Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
Moderatorzy: maria.j.nie, elgra, Galinski_Wojciech
- Aftanas_Jerzy

- Posty: 3287
- Rejestracja: śr 15 kwie 2009, 15:52
Bardzo wzruszające są te wywody uzasadniające przegrane racje. I nie pomogą podpórki autorytetami, nie wszystkie zresztą trafione. Absurd pozostaje absurdem, a można go jeszcze bardziej unaocznić idąc dalej tym fałszywym tropem. Pomysł sam się nasuwa: Można opracować mapę geograficznego rozkładu nazwisk pochodzących od dziwnych, ośmieszających imion nadawanych dzieciom z nieprawego łoża.. Nawet nie trzeba się zbytnio napracować. Wystarczy wybrać wg znanego już teraz klucza „trefne nazwiska odimienne” ze słownika gniazdowego nazwisk Polaków Kazimierza Rymuta, ująć w specjalny wykaz i opublikować w Internecie wraz z analizą wyników „badań” wykorzystując procedurę opanowaną przez „moikrewni.pl”. W wyniku uzyska się piękne poglądowe mapki, materiał do obróbki statystycznych, obliczyć można „wskaźniki zbękarcenia Polaków” (krajowe, wojewódzkie, powiatowe i gminne). Wdzięczny temat dla genealogów rodzinnych. Trochę publikacji, prelekcji, może nawet książka i popularność. Co prawda niektóre ważne i znane osoby mogą się obrazić, ale mądrzy tylko z uśmiechem wzruszą ramionami.
Szkoda jednak, że w tym zbiorze „bękartopochodnych nazwisk” znajdzie się też nieżyjący już, a wielce zasłużony dla nauki i kultury Polskiej Roman Włodzimierz Aftanazy, którego dziełem życia jest opracowanie dziejów polskich dworów i pałaców szlacheckich na Kresach Wschodnich w granicach sprzed 1772. Monumentalna monografia obejmuje 1500 rezydencji w 11 podwójnych tomach. Każdy kto szukał na tych terenach materialnych śladów swoich przodków i miał tam czego szukać, ten musiał sięgnąć do tego dzieła. Miał też zasługi dla Ossolineum: uczestniczył w negocjacjach ze stroną ukraińską w sprawie przekazania Wrocławowi części zbiorów ze Lwowa oraz Panoramy Racławickiej. Urodził się w rodzinie kolejarskiej w Morszynie niedaleko znamiennego Chyrowa tuż za granicą z Polską. Polska kultura, historia wraz z heraldyka i genealogią zawdzięcza mu wiele. :mrgreen:
Szkoda jednak, że w tym zbiorze „bękartopochodnych nazwisk” znajdzie się też nieżyjący już, a wielce zasłużony dla nauki i kultury Polskiej Roman Włodzimierz Aftanazy, którego dziełem życia jest opracowanie dziejów polskich dworów i pałaców szlacheckich na Kresach Wschodnich w granicach sprzed 1772. Monumentalna monografia obejmuje 1500 rezydencji w 11 podwójnych tomach. Każdy kto szukał na tych terenach materialnych śladów swoich przodków i miał tam czego szukać, ten musiał sięgnąć do tego dzieła. Miał też zasługi dla Ossolineum: uczestniczył w negocjacjach ze stroną ukraińską w sprawie przekazania Wrocławowi części zbiorów ze Lwowa oraz Panoramy Racławickiej. Urodził się w rodzinie kolejarskiej w Morszynie niedaleko znamiennego Chyrowa tuż za granicą z Polską. Polska kultura, historia wraz z heraldyka i genealogią zawdzięcza mu wiele. :mrgreen:
Serdeczne pozdrowienia
Jerzy Aftanas
Jerzy Aftanas
Dziecko nieślubne w dawnych czasach nie było zjawiskiem tak rzadkim, jak cielę z dwoma głowami. Na tym tym forum prezentowane były już były dane mówiące, jaki to mógł być odstek.
nie jest oparte na źródłach, a stanowi tylko zabieg stylistyczny mający u czytającego wywołać emocje. Kluczowym słowem jest tu słowo "podobno". Społeczność nie byłaby w stanie funkcjonować stygmatyzując tak licznych członków własnej gromady. Bohdan Baranowski pisze, że wysokie opłaty kościelne za udzielenie ślubu powodowały powstawanie licznych związków niesakramentalnych żyjących wbrew proboszczowi, ale przy jawnej aprobacie wsi. Można przypuszczać, że zbytnia ostentacja w wyrażaniu niechęci wobec dzieci nieślubnych mogła zaowocować podobnym efektem.
Wieś dobrze wiedziała, kto jest "bękartem" i nie trzeba tu było zabiegów księdza, aby jej o tym przypomnieć.
Dziwi też w powyższej wypowiedzi, że imiona świętych katolickich uznawane są za ośmieszające. Nie nadawano ich, aby kogokolwiek ośmieszyć, ale żeby wyróżnić. Nietypowe imię było być może informacją dla innych duchownych, że noszący je człowiek nie został poczęty w małżeństwie. Było swoistym kodem dla wtajemniczonych.
O ile bycie nieślubnym dzieckiem mogło rodzić nieprzyjemne uwagi ze strony rówieśników czy starszych, to nietypowe imię już chyba nie. Noworodek nie dostawał na chrzcie imienia typu "Kozibobek", tylko imię katolickiego świętego, które wybrał dla niego sam ksiądz dobrodziej. W owych czasach dla ludzi był to raczej zaszczyt i wyróżnienie, a nie bolesny stygmat. Nietypowe i tak było natychmiast "przerobione" przez najbliższych, aby mogło być łatwo zapamiętane i wymówione.
U Orzeszkowej czytamy, jak to na wieś wraca kobieta z dzieckiem i na pytanie o jego imię odpowiada: Oktawian. - Chtawian - mruczy chłop i na tym ten "sensacyjny" wątek się kończy.
tomek
Twierdzenie:Ja kiedyś liczyłem jedną parafię wiejską, to przez 10 lat średnia wyszła mi 15% dzieci, które miały ojca NN.
Podobno w niektórych parafiach zdarzało się nawet, że na chrzcie z reguły nadawano dzieciom nieślubnym jakieś imiona ośmieszające. Proboszczowie, którzy to czynili, i wszyscy, którzy to aprobowali, sądzili zapewne, że takie potępienie grzechu cudzołóstwa podoba się Bogu. Nie zauważali tylko ciężkiej krzywdy, jaka w ten sposób była zadawana niewinnemu i bezbronnemu dziecku.
nie jest oparte na źródłach, a stanowi tylko zabieg stylistyczny mający u czytającego wywołać emocje. Kluczowym słowem jest tu słowo "podobno". Społeczność nie byłaby w stanie funkcjonować stygmatyzując tak licznych członków własnej gromady. Bohdan Baranowski pisze, że wysokie opłaty kościelne za udzielenie ślubu powodowały powstawanie licznych związków niesakramentalnych żyjących wbrew proboszczowi, ale przy jawnej aprobacie wsi. Można przypuszczać, że zbytnia ostentacja w wyrażaniu niechęci wobec dzieci nieślubnych mogła zaowocować podobnym efektem.
Wieś dobrze wiedziała, kto jest "bękartem" i nie trzeba tu było zabiegów księdza, aby jej o tym przypomnieć.
Dziwi też w powyższej wypowiedzi, że imiona świętych katolickich uznawane są za ośmieszające. Nie nadawano ich, aby kogokolwiek ośmieszyć, ale żeby wyróżnić. Nietypowe imię było być może informacją dla innych duchownych, że noszący je człowiek nie został poczęty w małżeństwie. Było swoistym kodem dla wtajemniczonych.
O ile bycie nieślubnym dzieckiem mogło rodzić nieprzyjemne uwagi ze strony rówieśników czy starszych, to nietypowe imię już chyba nie. Noworodek nie dostawał na chrzcie imienia typu "Kozibobek", tylko imię katolickiego świętego, które wybrał dla niego sam ksiądz dobrodziej. W owych czasach dla ludzi był to raczej zaszczyt i wyróżnienie, a nie bolesny stygmat. Nietypowe i tak było natychmiast "przerobione" przez najbliższych, aby mogło być łatwo zapamiętane i wymówione.
U Orzeszkowej czytamy, jak to na wieś wraca kobieta z dzieckiem i na pytanie o jego imię odpowiada: Oktawian. - Chtawian - mruczy chłop i na tym ten "sensacyjny" wątek się kończy.
tomek
Proszę Państwa, nie warto się nadmiernie emocjonować. Kluczem do problemów w tej dyskusji są przysłówki typu "często". Co to znaczy często: w 2% parafii? 5%? 20%? W jakimś niewielkim odsetku parafii, nieliczni proboszczowie bawili się w takie praktyki, zapewne przy aprobacie jednych parafian, a a dezaprobacie innych, jak to w życiu. Natomiast historie o takich sytuacjach żyją własnym życiem i tworzą legendę, że takie praktyki były "częste", czy "powszechne".
Podobne legendy można usłyszeć o: zmienianiu emigrantom nazwisk po przybiciu na amerykański brzeg (nie było celowej akcji, ale nie można wykluczyć przypadkowych przekręceń przy barierze językowej, trudnych do odczytania dokumentach, niepiśmienności delikwentów i po prostu przy dziesiątkach tysięcy osób, które się tam przewijały). Potem na pytanie wnuczka, dlaczego dziadek w Polsce nazywał się inaczej, padała odpowiedź "urzędnicy zmienili" i legenda rosła w siłę. A zmiana mogła nastąpić w innych okolicznościach krótko po przyjeździe, a po 60 latach wszystko się już pomyliło. Podobnie z nadawaniem Żydom ośmieszających nazwisk przez carskich lub CK urzędników (izolowana praktyka, w plotce uznana za powszechną) i w tej tu dyskusji jest tak samo. Osobne spisy nieślubnych dzieci to wielka rzadkość, tym niemniej zdarzały się (ja widziałem jeden,w parafii pod Ostrowem Wlkp.). Wymyślanie nietypowych imion też zapewne gdzieś tam się trafiało, ale dalibóg, nie było to ani częste, ani powszechne, ani zorganizowaną akcją itd.
Pozdrawiam,
Łukasz
Podobne legendy można usłyszeć o: zmienianiu emigrantom nazwisk po przybiciu na amerykański brzeg (nie było celowej akcji, ale nie można wykluczyć przypadkowych przekręceń przy barierze językowej, trudnych do odczytania dokumentach, niepiśmienności delikwentów i po prostu przy dziesiątkach tysięcy osób, które się tam przewijały). Potem na pytanie wnuczka, dlaczego dziadek w Polsce nazywał się inaczej, padała odpowiedź "urzędnicy zmienili" i legenda rosła w siłę. A zmiana mogła nastąpić w innych okolicznościach krótko po przyjeździe, a po 60 latach wszystko się już pomyliło. Podobnie z nadawaniem Żydom ośmieszających nazwisk przez carskich lub CK urzędników (izolowana praktyka, w plotce uznana za powszechną) i w tej tu dyskusji jest tak samo. Osobne spisy nieślubnych dzieci to wielka rzadkość, tym niemniej zdarzały się (ja widziałem jeden,w parafii pod Ostrowem Wlkp.). Wymyślanie nietypowych imion też zapewne gdzieś tam się trafiało, ale dalibóg, nie było to ani częste, ani powszechne, ani zorganizowaną akcją itd.
Pozdrawiam,
Łukasz
Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
Mogę powiedzieć tylko, że ta dyskusja nikomu nie mogła zaszkodzić, a rzuciła ona więcej światła na problematykę przodków poczętych poza małżeńskim łożem. Przynajmniej moje spojrzenie na tę kwestię, po przeczytaniu Waszych wypowiedzi, jest obecnie nieco szersze.
Wrócę jeszcze jednak do stwierdzenia, iż: „Osobne spisy nieślubnych dzieci to wielka rzadkość”, i zapytam Łukaszu, po co tworzyć takie osobne spisy? Przecież dla prowadzenia sprawozdawczości statystycznej, czy też w celu opracowania wskaźników, jak to nazywa Jerzy „zbękarcenia Polaków”, lepiej sięgnąć do materiałów źródłowych, czyli ksiąg parafialnych.
Jak podaje Małgorzata Nowaczyk w artykule Pater ignotus, czyli sprawa dzieci nieślubnych, zamieszczonym na stronach wortalu „Genealogia Polska” (GenPol.com):
„Kościół katolicki, który od wieków kwestionował prawa dzieci nieślubnych przy każdym chrzcie skrupulatnie notował pochodzenie z prawego czy też nieprawego łoża.
[…] W księgach metrykalnych łatwo ustalić, kto pochodził z nieprawego łoża: zawsze zapisywano w rubrykach thori czy dziecko było legitimu czy illegitimus (czyli czy z prawego lub z nieprawego łoża) […]. W księgach tabelowych z wieku XIX w osobnej rubryce zapisywano też sumę narastającą dzieci nieślubnych w danej parafii od początku roku. Przed wprowadzeniem ksiąg z rubrykami, w zapisach narracyjnych używano pater ignotus (nieznany) albo pater incertus (niepewny) [...].
Przeglądy ksiąg metrykalnych wykazują, że urodziny dzieci nieślubnych były zjawiskiem dość częstym: mimo zaciekłej walki kościoła z cudzołóstwem oraz mimo wrogiej opinii publicznej na przestrzeni wieków ilość chrztów dzieci nieślubnych szacowana jest od 1 do 8-10 procent. W wieku XVII i XVIII wzrost lub spadek tych odsetków odzwierciedlał z reguły okresy przemarszy lub stacjonowania wojsk w czasach wojen lub i pokoju. W latach 1736-77 we wiosce Czachorowo w parafii gostyńskiej (Wielkopolska) urodziło się zaledwie pięcioro nieślubnych dzieci; na 228 urodzeń stanowiło to 2,2%. W roku 1806 na terenie departamentu warszawskiego chrzty dzieci nieślubnych stanowiły 3,4%. O wiele więcej było takich chrztów w powiatach z dużymi konglomeracjami miejskimi (np. powiat kaliski z Kaliszem włącznie - 7,2 %). W latach 1811-1850 na terenie parafii radzionkowskiej na ponad 4,5 tysiąca dzieci było 3,7% chrztów dzieci nieślubnych, z tym że w różnych latach odsetek ten wahał się znacznie. Sytuacja ta nie zmieniła się w okresie pokoju i w latach późniejszych: w Zaborowie (Galicja, 60 km na wschód od Krakowa) na przełomie XIX i XX wieku (lata 1890-1914) urodziło się 5,4% dzieci nieślubnych. W jednej ze wsi (Dołęga, rok 1894) odsetek dzieci nieślubnych wynosił aż 32% (!)” (w cytowanym fragmencie pominęłam odwołania Autorki do przypisów).
Rzeczywiście, temat ten budzi wiele emocji. Lecz nie uważam tego za złe. Nie da się być prawdziwym w relacji z drugą osobą bez emocji, nie da się być prawdziwie w świecie bez dopuszczenia do głosu uczuć.
Łączę serdeczne pozdrowienia –
Lidia
Wrócę jeszcze jednak do stwierdzenia, iż: „Osobne spisy nieślubnych dzieci to wielka rzadkość”, i zapytam Łukaszu, po co tworzyć takie osobne spisy? Przecież dla prowadzenia sprawozdawczości statystycznej, czy też w celu opracowania wskaźników, jak to nazywa Jerzy „zbękarcenia Polaków”, lepiej sięgnąć do materiałów źródłowych, czyli ksiąg parafialnych.
Jak podaje Małgorzata Nowaczyk w artykule Pater ignotus, czyli sprawa dzieci nieślubnych, zamieszczonym na stronach wortalu „Genealogia Polska” (GenPol.com):
„Kościół katolicki, który od wieków kwestionował prawa dzieci nieślubnych przy każdym chrzcie skrupulatnie notował pochodzenie z prawego czy też nieprawego łoża.
[…] W księgach metrykalnych łatwo ustalić, kto pochodził z nieprawego łoża: zawsze zapisywano w rubrykach thori czy dziecko było legitimu czy illegitimus (czyli czy z prawego lub z nieprawego łoża) […]. W księgach tabelowych z wieku XIX w osobnej rubryce zapisywano też sumę narastającą dzieci nieślubnych w danej parafii od początku roku. Przed wprowadzeniem ksiąg z rubrykami, w zapisach narracyjnych używano pater ignotus (nieznany) albo pater incertus (niepewny) [...].
Przeglądy ksiąg metrykalnych wykazują, że urodziny dzieci nieślubnych były zjawiskiem dość częstym: mimo zaciekłej walki kościoła z cudzołóstwem oraz mimo wrogiej opinii publicznej na przestrzeni wieków ilość chrztów dzieci nieślubnych szacowana jest od 1 do 8-10 procent. W wieku XVII i XVIII wzrost lub spadek tych odsetków odzwierciedlał z reguły okresy przemarszy lub stacjonowania wojsk w czasach wojen lub i pokoju. W latach 1736-77 we wiosce Czachorowo w parafii gostyńskiej (Wielkopolska) urodziło się zaledwie pięcioro nieślubnych dzieci; na 228 urodzeń stanowiło to 2,2%. W roku 1806 na terenie departamentu warszawskiego chrzty dzieci nieślubnych stanowiły 3,4%. O wiele więcej było takich chrztów w powiatach z dużymi konglomeracjami miejskimi (np. powiat kaliski z Kaliszem włącznie - 7,2 %). W latach 1811-1850 na terenie parafii radzionkowskiej na ponad 4,5 tysiąca dzieci było 3,7% chrztów dzieci nieślubnych, z tym że w różnych latach odsetek ten wahał się znacznie. Sytuacja ta nie zmieniła się w okresie pokoju i w latach późniejszych: w Zaborowie (Galicja, 60 km na wschód od Krakowa) na przełomie XIX i XX wieku (lata 1890-1914) urodziło się 5,4% dzieci nieślubnych. W jednej ze wsi (Dołęga, rok 1894) odsetek dzieci nieślubnych wynosił aż 32% (!)” (w cytowanym fragmencie pominęłam odwołania Autorki do przypisów).
Rzeczywiście, temat ten budzi wiele emocji. Lecz nie uważam tego za złe. Nie da się być prawdziwym w relacji z drugą osobą bez emocji, nie da się być prawdziwie w świecie bez dopuszczenia do głosu uczuć.
Łączę serdeczne pozdrowienia –
Lidia
-
Sroczyński_Włodzimierz

- Posty: 35480
- Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
- Lokalizacja: Warszawa
- Otrzymał podziękowania: 1 time
Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
Trudno pozostawić bez komentarza fragmentu, że to Kościół katolicki od wieków kwestionował...
Pobieżny przegląd praw obowiązujących w czasach gdy nie istniał Kościół Katolicki w trochę innym świetle stawia ww tezę:)
Od wieków należałoby zastąpić "pod tysiącleci" - w kulturze związanej z basenem Morza Śródziemnego (i nie tylko) kwestie praw (czyli przede wszystkim dziedziczenia) istniała kwestia rozgraniczenia praw dzieci małżeńskich i pozamałżeńskich.
Wydaje mi się (mniejsza pewność ale chyba jestem w stanie obronić) że w kulturach, organizmach państwowych zdecydowanie niezwiązanych z Kościołem (zarówno Rzymskokatolickim jaki i Greckokatolickim) istniało (i nadal istnieje!) zróżnicowanie.
Nie wiem czy i jak w bardzo egzotycznych systemach (np dziedziczenie przez najmłodszą córkę po matce - bardzo spójny system!) uregulowano omawiane kwestie. Ale w głównych (dominujących? najbardziej rozpowszechnionych - jeśli chodzi o kryterium czasu, ilość osób mieszczących się w ramach systemu) uznanie przez oboje rodziców (ew. rodziny obojga rodziców) miało znaczenie.
A kwestia czy małżeńskie czy poza i częstość występowania problemu. Gdybyśmy zmienili na "uznane przez oboje rodziców za własne" to być może zmienność (różnica częstości występowania) dałaby się wyjaśnić w większości przypadków możliwością (faktyczną nie teoretyczną) potwierdzenia ojcostwa. Mniejszą przy migracjach (przywołany przypadek stacjonowania czy przemarszu wojsk i inne), większą w mniejszych społecznościach etc
Czy ma ( i jak duży) związek z biologicznym pochodzeniem? Wcale nie takie pewne
Zdaje się, że większość z działań mających na celu ograniczenie liczby nieślubnych dzieci miało na celu zapewnienie bytu dziecku - tj zwiększenie szansy przeżycia przez znalezienie opiekuna (ojca choć niekoniecznie:). Było to zamiarem (jeśli dobrze rozumiem) zarówno kościołów (różnych!) jak i administracji państwowych (także różnych:)
stąd (ja mniemam) np prowadzenie statystyk umieralności dzieci "ślubnych" i nieślubnych (a praktyce posiadających wsparcie obojga rodziców i nieposiadających takiego wsparcia)
Szczególnie w średnich i dużych miastach różnica była duże...(na całym kontynencie w XVIII i XIX wieku)
Pozdrawiam
Pobieżny przegląd praw obowiązujących w czasach gdy nie istniał Kościół Katolicki w trochę innym świetle stawia ww tezę:)
Od wieków należałoby zastąpić "pod tysiącleci" - w kulturze związanej z basenem Morza Śródziemnego (i nie tylko) kwestie praw (czyli przede wszystkim dziedziczenia) istniała kwestia rozgraniczenia praw dzieci małżeńskich i pozamałżeńskich.
Wydaje mi się (mniejsza pewność ale chyba jestem w stanie obronić) że w kulturach, organizmach państwowych zdecydowanie niezwiązanych z Kościołem (zarówno Rzymskokatolickim jaki i Greckokatolickim) istniało (i nadal istnieje!) zróżnicowanie.
Nie wiem czy i jak w bardzo egzotycznych systemach (np dziedziczenie przez najmłodszą córkę po matce - bardzo spójny system!) uregulowano omawiane kwestie. Ale w głównych (dominujących? najbardziej rozpowszechnionych - jeśli chodzi o kryterium czasu, ilość osób mieszczących się w ramach systemu) uznanie przez oboje rodziców (ew. rodziny obojga rodziców) miało znaczenie.
A kwestia czy małżeńskie czy poza i częstość występowania problemu. Gdybyśmy zmienili na "uznane przez oboje rodziców za własne" to być może zmienność (różnica częstości występowania) dałaby się wyjaśnić w większości przypadków możliwością (faktyczną nie teoretyczną) potwierdzenia ojcostwa. Mniejszą przy migracjach (przywołany przypadek stacjonowania czy przemarszu wojsk i inne), większą w mniejszych społecznościach etc
Czy ma ( i jak duży) związek z biologicznym pochodzeniem? Wcale nie takie pewne
Zdaje się, że większość z działań mających na celu ograniczenie liczby nieślubnych dzieci miało na celu zapewnienie bytu dziecku - tj zwiększenie szansy przeżycia przez znalezienie opiekuna (ojca choć niekoniecznie:). Było to zamiarem (jeśli dobrze rozumiem) zarówno kościołów (różnych!) jak i administracji państwowych (także różnych:)
stąd (ja mniemam) np prowadzenie statystyk umieralności dzieci "ślubnych" i nieślubnych (a praktyce posiadających wsparcie obojga rodziców i nieposiadających takiego wsparcia)
Szczególnie w średnich i dużych miastach różnica była duże...(na całym kontynencie w XVIII i XIX wieku)
Pozdrawiam
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
Re: Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
Miałem na myśli osobne listy dzieci nieślubnych w księgach metrykalnych, po prostu zdarzało się, ale jak piszę, rzadko - że ksiądz zupełnie osobno notował urodzenia dzieci z prawego i nieprawego łoża. Ktoś w dyskusji pisał, że nie było takich spisów, one jednak były, tylko rzadko...Virg@ pisze:Wrócę jeszcze jednak do stwierdzenia, iż: „Osobne spisy nieślubnych dzieci to wielka rzadkość”, i zapytam Łukaszu, po co tworzyć takie osobne spisy?
Łukasz
-
Sroczyński_Włodzimierz

- Posty: 35480
- Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
- Lokalizacja: Warszawa
- Otrzymał podziękowania: 1 time
Re: Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
Z tego co mi wiadomo, to był wymóg administracyjny w pewnym okresie (uprzedzam - nie potrafię przybliżyć w jakim:) w przynajmniej części terytorium jakim się zajmujemy. Nie dla celów wyznaniowych.
Kwestia dyskusyjna czy spisy imienne były potrzebne i czy ich twórca brał pod uwagę, że za kilkaset lat mogą być upublicznione
Pokusiłbym się o postawienie hipotezy (ale nie o jej zbadanie:), że analogiczne spisy były prowadzone i w Zjednoczonym Królestwie i pod rządami Republiki Francuskiej i przynajmniej w części państw skandynawskich.
Pozdrawiam serdecznie:)
P.S. Podobnie np z przyczynami zgonów -nie identyfikowałbym przyczyny wpisów "zmarł na syfilis" z chęcią identyfikacji (i dalszych implikacji:) akurat tej grupy osób - przez dowolną organizację wyznaniową czy państwową:)
Kwestia dyskusyjna czy spisy imienne były potrzebne i czy ich twórca brał pod uwagę, że za kilkaset lat mogą być upublicznione
Pokusiłbym się o postawienie hipotezy (ale nie o jej zbadanie:), że analogiczne spisy były prowadzone i w Zjednoczonym Królestwie i pod rządami Republiki Francuskiej i przynajmniej w części państw skandynawskich.
Pozdrawiam serdecznie:)
P.S. Podobnie np z przyczynami zgonów -nie identyfikowałbym przyczyny wpisów "zmarł na syfilis" z chęcią identyfikacji (i dalszych implikacji:) akurat tej grupy osób - przez dowolną organizację wyznaniową czy państwową:)
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
Re: Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
Nie do końca należy widzieć problem dzieci "nieślubnych" tylko przez pryzmat etyczno-moralny czy religijny. Oczywiście, Kościół potępiał cudzołóstwo, ale z z problemem dzieci nieślubnych walczył dużo ostrzej, używając znacznie radykalniejszych środków. Cudzołożnica wiejska (nawet wielokrotna) obdarzana w niektórych regionach przydomkiem "powsinoga"`nie podlegała takiemu ostracyzmowi jak "panna z dzieckiem". Trzeba przyznać, że Kościół zachowywał się tu całkowicie racjonalnie; powody były trzy: zdrowie, dziedziczenie i bieda. Otóż księgi parafialne nie były wcale prowadzone dla celów statystycznych czy administracyjnych (przynajmniej do czasów napoleońskich), ba - nie służyły nawet celom religijnym. Prowadzenie ewidencji urodzeń i zakaz związków między krewnymi ograniczało po prostu negatywne skutki "chowu wsobnego" w małych społecznościach. Pojawianie się dzieci, w wypadku których nie można było ustalić ojca (zwykle zjawisko to występowało to w kilku do kilkunastu procentach populacji; to znaczy było odnotowywane w tej skali, bo przecież nie wszystkie dzieci "legalne" były biologicznymi dziećmi osób zapisanych w księgach...) zwiększało znacznie prawdopodobieństwo pojawienia się defektów genetycznych skutkujących często kalectwem fizycznym lub psychicznym. Instytucja "wiejskiego głupka" to mógłby być często przykład nieubłaganych praw genetyki. Bo przecież kazirodztwo nie jest wynalazkiem naszych czasów. Kolejna kwestia - już czysto ekonomiczna - samotna matka najczęściej nie była zdolna do samodzielnego utrzymania i wykarmienia dziecka, często wówczas obowiązek ten spadał na "gromadę" lub wręcz na parafię. I kolejna przyczyna; kwestie związane z dziedziczeniem: w małych społecznościach wiejskich "pater ignotus" był najczęściej dobrze znany, co zwiększało ryzyko sporów przy podziale majątku. Pamiętać trzeba, że władza świecka była tu znacznie bardziej rygorystyczna niż Kościół, który w wypadku uznania dziecka przez ojca uznawał je najczęściej za "legitimi". Natomiast prawo pozostawał o w tym względzie bezlitosne: bodajże w roku 1578 pojawiła się "konstytucja" przyjęta przez Sejm odmawiająca jakichkolwiek praw szlacheckich dzieciom urodzonym poza małżeństwem, ba - pozbawione praw do dziedziczenia były także te dzieci, które wprawdzie urodziły się w legalnym związku, ale ich matka była - przed zawarciem małżeństwa - "nałożnicą". W ten sposób polski Sejm zignorował zapis bulli papieża Aleksandra III, która przewidywała, iż w wypadku zawarcia małżeństwa po urodzeniu dziecka "ci, którzy się urodzili przedtem, po jego zawarciu mają być traktowani jako urodzeni z prawego łoża".
Witold Stanisław Augustyn Pasek,
syn Jana, wnuk Stanisława, prawnuk Jana Nepomucena, praprawnuk Franciszka, prapraprawnuk Jakuba, praprapraprawnuk Józefa, prapraprapraprawnuk Macieja...
syn Jana, wnuk Stanisława, prawnuk Jana Nepomucena, praprawnuk Franciszka, prapraprawnuk Jakuba, praprapraprawnuk Józefa, prapraprapraprawnuk Macieja...
Re: Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
W mojej parafii dziewczynki nieznanego ojca otrzymywały imię : Zenajda .....
Nadawał to imię ksiądz a gdy on się zmienił imiona te już się nie powtarzały .....
Nadawał to imię ksiądz a gdy on się zmienił imiona te już się nie powtarzały .....
Chwilowo utknęłam w poszukiwaniu Fortuńskich z parafii Kargów ......
Re: Czy to prawda? Imiona wyróżniające dzieci nieślubne...
W Lipnie nieślubnych chłopców przed I wojną ksiądz chrzcił pod imieniem Maciej.
-
cristovoro
- Posty: 9
- Rejestracja: sob 26 lip 2008, 19:03
- Kaczmarek_Aneta

- Posty: 6301
- Rejestracja: pt 09 lut 2007, 13:00
- Lokalizacja: Warszawa/Piaseczno
- Otrzymał podziękowania: 7 times
Chyba temat tego wątku już się wyczerpał – od siebie dodam, że jak dotąd, nie zauważyłam zależności pomiędzy nieślubnym urodzeniem a nadawaniem dziwacznych czy rzadkich imion.
W XIX wieku w warszawskich parafiach i wielu małych parafii z terenu zaboru rosyjskiego, które miałam przyjemność eksplorować, czy było to dziecko panny czy wdowy – imiona nadawano zwyczajne, np. wedle kalendarza, czy panującej mody.
A na koniec mała prośba: nie piszmy o dzieciach nieślubnych z pogardą (ad. bękart)
Pozdrawiam,
AK
W XIX wieku w warszawskich parafiach i wielu małych parafii z terenu zaboru rosyjskiego, które miałam przyjemność eksplorować, czy było to dziecko panny czy wdowy – imiona nadawano zwyczajne, np. wedle kalendarza, czy panującej mody.
A na koniec mała prośba: nie piszmy o dzieciach nieślubnych z pogardą (ad. bękart)
Pozdrawiam,
AK
-
Tomasz_Swierzb

- Posty: 298
- Rejestracja: wt 11 sie 2009, 21:55
- Lokalizacja: Łódź
- Aftanas_Jerzy

- Posty: 3287
- Rejestracja: śr 15 kwie 2009, 15:52
quote="Kaczmarek_Aneta"]Chyba temat tego wątku już się wyczerpał – od siebie dodam, że jak dotąd, nie zauważyłam zależności pomiędzy nieślubnym urodzeniem a nadawaniem dziwacznych czy rzadkich imion.
W XIX wieku w warszawskich parafiach i wielu małych parafii z terenu zaboru rosyjskiego, które miałam przyjemność eksplorować, czy było to dziecko panny czy wdowy – imiona nadawano zwyczajne, np. wedle kalendarza, czy panującej mody.
A na koniec mała prośba: nie piszmy o dzieciach nieślubnych z pogardą (ad. bękart)
Pozdrawiam,
AK[/quote]
Witaj Anetko!
Nie podzielam Twojego zdania, że temat postu się wyczerpał. Temat jest aktualny, a dyskusja pouczająca. Powinien trwać dopóki napływają wypowiedzi nawet te, które z powagą dyletanta podtrzymują bezsensowną tezę o celowym nadawaniu przez księży dziwnych imion piętnujących dzieci pochodzące z nieprawego łoża. Może kiedyś jakiś niedouczony ksiądz w taki sposób próbował wpłynąć na morale trzódki, w której nieposłuszne jednostki unikały kosztownych ceremoniałów. Były to jednak sporadyczne przypadki, o czym zresztą już wielu zorientowanych dyskutantów pisało.
Ale problem był i realnie groźny. Było czym się niepokoić. W Europie od czasów reformacji, wojen i rosnącej pauperyzacji obciążonego pańszczyzną chłopstwa, ilość wiernych płacących chętnie topniała, ilość konwersji rosła, wpływy z tytułu ślubów malały, a procentowy udział nieślubnych dzieci utrzymywał się na wysokim poziomie (w 2 połowie XVIII wieku ok. 9% dzieci ochrzczonych w Polsce to dzieci nieślubne).
Aby temu zaradzić, stosowano skuteczniejsze metody niż stygmowanie dzieci imionami. Nie miejsce tutaj aby prowadzić wywód historyczno-socjologiczny. Może ktoś pokusi się aby tę stronę zagadnienia naświetlić – chyba jednak oddzielny artykuł i po nim dyskusja na forum.
Apelem, aby nie używać obraźliwego słowa bękart, zwróciłaś moja uwagę na rzeczywiście istniejące przezwiska, które pojawiły się w Polsce dość wcześnie.
Najpierw pojawił się BASTARD (łac. Bastardus), a później BĘKART . Oba słowa przyszły z Niemiec i były uznane jako określenie pogardliwe jeśli chodzi o ludzi, ale stosowanie do ‘produktów’ międzygatunkowych krzyżówek zwierzęcych i roślinnych traciły swój pejoratywny charakter, Po prostu BASTARD oznacza mieszańca międzygatunkowego , na ogół nie rozmnażającego się , np : muł – skrzyżowanie konia z osłem. I jest to nazwa oficjalna, zaś jako określenie człowieka z nieprawego łoża, BASTARD „uszlachetnił się” poprzez wysokie kręgi feudalne eksploatujące to słowo, które weszło nawet do heraldyki i genealogii dynastycznej. W heraldyce herby bastardów wyróżniano tzw. „wyszczerbieniem” (przeważnie jest to poprzeczna taśma innego koloru tzw 'skos'). Dla ludu były to za wysokie progi, i po mało popularnych wariantach (Bastrąg, Baster, Bajstruk) straciło negatywne znaczenie.
Wnet przyszło do nas z Niemiec inne, lepsze określenie Bank-hard (Bank – ławka). Zostało skonstruowane na wzór niemieckich imion typu Rein-hard. Z samej nazwy wynika jego przeznaczenie: człowiek spłodzony nie w łożu, a pokątnie gdzieś na przysłowiowej ławce "Ławkowiec". Szybko powstały przezwiska pochodne: bękart, bęks, bąk, bęś, bąkart
I te przezwiska (najpopularniejsze z nich to bękart) nabrało szerokiego rozpowszechnienia (nawet oznaczającego w ogóle nieznośne i niegrzeczne dziecko)
Oba terminy zostały w tym pejoratywnym sensie rozpowszechniły się na terenie Niemiec, Polski, Czech, Litwy.. Dalej na wschód już nie. W Rosji, jak podaje słownik Dala są terminy wręcz przyjacielskie: Внебрачный сын , роднич, братанчищ; названия дружелюбные, неукорные.
Podobnie angielskie potoczne „love child – dziecko miłości „ nie budzi sprzeciwu.
Ale po latach mamy już powszechne określenie każdego, z którym się kłócimy (albo jako natrętny zamiennik ): „k….. t…..m….”, na wzór angielskiego „woreson”. A obelgi rosyjskie to już osobny rozdział, nawet widziałem kilka dyskusji telewizyjnych.
Ale chyba z rozpędu za dalego odszedłem od tych nieszczęsnych dzieci. .
W XIX wieku w warszawskich parafiach i wielu małych parafii z terenu zaboru rosyjskiego, które miałam przyjemność eksplorować, czy było to dziecko panny czy wdowy – imiona nadawano zwyczajne, np. wedle kalendarza, czy panującej mody.
A na koniec mała prośba: nie piszmy o dzieciach nieślubnych z pogardą (ad. bękart)
Pozdrawiam,
AK[/quote]
Witaj Anetko!
Nie podzielam Twojego zdania, że temat postu się wyczerpał. Temat jest aktualny, a dyskusja pouczająca. Powinien trwać dopóki napływają wypowiedzi nawet te, które z powagą dyletanta podtrzymują bezsensowną tezę o celowym nadawaniu przez księży dziwnych imion piętnujących dzieci pochodzące z nieprawego łoża. Może kiedyś jakiś niedouczony ksiądz w taki sposób próbował wpłynąć na morale trzódki, w której nieposłuszne jednostki unikały kosztownych ceremoniałów. Były to jednak sporadyczne przypadki, o czym zresztą już wielu zorientowanych dyskutantów pisało.
Ale problem był i realnie groźny. Było czym się niepokoić. W Europie od czasów reformacji, wojen i rosnącej pauperyzacji obciążonego pańszczyzną chłopstwa, ilość wiernych płacących chętnie topniała, ilość konwersji rosła, wpływy z tytułu ślubów malały, a procentowy udział nieślubnych dzieci utrzymywał się na wysokim poziomie (w 2 połowie XVIII wieku ok. 9% dzieci ochrzczonych w Polsce to dzieci nieślubne).
Aby temu zaradzić, stosowano skuteczniejsze metody niż stygmowanie dzieci imionami. Nie miejsce tutaj aby prowadzić wywód historyczno-socjologiczny. Może ktoś pokusi się aby tę stronę zagadnienia naświetlić – chyba jednak oddzielny artykuł i po nim dyskusja na forum.
Apelem, aby nie używać obraźliwego słowa bękart, zwróciłaś moja uwagę na rzeczywiście istniejące przezwiska, które pojawiły się w Polsce dość wcześnie.
Najpierw pojawił się BASTARD (łac. Bastardus), a później BĘKART . Oba słowa przyszły z Niemiec i były uznane jako określenie pogardliwe jeśli chodzi o ludzi, ale stosowanie do ‘produktów’ międzygatunkowych krzyżówek zwierzęcych i roślinnych traciły swój pejoratywny charakter, Po prostu BASTARD oznacza mieszańca międzygatunkowego , na ogół nie rozmnażającego się , np : muł – skrzyżowanie konia z osłem. I jest to nazwa oficjalna, zaś jako określenie człowieka z nieprawego łoża, BASTARD „uszlachetnił się” poprzez wysokie kręgi feudalne eksploatujące to słowo, które weszło nawet do heraldyki i genealogii dynastycznej. W heraldyce herby bastardów wyróżniano tzw. „wyszczerbieniem” (przeważnie jest to poprzeczna taśma innego koloru tzw 'skos'). Dla ludu były to za wysokie progi, i po mało popularnych wariantach (Bastrąg, Baster, Bajstruk) straciło negatywne znaczenie.
Wnet przyszło do nas z Niemiec inne, lepsze określenie Bank-hard (Bank – ławka). Zostało skonstruowane na wzór niemieckich imion typu Rein-hard. Z samej nazwy wynika jego przeznaczenie: człowiek spłodzony nie w łożu, a pokątnie gdzieś na przysłowiowej ławce "Ławkowiec". Szybko powstały przezwiska pochodne: bękart, bęks, bąk, bęś, bąkart
I te przezwiska (najpopularniejsze z nich to bękart) nabrało szerokiego rozpowszechnienia (nawet oznaczającego w ogóle nieznośne i niegrzeczne dziecko)
Oba terminy zostały w tym pejoratywnym sensie rozpowszechniły się na terenie Niemiec, Polski, Czech, Litwy.. Dalej na wschód już nie. W Rosji, jak podaje słownik Dala są terminy wręcz przyjacielskie: Внебрачный сын , роднич, братанчищ; названия дружелюбные, неукорные.
Podobnie angielskie potoczne „love child – dziecko miłości „ nie budzi sprzeciwu.
Ale po latach mamy już powszechne określenie każdego, z którym się kłócimy (albo jako natrętny zamiennik ): „k….. t…..m….”, na wzór angielskiego „woreson”. A obelgi rosyjskie to już osobny rozdział, nawet widziałem kilka dyskusji telewizyjnych.
Ale chyba z rozpędu za dalego odszedłem od tych nieszczęsnych dzieci. .
Serdeczne pozdrowienia
Jerzy Aftanas
Jerzy Aftanas
Rzeczywiście, dyskusja nasza rozbija się niejako na trzy, albo i nawet na cztery nurty.
Pierwsze to "stygmatyzowanie" dzieci z nieprawego łoża "wymyślnymi" imionami: zdarzające się (choć niezwykle rzadko i zwykle związane w historii parafii z jednym konkretnym proboszczem) przypadki, że dzieci pozamałżeńskie otrzymywały imię, po którym można było rozpoznać ich "ławkowe" pochodzenie (np. ów wspomniany już przeze mnie wcześniej "Dyzma" w podrzeszowskim Głogowie (w latach 1790-1805).
Drugi nurt to negatywny stosunek społeczności wiejskich do dzieci nieślubnych i ich matek ("stygmatyzujacy" skuteczniej niż wybieranie im imion z kalendarza) - ciekawy także w warstwie etnograficznej (różnego typu "zwyczaje ludowe" - chłosta przy dzwonnicy, obcinanie włosów, chodzenie po wski z kołem od wozu w asyście policjanta czy obyczaj tzw. zawitki (oczepiny w karczmie bez wesela).
Trzeci nurt to stosunek Kościoła do dzieci nieślubnych; z jednej strony wypada przyznać, że dzieci takie cieszyły pełnym równouprawnieniem - na takich samych zasadach jak wszystkie inne dzieci dopuszczano je do chrztu oraz do następnych sakramentów, nie utrudniano im ślubu kościelnego (ciekawe, że w czasach nam współczesnych zmieniło się to radykalnie - dość częste są obecnie przypadki, gdzie księża odmawiają ochrzczenia dzieci, bo ich rodzice żyją "w grzechu). A jednak ich "nieprawe" pochodzenie było cały czas podkreślane: w księgach, przy zapowiedziach, przy ślubach i wreszcie przy zgonie. Pamiętajmy też, że nie wolno im było udzielić święceń kapłańskich ani przyjąć ich do zakonu (tu istniała jednak możliwość dyspensy i - o ile sobie dobrze przypominam - był nawet jeden święty wyniesiony na ołtarze pomimo "nieslubnego" pochodzenia.
I wreszcie czwarty nurt: językowy. Tu szczególnie podoba mi się używane w pewnych okresach przez Kościół określenie "dziecko naturalne" (a i chyba do dziś w prawie kanonicznym); jak na owe czasy szczyt "politycznej poprawności".
Zgadzam się z Jerzym, że dyskusja nie tylko się nie "wypaliła", ale wręcz robi się coraz ciekawsza
Pierwsze to "stygmatyzowanie" dzieci z nieprawego łoża "wymyślnymi" imionami: zdarzające się (choć niezwykle rzadko i zwykle związane w historii parafii z jednym konkretnym proboszczem) przypadki, że dzieci pozamałżeńskie otrzymywały imię, po którym można było rozpoznać ich "ławkowe" pochodzenie (np. ów wspomniany już przeze mnie wcześniej "Dyzma" w podrzeszowskim Głogowie (w latach 1790-1805).
Drugi nurt to negatywny stosunek społeczności wiejskich do dzieci nieślubnych i ich matek ("stygmatyzujacy" skuteczniej niż wybieranie im imion z kalendarza) - ciekawy także w warstwie etnograficznej (różnego typu "zwyczaje ludowe" - chłosta przy dzwonnicy, obcinanie włosów, chodzenie po wski z kołem od wozu w asyście policjanta czy obyczaj tzw. zawitki (oczepiny w karczmie bez wesela).
Trzeci nurt to stosunek Kościoła do dzieci nieślubnych; z jednej strony wypada przyznać, że dzieci takie cieszyły pełnym równouprawnieniem - na takich samych zasadach jak wszystkie inne dzieci dopuszczano je do chrztu oraz do następnych sakramentów, nie utrudniano im ślubu kościelnego (ciekawe, że w czasach nam współczesnych zmieniło się to radykalnie - dość częste są obecnie przypadki, gdzie księża odmawiają ochrzczenia dzieci, bo ich rodzice żyją "w grzechu). A jednak ich "nieprawe" pochodzenie było cały czas podkreślane: w księgach, przy zapowiedziach, przy ślubach i wreszcie przy zgonie. Pamiętajmy też, że nie wolno im było udzielić święceń kapłańskich ani przyjąć ich do zakonu (tu istniała jednak możliwość dyspensy i - o ile sobie dobrze przypominam - był nawet jeden święty wyniesiony na ołtarze pomimo "nieslubnego" pochodzenia.
I wreszcie czwarty nurt: językowy. Tu szczególnie podoba mi się używane w pewnych okresach przez Kościół określenie "dziecko naturalne" (a i chyba do dziś w prawie kanonicznym); jak na owe czasy szczyt "politycznej poprawności".
Zgadzam się z Jerzym, że dyskusja nie tylko się nie "wypaliła", ale wręcz robi się coraz ciekawsza
Witold Stanisław Augustyn Pasek,
syn Jana, wnuk Stanisława, prawnuk Jana Nepomucena, praprawnuk Franciszka, prapraprawnuk Jakuba, praprapraprawnuk Józefa, prapraprapraprawnuk Macieja...
syn Jana, wnuk Stanisława, prawnuk Jana Nepomucena, praprawnuk Franciszka, prapraprawnuk Jakuba, praprapraprawnuk Józefa, prapraprapraprawnuk Macieja...