Jak to naprawdę wyglądało?

Wszystkie sprawy związane z naszą pasją, w tym: FAQ - często zadawane pytania

Moderatorzy: maria.j.nie, elgra, Galinski_Wojciech

Janina_Tomczyk

Nieaktywny
Posty: 1259
Rejestracja: pn 10 gru 2012, 17:28

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: Janina_Tomczyk »

Alinka pisze:Indelsowalam parafie wiejska na Kresach ok 1800 do 1818 i tak do konca nie jest prawda ze dzieci chrzczono zaraz po urodzeniu. Wiekszosc pewnie tak ale w okresie adwentu (przynajmniej w tej parafii nie bylo nigdy chrztu, slubu). Chrzczenie dzieci konczylo sie pod koniec listopada a zaczynalo sie po 1 stycznia. Poczatkowo przyjelam to z wielkim zaskoczeniem ale na przestrzeni 18 lat byla to tam norma. W miasteczu gdzie byl kosciol najczesciej (nie zawsze) dzieci chrzczono tego samego dnia ale te przywozone ze wsi mialy najczesciej kilka dni a dzieci szlacheckie czesto ok 2 tygodnie. Czesto chrzty bywaly "hurtowe" ........jednego dnia wieksza ilosc (podobnie bylo ze slubami).Pozdrawiam Alina
To bardzo wyjątkowa parafia, w której w adwencie nie odbywały się chrzty dzieci i nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją przy indeksowaniu parafii z łódzkiego, Mazowsza, Wielkopolski i pomorskiego. Co innego śluby, których nie udzielano w okresach nie tylko Adwentu, ale także ( przede wszystkim) Wielkiego Postu. W tej sytuacji śluby "hurtowe" były normą w większych parafiach. Jeśli chodzi o chrzest dzieci to najczęściej zapisy mówią o chrzcie dziecka urodzonego dnia wczorajszego lub onegdajszego, a chrzty tego samego dnia były rzadkością. Indeksując Gostynin ze zdziwieniem stwierdziłam liczniejsze chrzty późniejsze bez uzasadniania zwłoki lecz zakres terytorialny parafii był duży i miasto nie małe więc chrzczono dzieci liczące tydzień lub więcej.
Nie można jednak przyjmować dosłownie chrztu dzieci urodzonych tego samego dnia jako normę bo zwyczaje i możliwości techniczne były różne.
Przyjąć jednak należy, że większość dzieci była faktycznie chrzczona jak najszybciej bo dzieci rodziło się i umierało dużo według zasady jaką przytoczył Jerzy: Bóg dał, Bóg wziął. Najważniejsze było zbawienie duszy dziecka, które ochrzczone było aniołkiem czuwającym nad rodziną.
Prawdopodobnie z tego powodu dziecku urodzonemu po zgonie dziecka o danym imieniu dawano takie samo imię.
Obserwowałam także reakcje mojej cioci i ojca urodzonych w XIX wieku i ich zachowanie wobec śmierci było bardzo stonowane, i refleksyjne. Moja babcia urodziła 11 dzieci, z czego 5 zmarło w dzieciństwie więc dzieci wcześnie ze śmiercią były oswojone oraz nauczone, że śmierć w warunkach zbawienia nie jest niczym złym i nadzwyczajnym.
Awatar użytkownika
Alinka

Sympatyk
Ekspert
Posty: 82
Rejestracja: śr 09 mar 2016, 04:02

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: Alinka »

Janina_Tomczyk pisze:
Alinka pisze:Indelsowalam parafie wiejska na Kresach ok 1800 do 1818 i tak do konca nie jest prawda ze dzieci chrzczono zaraz po urodzeniu. Wiekszosc pewnie tak ale w okresie adwentu (przynajmniej w tej parafii nie bylo nigdy chrztu, slubu). Chrzczenie dzieci konczylo sie pod koniec listopada a zaczynalo sie po 1 stycznia. Poczatkowo przyjelam to z wielkim zaskoczeniem ale na przestrzeni 18 lat byla to tam norma. W miasteczu gdzie byl kosciol najczesciej (nie zawsze) dzieci chrzczono tego samego dnia ale te przywozone ze wsi mialy najczesciej kilka dni a dzieci szlacheckie czesto ok 2 tygodnie. Czesto chrzty bywaly "hurtowe" ........jednego dnia wieksza ilosc (podobnie bylo ze slubami).Pozdrawiam Alina
To bardzo wyjątkowa parafia, w której w adwencie nie odbywały się chrzty dzieci i nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją przy indeksowaniu parafii z łódzkiego, Mazowsza, Wielkopolski i pomorskiego. Co innego śluby, których nie udzielano w okresach nie tylko Adwentu, ale także ( przede wszystkim) Wielkiego Postu. W tej sytuacji śluby "hurtowe" były normą w większych parafiach. Jeśli chodzi o chrzest dzieci to najczęściej zapisy mówią o chrzcie dziecka urodzonego dnia wczorajszego lub onegdajszego, a chrzty tego samego dnia były rzadkością. Indeksując Gostynin ze zdziwieniem stwierdziłam liczniejsze chrzty późniejsze bez uzasadniania zwłoki lecz zakres terytorialny parafii był duży i miasto nie małe więc chrzczono dzieci liczące tydzień lub więcej.
Nie można jednak przyjmować dosłownie chrztu dzieci urodzonych tego samego dnia jako normę bo zwyczaje i możliwości techniczne były różne.
Przyjąć jednak należy, że większość dzieci była faktycznie chrzczona jak najszybciej bo dzieci rodziło się i umierało dużo według zasady jaką przytoczył Jerzy: Bóg dał, Bóg wziął. Najważniejsze było zbawienie duszy dziecka, które ochrzczone było aniołkiem czuwającym nad rodziną.
Prawdopodobnie z tego powodu dziecku urodzonemu po zgonie dziecka o danym imieniu dawano takie samo imię.
Obserwowałam także reakcje mojej cioci i ojca urodzonych w XIX wieku i ich zachowanie wobec śmierci było bardzo stonowane, i refleksyjne. Moja babcia urodziła 11 dzieci, z czego 5 zmarło w dzieciństwie więc dzieci wcześnie ze śmiercią były oswojone oraz nauczone, że śmierć w warunkach zbawienia nie jest niczym złym i nadzwyczajnym.
W tej parafii ktora indeksowalam praktycznie dzieci "nie rodzily sie w grudniu"............to jest absolutnie niemozliwe ale tak to wlasnie wygladalo. Ostatnie narodziny w listopadzie a nastepne styczen. W czasie tych 18 lat chrzczonych bylo ok 6 tys. dzieci a moze kilka bylo zapisanych z data urodzenia grudzien. Mialam przypadek dzieci chrzczonych jednego nia (znana rodzina szlachecka) jedno jako noworodek inne jako 3-latek. Pozdrawiam Alina
Janina_Tomczyk

Nieaktywny
Posty: 1259
Rejestracja: pn 10 gru 2012, 17:28

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: Janina_Tomczyk »

Witam

Cytuję"W tej parafii ktora indeksowalam praktycznie dzieci "nie rodzily sie w grudniu"............to jest absolutnie niemozliwe ale tak to wlasnie wygladalo. Ostatnie narodziny w listopadzie a nastepne styczen. W czasie tych 18 lat chrzczonych bylo ok 6 tys. dzieci a moze kilka bylo zapisanych z data urodzenia grudzien. Mialam przypadek dzieci chrzczonych jednego nia (znana rodzina szlachecka) jedno jako noworodek inne jako 3-latek. Pozdrawiam Alina"

Absolutnie nie neguję takich przypadków, ale to rzadkość by z powodu adwentu zaniechano chrztów dzieci i jest sprzeczne z zasadami kościelnymi i państwowymi jakie dawniej obowiązywały. Chrzty dzieci szlacheckich najczęściej były z wody i ceremonialne więc kilkoro chrzczonych jednego dnia bywały częściej także w innych parafiach. Może nam współczesnym wydaje się, że dawniej nie umieli planować ciąży u kobiet, ale to wielki błąd. Zauważyłam, że w rodzinach planowano narodzenie się dzieci w spokrewnionych rodzinach niemal równocześnie, co mogło zabezpieczać karmienie dzieci w razie choroby lub śmierci matki i ułatwiało wymienną opiekę nad dziećmi. Może zatem tak planowano ciąże w tej parafii by w grudniu się nie rodziły? Trudno się odnieść do tego wyjątkowego przypadku zaniechania chrztów tylko w Adwencie, a nie np. w czasie Wielkiego Postu jako znacznie bardziej objętego rygorystycznym zakazem zabaw.
jamiolkowski_jerzy

Sympatyk
Adept
Posty: 3178
Rejestracja: śr 28 kwie 2010, 19:24

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: jamiolkowski_jerzy »

A jakie to okolice? parafia? Jedyne wytłumaczenie jakie mi się jawi to że tych stronach był zwyczaj" hucznych" chrzcin. A jako że w Adwencie był (i relatywnie jest nadal) zakaz hucznych zabaw to z chrztami czekano.
Ciekawe byłoby porównanie ilości chrztów w poszczególnych miesiącach. Pewnie czas po Bozym Narodzeniu będzie rekordowy.
W aż tak precyzyjne stosowanie małżeńskiego kalendarzyka - jak pisze Janina - to za bardzo bym nie wierzył.
Awatar użytkownika
Alinka

Sympatyk
Ekspert
Posty: 82
Rejestracja: śr 09 mar 2016, 04:02

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: Alinka »

cytat: Może nam współczesnym wydaje się, że dawniej nie umieli planować ciąży u kobiet, ale to wielki błąd. Zauważyłam, że w rodzinach planowano narodzenie się dzieci w spokrewnionych rodzinach niemal równocześnie, co mogło zabezpieczać karmienie dzieci w razie choroby lub śmierci matki i ułatwiało wymienną opiekę nad dziećmi. Może zatem tak planowano ciąże w tej parafii by w grudniu się nie rodziły?"

A w styczniu np. 2 stycznia rodzilo sie 25 lub 30 dzieci. Moja prababka miala ich 13 (wiem tylko o zyjacych) byla praktycznie cale dorosle zycie w ciazy. Nie ..chyba planowanie wyglada troche inaczej. Myle ze skonczyc dla mnie ten temat ze i rodzice i w kosciele chcieli miec spokoj w okresie Bozego Narodzenia. Slubow tez tam nie bylo w Boze Narodzenie. (listopad i nastepne w styczniu). Nie wiem jak to bylo naprawde ale z tym planowaniem rodziny .............zbyt romantyczne i zbyt wspolczesne. Tam panowie zenili sie pare dni po zgonie zony z nastepna bo w domu byly male dzieci. Brutalne to .....ano brutalne ale tak to widze i tak wynika z ksiag koscielnych. Alina
Janina_Tomczyk

Nieaktywny
Posty: 1259
Rejestracja: pn 10 gru 2012, 17:28

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: Janina_Tomczyk »

Witam

Nic romantycznego w tym planowaniu narodzenia się dzieci niemal równocześnie w spokrewnionych rodzinach nie widzę. Wręcz przeciwnie, było to bardzo praktyczne rozwiązanie przy braku żłobków i przedszkoli oraz tak dużej śmiertelności okołoporodowej matek.
Zrobiłam sobie na własny użytek takie badania przy indeksowaniu oraz zbieraniu danych o mojej rodzinie ( moją inną pasją jest socjologia) i także byłam zdziwiona. Chyba zbyt mocno utarł się pogląd o ciemnocie ludzkiej w dawnych wiekach, a oni musieli sobie z tym życiem ( niełatwym) jakoś radzić. Tak jak teraz nie wszystkim to planowanie wychodziło i nie wszyscy planowali narodzenia dzieci.
A do Alinki - Ślubów w Boże Narodzenie nie było nigdzie, ale np.chrzest mojego prapradziadka Szczepana Janusza vel Janiszewskiego w parafii Ujazd był w dniu 26 grudnia 1791 roku, czyli dokładnie dostał imię patrona. O ślubach panów krótko po śmierci żony niedawno pisałam przy okazji ponownego ślubu mojego pradziadka, który został w 1867 roku z kilkorgiem malutkich dzieci i jest mi to doskonale znane od bardzo dawna.
bielecki

Sympatyk
Posty: 612
Rejestracja: czw 18 paź 2007, 13:35

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: bielecki »

Jeśli chodzi o przesuwanie dat urodzenia na styczeń, to gdzieś czytałem, że w ten sposób chciano opóźnić chłopcom pobór do wojska. Jeśli to się jednak działo również z nowonarodzonymi dziewczynkami, to już nie wiem, czy trop jest słuszny.

Łukasz
Sroczyński_Włodzimierz

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 35480
Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał podziękowania: 1 time

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: Sroczyński_Włodzimierz »

nie sądzę, by brak zgłoszeń (poza kilkoma na parę tysięcy) grudniowych urodzeń był wiernym odzwierciedleniem braku urodzeń w grudniach
planować to można planowe rozwiązanie, nie faktyczne (btw: niekoniecznie świadomie - zgranie cykli, gdy kobiety żyją blisko to fakt potwierdzony)
takie sytuacje (brak zgłoszeń, nagromadzenie zgłoszonych dat np na 2 stycznia, luka we wcześniejszych) też zauważyłem - stąd m.in. to "lekkie przymrużenie oka na daty, ale nie kilkanaście tygodni" )

"ślubów w Boże Narodzenie nie było nigdzie" - to też właśnie - nie można ekstrapolować wspomnień z Międzywojnia, wojny czy lat 50 - gdzie Boże Narodzenie to wręcz "tradycyjne śluby" to parę dekad i stuleć wcześniej - gdy ślubów w adwent nie było - do Trzech Króli?. I ani "Oświecenie" ani tzw Rewolucja Francuska, ani "religijność" nie ma nic do rzeczy. Nie z ateizmu wynika zmiana.
a czytelnikom wyjaśniam, że różnililiśmy się (nie wiem czy nadal) w ocenie, czy pochówek był po czy przed spisaniem aktu zgonu ( w okresie ASC). Ja nadal podtrzymuję - że akt zgonu spisywano przed pochówkiem. Z zasady.
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
Awatar użytkownika
piotr_nojszewski

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 1682
Rejestracja: ndz 21 kwie 2013, 01:17
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował: 2 times
Kontakt:

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: piotr_nojszewski »

Bardzo ciekawy watek wiec dorzuce troszkę.

Zacznę od tego, że poruszane tu sprawy sa analizowane przez dziedzine zwana demografią historyczna.
Nie mam niestety pod reka dwu podstawowych prac w tym zakresie
Ale Gieysztorowa, Kuklo, Kopczyński to zapewne podstawowe nazwiska do obejrzenia w bibliotece
jest nawet czasopismo Przeszłość Demograficzna Polski
przykładowa publikacja online o Warszawie
http://pbc.biaman.pl/dlibra/doccontent?id=5152
bibliografia
http://www.historiografia.uni.lodz.pl/d ... grafia.pdf

planowanie rodziny
Istnieją prace naukowe opisujące metody planowania rodziny z czasów przed antykoncepcją. Choc te które widziałem odnosiły sie raczej do miast. A część metod okreslilibyśmy dzis pewnie raczej inaczej.
Statystyki i trendy potwierdzają, ze coś się w tej materii działo.
W wielu parafiach widac tez pewne trendy co do rozkładu ślubów i urodzin.


zgłaszanie dzieci do chrztu
Istnieja z tego Co widziałem statystyki wskazujące na to, że moment zgłaszania wydłużał sie znacznie wraz ze wzrostem statusu rodziców. Inaczej mówiąc szlachta zgłaszała później. Oczywiście niekoniecznie mówie tu o szlachcie zagrodowej.


miłej lektury
pozdrawiam
Piotr
jamiolkowski_jerzy

Sympatyk
Adept
Posty: 3178
Rejestracja: śr 28 kwie 2010, 19:24

Re: Jak to naprawdę wyglądało?

Post autor: jamiolkowski_jerzy »

Włodku . Z aktami zgonu po 1808 pełna zgoda. Były spisywane przed pochówkiem. Najpewniej było to tak że przychodził zgłaszający załatwiać ceremonie pogrzebowa i pochowek i to był ten moment spisania aktu. Nie bez powodu w parafiach cmentarnych oddzielnie prowadzono księgi pochówków. Sam fakt zgłoszenia zgonu - moim zdaniem - pozwalał wpisywać ów rytualny zwrot " przekonawszy się naocznie". po co oglądać jak będzie chowany,z pogrzebów się nie żartuje. Dla jasnosci pomijam tu wszelkie przypadki zgonów poza miejscem zamieszkania.
Natomiast nie mam takiej pewności odnośnie liber mortuorum . W skrótowych łacińskich zapisach brak szczegółow ale skłaniałbym się że był to akt zbiorczy(mowa o namaszczeniu chorych) pisany w dniu pochówków.
W moich drobnoszlacheckich stronach zgłaszano bez zwłoki, chrzestnych brano z sąsiedztwa
Talacha_Aleksandra

Sympatyk
Posty: 45
Rejestracja: śr 22 cze 2016, 10:53

Post autor: Talacha_Aleksandra »

Ja sobie pomyślałam, że oni mogli w Wielkim Poście pościć nie tylko jedząc mniej, bez mięsa i zabaw hucznych. Może w tej parafii bardzo skrupulatnie powstrzymywano się również od "obowiązków małżeńskich" przez cały Wielki Post, skutkiem czego w okresie 9 miesięcy późniejszym liczba urodzin była znacznie niższa od przeciętnej?
Piotr_Wawa

Sympatyk
Posty: 103
Rejestracja: śr 14 wrz 2016, 11:57

Post autor: Piotr_Wawa »

Sięgnąłem do "Pamiętników włościanina" Jana Słomki - jest tam opis rzeczywistości wiejskiej z okolic Tarnobrzegu - z II połowy wieku XIX / początków XX.
Wygląda na to, że te dzieci faktycznie wieziono do kościoła tuż po narodzenia. Acz z dzisiejszego punktu widzenia, jako ojciec dwójki synów, nie potrafię sobie wyobrazić ekspedycji z takim noworodkiem - choćby jak go co chwilę karmić bez matki - to nie były raczej czasy smoczków i mleka modyfikowanego ;)

Poniżej załączam stosowny, trochę mrożący krew w moich żyłach, fragment ww wspomnień.

Nawiasem mówiąc, zadziwiająco mało mówi się, pisze i chyba w ogóle rozważa wśród genealogów nt takich realiów życia - odnoszących się do tego, co stoi za opisami z aktów - esencji naszych poszukiwań ...

"Po zabawach weselnych następują zazwyczaj chrzciny, więc i te w krótkości opiszę.

W owych czasach nikt nie słyszał o akuszerkach egzaminowanych, tylko w każdej wsi były tak zwane babki, udzielające pomocy przy połogach na podstawie własnej praktyki. Skoro dziecko przyszło na świat, jedną z pierwszych czynności babki było przepalić wódki z miodem i szmalcem tak, żeby było dwie szklanki lub dwa garnuszki. Z ego jeden wypijała babka, a drugi dawała położnicy, dopędzając ją przytem słowami: »Pijcie, pijcie, niech się napełni ten dołek, gdzie leżał ten pachołek, — zaraz będzie wam lepiej«.

Położnicę odwiedzały zaraz sąsiadki i kumoszki coraz inne, a każdą należało przyjąć poczęstunkiem, wódką i przekąską. A gdy za dzień lub dwa kumowie do chrztu pojechali, był zwyczaj, że po chrzcie nie wracali prosto do domu, ale wstępowali po drodze do karczmy lub szynku i dobrze tam popijali — i dziecięciem świeżo ochrzczonym wycierali nasamprzód kąty żydowskie; nie zapominali też o położnicy i przywozili jej w darze napitek i przekąski.

A tymczasem domowi spraszali gości na chrzciny, t.j., na zabawę po chrzcie. Znów był zwyczaj, że żadna sąsiadka czy kumoszka nie przyszła z próżnemi rękami, ale co mogła: — bułki, jajka, słoninę i czasem coś do napitku każda przyniosła, i to wszystko dla położnicy w głowy pod poduszkę składały tak, że poduszka musiała się wysoko podnieść, a położnica wskutek tego nie leżała, ale siedziała w łóżku.

Chrzciny trwały często do trzech dni wśród zabawy, wesołych śpiewów, pogadanek, a najwięcej weseliła wszystkich babka, która zazwyczaj ze wszystkich najwięcej lubiła sobie podpić. Bo też za całą usługę przy chorej przez kilka dni bardzo mało brała pieniędzy, najwięcej reńskiego, a nieraz całą zapłatą było to, co zjadła i wypiła. Starsi mianowali ją kumoszką, a dzieci babką, ona też wszystkim, gdzie przy połogu była, mówiła: »kumie, kumo«, a dzieci nazywała wnuczkami.

Po takim połogu i chrzcinach chora najpóźniej po tygodniu wstawała z łóżka i brała się do zwyczajnej roboty i była zdrowa, ale też nieraz trafiało się, że traciła zdrowie, a nawet życie, a to szczególniej przez te następujące zaraz po narodzinach chrzciny, na których goście swobodnie i głośno się bawili bez względu na chorą położnicę, i odchodziła wódka, którą i chorą raczyli. "
Piotr_Wawa

Sympatyk
Posty: 103
Rejestracja: śr 14 wrz 2016, 11:57

Post autor: Piotr_Wawa »

i od razu także stosowny fragment nt umierania i pogrzebu z rzeczonego już Jana Słomki. Przepraszam za przydługie wpisy, ale te cytaty są tak nasycone syntetyczną informacją, że chyba warto je tu umieścić.
I jedna uwaga - wspomina się poniżej o wystawianiu zwłok w domu zmarłego na 3 dni. Ja też z opowieści rodzinnych pamiętam, że był taki zwyczaj i nie chowało się nikogo np. następnego dnia po śmierci - w przeciwieństwie np. do zwyczajów religii mojżeszowej. To znów stawia pytanie o tę naoczność przekonania się o śmierci wspominaną w aktach - różne są tam dystanse pomiędzy deklarowaną datą zgonu, a spisaniem aktu, ale ja zwykle natykam się odstęp 1, 2 dni. Jeśli wierzyć tym zapisywanym datom, akt nie mógł być więc zwykle spisywany w dniu pogrzebu. Chyba, że masowo zafałszowywano te daty... Tak, czy inaczej świadkowie śmierci, rodzina musieli wcześniej stawić się w kościele, by uzgodnić mszę pogrzebową.

"Umierali bez trwogi i z nadzwyczajnym spokojem. Gospodarz na przykład, gdy się czuł bliski śmierci, wołał żonę, dzieci, sługi, krewnych i sąsiadów, powiadał, że wnet umrze, żegnał się z nimi, przepraszał, jeżeli co komu zawinił, i prosił sąsiadów i kumów, żeby żonie pomogli wywieźć go na cmentarz. Słowem, wybierał się na tamten świat z takim spokojem, jakby niedługo z tej drogi miał powrócić. Dziś wielu z większym żalem i trwogą wyjeżdżą do Ameryki lub Prus.
Toteż mówił mi raz, zmarły przedwcześnie, a bardzo zdolny i ceniony lekarz śp. Orzechowski, że skon u włościan przedstawia widok bardzo pouczający i utwierdza go w przekonaniu, że inteligencja, niosąca na wieś oświatę, sama od włościan wiele się może nauczyć mądrości życiowej.
Gdy spostrzegli, że chory jest konający, przynosili snop prostej słomy, rozścielali w izbie pod środkowym belkiem i składali na niej chorego. Na słomie było tylko prześcieradło czyli lniana lub konopna płachta, poduszki zaś i wszystko, coby było z piór, było usunięte, żeby chory miał lekkie skonanie, bo na pierzu, według ówczesnego mniemania, mógłby mieć ciężkie.
Ubiór zmarłych był, podobnie jak za życia, cały najczęściej z domowego, konopnego płótna, a składał się z koszuli, gaci, czyli spodni i czapki. Trumnę zbijali z desek sosnowych, które nieraz gospodarz przez długie lata przechowywał, a szczególniej, gdy deski były smolne, to już je na trumnę chowali, bo mówili, że takie w ziemi prędko nie spróchnieją. — Trumna była prosta, biała, czasem malowana sadzami, —na każdej trumnie naznaczony krzyż.
Ciało złożone w trumnie stało do trzeciego dnia w izbie, sieni lub drewutni. Jeżeli umarł bogatszy gospodarz lub gospodyni, to ciało trzymane było w izbie, a najęty dziad siedział przy zmarłym przez dzień i noc, świecąc lampkę lub świece. Z domu wynosili się zwyczajnie wszyscy domownicy do sąsiadów i tam pozostawali aż do dnia pogrzebu.
***
Na pogrzeb spraszały dzieci lub sługi albo sam gospodarz względnie gospodyni po całej wsi dom w dom, a nawet i z sąsiednich wsi krewnych, kumów i znajomych. Dzieci i wogóle młodsi, prosząc na pogrzeb, chwytali nisko za nogi, — kogoby zaś pominięto, to był tem obrażony i rzadko się wydarzyło, żeby na pogrzeb przyszedł.
Wyprowadzenie zwłok odbywało się zaraz z rana. Każdego, kto przyszedł, częstowali kieliszkiem wódki i mało kto wypicia odmówił, a kto lubił wódkę, to wypił więcej. Przed wyruszeniem pogrzebu jeden z gospodarzy, mający lepszy dar mowy, wypowiadał w krótkich i gorliwych słowach tak zwaną egzortę, która słuchaczów wzruszała zwyczajnie do głośnego płaczu. Po pokropieniu trumny wodą święconą ruszał orszak żałobny do kościoła parajialnego, a po odprawieniu zamówionej ceremonji, jak mszy świętej, szedł stamtąd na cmentarz, na miejsce wiecznego spoczynku. Trumnę wieźli na wozie w gnojnicach czyli »leterkach«, w zimie zaś na saniach.
Po pogrzebie najbliższy krewny zmarłego zatrzymywał się gdzieś na drodze i spraszał wszystkich uczestników do domu lub do karczmy na poczęsne, na tak zwaną konselację. Trwała ona czasem do wieczora i wiele na nią wydawali, zwłaszcza u mieszczan, — było tam wiele płaczu, żalu, niemało perswazji i pocieszania, n. p. pozostałej wdowy lub wdowca, a że wódka każdą uroczystość musiała zbrukać, więc i na tej żałobie nieraz dobrze sobie podpili i nawet pobili się."
Awatar użytkownika
Dławichowski

Członek PTG
Ekspert
Posty: 1042
Rejestracja: ndz 24 wrz 2006, 16:58
Lokalizacja: Koszalin
Kontakt:

Post autor: Dławichowski »

Dzień dobry!
Temat przedni, więc i moje "3 grosze". Jestem rocznik 1952 i kiedy to, prawie wczoraj - bo w 1975 urodziła się moja córka, to teściowa wyciągnęła gdzieś z przepastnych zakamarów BET pieszczotliwie "BECIKIEM" zwany. To taka pierzyńczyna w ślicznej koronce jak koperta. Z żoną > miastowi - tak walczyliśmy z tym "zaściankiem", że szło na ostro. Bo umrze i już! W tym becie spokojnie niemowlaczek trzęsienie ziemi przetrzyma, nie tylko trzęsawkę linijką czy mróz. Kocem można to też jeszcze owinąć i ceratą przed deszczyskiem zabezpieczyć. Ot, wspomnienie Krzycha z Koszalina. Pa
kulik_agnieszka

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 627
Rejestracja: pt 30 sty 2015, 17:02

Post autor: kulik_agnieszka »

A za czasów naszych przodków bet był wypchany pierzem i miał grubość przynajmniej dwóch zimowych kołder z Ikei. :D
Agnieszka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ja i Genealogia, wymiana doświadczeń”