosyjskiego, który podjechał do mnie na koniu i spytał
Czemu tak rozpaczam .
Opowiedziałam dlaczego nie mamy dokumentów, jak się nazywamy, skąd jesteśmy -na szczęście rozumiał co do niego mówię i nie udawał jak inni, że nie potrafi odróżnić niemieckiego od polskiego,
Potem kazał mi zawołać mamę - pytał ją o to samo - potwierdziła moje słowa.
I stał się cud…
Oficer będąc w Polsce stacjonował w domu naszej babci na Mazowszu - od niej znał wszystkie szczegóły z naszego życia, znał nasze imiona..
Wystawił mamie bumagę - list żelazny, z masą ważnych pieczęci z naszymi danymi i tak potwierdził
naszą tożsamość.
Przy każdej kontroli mama pokazywała pismo , wszyscy je honorowali - byłyśmy uratowane. Wróciłyśmy do domu całe i zdrowe, chociaż zawszone, brudne i głodne.
Dzisiaj jako dojrzała kobieta często wracam do tamtych przeżyć i zastanawiam się skąd u 6 letniego dziecka tyle determinacji, żeby uratować życie .....
Wanda
Urodziłam się w czerwcu 1939r. na Mazowszu.
Jest maj 1944r. razem z rodzicami i dwiema siostrami ; 4 letnią Renią i 4 miesięczną Ulą jedziemy na
długą wycieczkę - na przymusowe roboty do Niemiec. Podróży nie pamiętam, tyle się działo.
Po przyjeździe tata idzie do pracy a my z mamą zostajemy w domu.
Nieśmiało wychodzę na podwórko do bawiących się dzieci gospodarzy.
Coś do mnie mówią ale ich nie rozumiem - uciekam do mamy z płaczem, że chcę do naszego domku.
Po tygodniu doskonale sobie radzę , wspólne zabawy z niemieckimi dziećmi niczym nie różnią się
od zabaw w rodzinnej wsi - jest mi dobrze.
Gorzej z mamą - nie rozumie czego chce od niej niemiecka gospodyni - jestem tłumaczem ; raz proponuje kąpiel w ich łazience, innym razem przynosi mleko czy owoce dla nas.
Czas mija szybko i beztrosko - to moje odczucia.
Styczeń 1945r. jest bardzo nerwowo, zjawiają się żołnierze, teraz wiem, że rosyjscy, każą nam się pakować i uciekać przed zbliżającym się frontem.
Słychać samoloty, wystrzały.
Taty z nami nie ma! Dopiero po wojnie dowiedziałam się, że przymusowo pracował przy okopach dla Niemców.
Mama pakuje najpotrzebniejsze rzeczy,zanosi je na wóz zaprzęgnięty w dwa konie, potem sadowi mnie i siostry, jeszcze tylko ma wrócić po torbę z dokumentami i jedzeniem.
Nie zdążyła - na dom spadła bomba - nie ma już domu - nie ma dokumentów - jest tylko dym,
huk, świst kul.
Uciekamy...
Rozpętało się piekło, dojeżdżamy do mostu na jakiejś rzece.
Rosyjscy żołnierze każą nam zejść z wozu i pokazać dokumenty.
Dokumentów nie mamy - uznali nas za Niemców i skierowali do grupy niemieckich kobiet i dzieci do rozstrzelania.
Już wiem co to znaczy - widziałam zabitych ludzi, boję się panicznie.
Zaczynam krzyczeć, że jesteśmy Polakami, że nie chcemy umierać, że wracamy do domu.
Modlę się bardzo głośno, proszę Najświętszą Panienkę, żeby nas uratowała - krzyczę, błagam.
Moje zachowanie zwróciło uwagę oficera rosyjskiego, który podjechał do mnie na koniu i spytał
Czemu tak rozpaczam .
Opowiedziałam dlaczego nie mamy dokumentów, jak się nazywamy, skąd jesteśmy -na szczęście rozumiał co do niego mówię i nie udawał jak inni, że nie potrafi odróżnić niemieckiego od polskiego,
Potem kazał mi zawołać mamę - pytał ją o to samo - potwierdziła moje słowa.
I stał się cud…
Oficer będąc w Polsce stacjonował w domu naszej babci na Mazowszu - od niej znał wszystkie szczegóły z naszego życia, znał nasze imiona..
Wystawił mamie bumagę - list żelazny, z masą ważnych pieczęci z naszymi danymi i tak potwierdził
naszą tożsamość.
Przy każdej kontroli mama pokazywała pismo , wszyscy je honorowali - byłyśmy uratowane. Wróciłyśmy do domu całe i zdrowe, chociaż zawszone, brudne i głodne.
Dzisiaj jako dojrzała kobieta często wracam do tamtych przeżyć i zastanawiam się skąd u 6 letniego dziecka tyle determinacji, żeby uratować życie .....
Wanda
