Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Wszystkie sprawy związane z naszą pasją, w tym: FAQ - często zadawane pytania

Moderatorzy: maria.j.nie, elgra, Galinski_Wojciech

Awatar użytkownika
alicja_firmanty

Sympatyk
Posty: 78
Rejestracja: ndz 14 maja 2017, 16:16
Lokalizacja: Gdańsk

Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: alicja_firmanty »

Witam,
przeszukuję na FS księgi zgonów Mejszagoły z lat 1843-1845, trafiam na nazwy chorób, na które wówczas najczęsciej w tej parafi umierali ludzie.
Często powtarza się " śmierć z wrzodu" - czy tu chodzi o dżumę ? oraz "dziecię umarło z dyaryj", tu domyślam się , że chodzi o chorobę z biegunką, ale jaką?

Pozdrawiam
Alicja
Awatar użytkownika
Obidka

Sympatyk
Mistrz
Posty: 206
Rejestracja: ndz 08 sty 2017, 00:49
Lokalizacja: mazowieckie

Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: Obidka »

Chyba na to nie znajdziesz odpowiedzi. Ksiądz, a tym bardziej zgłaszający zgon nie byli lekarzami, a i lekarza pewno nie oglądali. Podawali to, co widzieli: miał nieboszczyk wrzody, to umarł na wrzody, miał biegunkę, to umarł na biegunkę, a czy to była biegunka z zatrucia, czy innej choroby zakaźnej nie wnikali. Często widywałam: umarł na kaszel - nie dojdziemy czy to gruźlica, czy zapalenie płuc, oskrzeli czy coś innego - kasłał i umarł. Albo: umarł ze starości. Raz tylko widziałam wpisy z XIX w. i nie pamiętam dobrze, ale wydaje mi się, że z początku wieku, gdzie wpisane było: na odrę, na ospę - aż się zdziwiłam, że ktoś znał nazwy chorób.
Pozdrawiam
Baśka
Nazwiska w kręgu zainteresowań: Obidzińscy, Rutkowscy, Goździewscy, Trętowscy, Ponikiewscy, Szczepkowscy, Gutowscy. Miejsca: okolice Ciechanowa i Różana.
Sroczyński_Włodzimierz

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 35480
Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał podziękowania: 1 time

Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: Sroczyński_Włodzimierz »

ale można próbować stestować hipotezę o dżumie w 1845 innymi źródłami
...i pewnie obalić
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
Burczy_Piotr

Członek PTG
Posty: 64
Rejestracja: pt 23 cze 2017, 12:46
Lokalizacja: Jaworzno
Kontakt:

Re: Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: Burczy_Piotr »

Z jelitowych dolegliwości przeglądane przeze mnie księgi zgonów z połowy XIX wieku są usiane wpisami podającymi jako przyczynę śmierci dyzenterię (czerwonkę). Dotykała ona w największym stopniu i ze śmiertelnym skutkiem kilkuletnie dzieci.
Pozdrawiam, Piotr
Sofeicz

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 369
Rejestracja: śr 18 sty 2012, 13:59

Re: Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: Sofeicz »

Obidka pisze:Chyba na to nie znajdziesz odpowiedzi. Ksiądz, a tym bardziej zgłaszający zgon nie byli lekarzami, a i lekarza pewno nie oglądali. Podawali to, co widzieli: miał nieboszczyk wrzody, to umarł na wrzody, miał biegunkę, to umarł na biegunkę, a czy to była biegunka z zatrucia, czy innej choroby zakaźnej nie wnikali.
Dokładnie, niezawodny Jan Słomka, tak pisze o ówczesnych chorobach i ogólnie wiedzy medycznej:
Z chorób najwięcej się dawniej trafiały zapalenia, tyfusy, puchliny wodne, bolączki, grasujące i dzisiaj, a nadto kołtuny, ograszki, utrącenia krzyża, dzisiaj coraz mniej znane.

Bardzo rozpowszechnione były wówczas kołtuny, zwijające się zazwyczaj skutkiem jakiejś słabości, bo tak w czasie choroby, jak i po chorobie przestrzegali, żeby się nie czesać, »żeby bolu nie drażnić, boby się mógł sprzeciwić«. Więc już dlatego włosy się kołtuniły. Można powiedzieć, że prawie trzecia część ludzi, zwłaszcza starszych, miała kołtuny, które były znaczne, bo głowa przez nie była większa.

Zwicie się włosów uważali za dobre, »bo ból przez to wychodził na wierzch«. Kołtun musiał być na głowie przez rok i sześć niedziel, a niektóry nosili go i dłużej z obawy, żeby sobie nie zaszkodzić przez zawczesne obcięcie. Po obcięciu owijali go w szmatki i wynosili najczęściej do krzaków nad Wisłę, gdzie go składali w miejscu nieuczęszczanem, żeby spokojnie leżał; w środek kładli parę grajcarów lub kawałek chleba, »żeby go wywianować«, a kto go wyniósł, w powrocie do domu nie miał się oglądać, »żeby się kołtun do niego nie wrócił«, — dzieci zaś były wszędzie surowo upominane, żeby zdybanego kołtuna nie ruszały. Chowali też obcięte kołtuny na strychu za krokwią, i przy zbieraniu starej strzechy można było zawsze kilka kołtunów znaleźć; wtedy je zbierali starannie i wynosili w inne spokojne miejsce.

Zdarzało się jednak, że podrzucali kołtun drugim pode drzwi, »żeby go tam ktoś przelazł i żeby ból w niego wstąpi«”, — a ci, którzy mieli to uczynione, uważali to za wielką zemstę i, przenosząc podrzucony kołtun w spokojne miejsce, żegnali go, żeby im nie szkodził.

Słowem, obchodzili się z kołtunem, jak z czemś żywem i starali się mu dogadzać.

Ograszka, zwana też »trzeciaczką«, była tak rozpowszechniona, że prawie każdy ją przechodził, szczególnie dzieci i młodzi. Chory miewał silne dreszcze, musiał się kłaść i zimno nim trzęsło, choćby był najlepiej nakryty, — poczem przychodziła gorączka. Po takiej zimniączce i rozpaleniu wstawał i robił, był jednak zawsze blady i chciał dużo pić wody. Dreszcze z gorączką ponawiały się o jednej godzinie co trzeci lub co czwarty dzień i według tego ograszkę nazywali »trzeciaczką« i »czwartaczką«. Pochodziła ona z jedzenia zielonych, niedojrzałych owoców, szczawu, picia piwa na głodny żołądek, z przemoknięcia i przeziębienia, z otrzęsienia się i przeciążenia pracą. Niektórzy na te chorobę całkiem się nie leczyli, mówiąc, że sama ustanie, skoro »swoje wytrzęsie«. Dopiero gdy zadługo trwała, rok i dłużej i chorego tak osłabiła, że ledwie się trzymał na nogach, wtenczas zabierali się do kuracji domowemi środkami, herbatą z ziół, albo chininą, która najprędzej w tej chorobie pomagała.

Również bardzo pospolite było dawniej t. zw. »utrącenie«. I tę chorobę prawie każdy przechodził. Dziecko, gdy spadło skądś, a także starszy, gdy potłukł się lub coś ciężkiego siłą dźwignął, — chorował na utrącenie. Mówili, że w takich wypadkach krzyż, czyli dolna część kręgosłupa, kuper, opada, podchodzi w dół. Chory miał gorączkę, febrę i nogi pod nim dygotały. Do takiego chorego wołali zawsze babkę czyli akuszerkę, która go smarowała wódką, zagrzaną z mydłem i tłustością, po całem ciele, a najwięcej w okolicy krzyżów, — kazała też okładać maszczoną kaszą jęczmienną, przytem zaś podnosiła kuper palcem, przez odbytnicę, co było bardzo bolesne, i znajdowała zawsze, że kuper był opadnięty.

Gdy ktoś z inteligencji był słaby, miał wygląd chorowity i zmarł, mówili o nim, że był »utrącony«, ale nie chciał w to wierzyć i leczyć się chłopskim sposobem, wolał umrzeć i umarł.

To były choroby zwyczajne i żadnej trwogi przed nimi nie było. Bali się tylko cholery i przy różnych pogawędkach ze strachem o niej mówili.

Za mojej pamięci grasowała ona w latach 1872 i 1873 w sąsiednich wsiach, najwięcej zaś ludzi wymarło wówczas w Zakrzowie i Nagnajowie. Mówili wtedy, że najlepszym lekarstwem na cholerę jest pić jak najwięcej wódki, być wesołym i nie bać się, bo bojących się najprędzej się czepi. W Nagnajowie prawie wszyscy mieszkańcy wyszli do pobliskiego lasu i nawet bydło wygnali i tam przez jakiś czas siedzieli, wódkę pili i przy muzyce tańczyli, ażeby o tej strasznej cholerze zapomnieć. Doktorowi, który wtenczas objeżdżał wsi, nawiedzone cholerą, zupełnie nie dowierzali i zaleconego przez niego lekarstwa bali się, jak ognia, zęby zacinali i nie chcieli brać do ust, rozpuszczając wieść między sobą, że doktor daje truciznę, żeby cholerę stłumić. Mówili, że kto wypił lekarstwo, to zaraz umarł, a kto się bronił od wypicia lub uciekł przed doktorem, to nieraz ozdrowiał.2

Wielkim utrapieniem były wszy. Owadu tego niepodobna było pozbyć się z głowy, choć nacierali nieraz włosy szarą maścią, posypywali proszkami aptecznemi »na wszy«, skrapiali okowitą i zwyczajnie dwa lub trzy razy do roku, na wielkie święta, zmywali głowę ługiem. Prócz tego prowadzili wojnę z tym owadem zapomocą iskania, bo zresztą grzebieniem ówczesnym o rzadkich zębach nie bardzo dało się go zagarnąć. Iskanie należało do kobiet, a nad jedną osobą przeciągało się nieraz do godziny, przyczem iskany składał głowę na podołku osoby iskającej i zazwyczaj zasypiał.

Do rozmnożenia wszów przyczyniło się to, że nie dbali o codzienne wyczesanie włosów i nosili kołtuny, jak również i to, że służba i dzieci nakrywały się na noc zazwyczaj tem, w czem za dnia chodziły. Toteż odzież wierzchnia, szczególnie kożuchy, były zawsze zawszone, na każdym włosie siedziała wsza. Takie kożuchy wynosili nieraz w zimie na silny mróz i wywieszali do góry włosami, aż wszy zdrętwiałe pospadały, a do reszty strzepywali je jeszcze kijem. Czasem też odzieżą zawszoną nakrywali konie, ażeby wszy przeniosły się na skórę końską. Sługom nie wolno było kłaść na łóżku kamiziel, sukman czy kożuchów, żeby w łóżku wszów nie zapuścić.

***

Przepisy zdrowotne zupełnie nie były dawniej przestrzegane: nikt ich nie wydawał i nie dopilnował i gdy pomór spadł na wieś, jak n. p. cholera, to grasowała straszliwie i ludzie ginęli jak muchy.

O braku wszelkich urządzeń zdrowotnych może świadczyć na przykład to, że w Tarnobrzegu jeszcze koło r. 1890 był wielki bełtog czyli kałuża, zajmująca prawie połowę rynku, a druga mniejsza była pod bożnicą, — w obu gromadziły się odchody ludzkie i zwierzęce, różne odpadki i śmieci z całego miasta, a czyszczone były tylko co kilka lat, gdy przyszło suchsze lato i woda w nich wyschła; wtedy wybierano z nich kilkaset fur szlamu, będącego wybornym nawozem, którym chłopi dzikowscy nawozili swoje pola. Z kałuż tych wiał zawsze smród, ale uważane były za dobrodziejstwo, bo miały dostarczać wody, gdy wybuchł pożar.

Ulice, a zwłaszcza ciasne podwórza żydowskie, zanieczyszczone były odchodami ludzkimi i różnemi odpadkami gnijącemi, co uprzątały wówczas jedynie świnie z Dzikowa i Tarnobrzega, włóczące się samopas po mieście. W Dzikowie gospodarze nie żywili nawet tych świń w domu, ale wyganiali je na cały dzień do miasta i nawet czasem na noc stamtąd ich nie spędzali, — a gdy świnia w ciągu dnia przyszła na obejście, to dostawała tylko kilka batów i napowrót gnali ją do miasta, a gospodarz przykazywał gospodyni: »Żebyś mi jej w domu żreć nie dawała! Niech się do domu nie ciągnie, ma tam w mieście dosyć«. I żywiły się one przeważnie w mieście, wylegując się we wspomnianych kałach.

Dziś śladu niema po tych kałużach i obecnie Tarnobrzeg wygląda stosunkowo schludnie, a to uporządkowanie i oczyszczenie miasta rozpoczęło się na wielką skalę, gdy od r. 1899 do r. 1905 urzędowali w niem jako komisarze rządowi, ś. p. Władysław Gryglewski i dr Antoni Surowiecki zamiast zwierzchności gminnej, która nie mogła się wtedy przez kilka lat utworzyć.
TS
Awatar użytkownika
alicja_firmanty

Sympatyk
Posty: 78
Rejestracja: ndz 14 maja 2017, 16:16
Lokalizacja: Gdańsk

Re: Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: alicja_firmanty »

Trafiłam tez na powód zgonu "wrzód morowy"- to wygląda mi na dżumę, natomiast fragment dotyczący kołtuna nasunął mi wspomnienia z dzieciństwa:
moja babcia, urodzona na początku XX wieku na wsi pod Kraśnikiem, przedstawiała mi wizję kołtuna jako coś straszliwego, więc bałam się kołtuna na głowie, chociaż nie rozumiałam , w jaki sposób może mi zaszkodzić i włosy dokładnie rozczesywałam.
Pozdrawiam
Alicja
Awatar użytkownika
Obidka

Sympatyk
Mistrz
Posty: 206
Rejestracja: ndz 08 sty 2017, 00:49
Lokalizacja: mazowieckie

Re: Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: Obidka »

Przy okazji dyskusji o chorobach, nie tylko zakaźnych, trafiłam jak na zawołanie, na spis chorób po polsku i po łacinie na początku księgi zgonów w parafii Szelków, rok 1791. Taka ściągawka dla księdza. Nie dość, że znał odrę i ospę, to jeszcze raka (!), nie mówiąc o zepsuciu się kości, cokolwiek to znaczy.
Pisownia oryginalna.

konwulsje -convulsio
ospa – vuxiola
odra – morbili
suchoty – phlizis (?)
żułtaczka – jeterus (?)
puchlina wodna – hydrophia
wielka choroba – epilephia (epilepsja?)
wszczeklizna – hydrophobia
kamień -calculico
podczas rodzenia – purhis difficilis
rak-cancer
wrzody – ulcera
kolka w boku lewym -pleures
dychawica – asthma
zatrzymanie miesięczki – inpripio mensium
szczkuwka (szczkawka) – singultus
gruczoły – skrophula
zepsucie się kości - kunis

Pozdrawiam
Baśka
Nazwiska w kręgu zainteresowań: Obidzińscy, Rutkowscy, Goździewscy, Trętowscy, Ponikiewscy, Szczepkowscy, Gutowscy. Miejsca: okolice Ciechanowa i Różana.
pawełKa

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 22
Rejestracja: śr 15 sie 2012, 22:02

Re: Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: pawełKa »

Na ten temat jest sporo literatury np.:
P. Szkutnik, Przyczyny zgonów w świetle metryk parafii Opole Lubelskie w końcu XVIII w., „Krakowskie Studia Małopolskie”, 2011, nr 16, s. 249-265
Pozdrawiam,
Piotr
Mar_Herr

Sympatyk
Posty: 230
Rejestracja: śr 10 sie 2016, 13:42

Re: Choroby zakaźne w połowie XIX wieku

Post autor: Mar_Herr »

Czy ktoś zetknął się z opracowaniem dotyczącym statystyk chorób zakaźnych na ziemiach polskich w latach 1890-1910?
Pozdrawiam

Marcin
Awatar użytkownika
Krystyna.waw

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 5531
Rejestracja: czw 28 kwie 2016, 17:09
Podziękował: 6 times

Post autor: Krystyna.waw »

Wycinkowe, dla mniejszych regionów
np. praca Piotra Kołpaka z UJ
W sieci znalazłam tylko omówienie
http://zywiecinfo.pl/historia/item/971- ... e-czesc-ii
http://zywiecinfo.pl/historia/item/1006 ... a-ostatnia
Krystyna
*** Szarlip, Zakępscy, Kowszewicz, Broczkowscy - tych nazwisk szukam.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ja i Genealogia, wymiana doświadczeń”