Kaliscy genealodzy zapraszają na pierwsze otwarte spotkanie 12 grudnia 2009 o godz. 16:00 (sobota),
które odbędzie się w Restauracji Teatralnej w Kaliszu (budynek teatru) wejście od ul. Częstochowskiej.
Informacje: tel. 502-463-00; e-mail grzegorek1@gmail.com
Zainteresowanym polecam również:
1- http://www.calisia.pl/articles/5498-kaz ... ej-rodziny
2- http://www.stary.kalisz.pl/poszukiwania-genealogia.html
Grzegorz
kaliszanin
chociaż też
Genealodzy w Kaliszu
Moderatorzy: elgra, maria.j.nie, adamgen
- Mendyka_Grzegorz

- Posty: 521
- Rejestracja: wt 11 lip 2006, 11:42
- Lokalizacja: Wrocław/Kalisz
- Kontakt:
Genealodzy w Kaliszu
Grzegorz z Wrocławia
Śląskie Towarzystwo Genealogiczne [102/2001]
Kaliskie Towarzystwo Genealogiczne [ 16/2010]
http://genealodzy.wroclaw.pl/
http://gento.wroclaw.pl/
Śląskie Towarzystwo Genealogiczne [102/2001]
Kaliskie Towarzystwo Genealogiczne [ 16/2010]
http://genealodzy.wroclaw.pl/
http://gento.wroclaw.pl/
- Bozenna

- Posty: 2479
- Rejestracja: pn 07 sie 2006, 16:03
- Lokalizacja: Francja
- Otrzymał podziękowania: 1 time
Genealodzy w Kaliszu
Podziekowania, Grzesiu, bardzo wazna informacja.
Kalisz moich przodkow jest ciagle jeszcze dla mnie tajemniczy, a poszukiwania trudne.
Bozenna
Kalisz moich przodkow jest ciagle jeszcze dla mnie tajemniczy, a poszukiwania trudne.
Bozenna
- Mendyka_Grzegorz

- Posty: 521
- Rejestracja: wt 11 lip 2006, 11:42
- Lokalizacja: Wrocław/Kalisz
- Kontakt:
Genealodzy w Kaliszu
Bożenno
Zapraszam na spotkanie !
albo podaj kaliskich przodków i kierunek poszukiwań; a nUż... a widelec...
[koniecznie do piątku, bo spotkanie w sobotę; mój adres priv znasz]
Pozdrawiam
Grzegorz co do Kalisza ciągnie
chociaż
Zapraszam na spotkanie !
albo podaj kaliskich przodków i kierunek poszukiwań; a nUż... a widelec...
[koniecznie do piątku, bo spotkanie w sobotę; mój adres priv znasz]
Pozdrawiam
Grzegorz co do Kalisza ciągnie
chociaż
Grzegorz z Wrocławia
Śląskie Towarzystwo Genealogiczne [102/2001]
Kaliskie Towarzystwo Genealogiczne [ 16/2010]
http://genealodzy.wroclaw.pl/
http://gento.wroclaw.pl/
Śląskie Towarzystwo Genealogiczne [102/2001]
Kaliskie Towarzystwo Genealogiczne [ 16/2010]
http://genealodzy.wroclaw.pl/
http://gento.wroclaw.pl/
- Bozenna

- Posty: 2479
- Rejestracja: pn 07 sie 2006, 16:03
- Lokalizacja: Francja
- Otrzymał podziękowania: 1 time
Genealodzy w Kaliszu
Grzesiu,
Dziekuje za zaproszenie, to byloby z wielka radoscia, ale jak ja mam do Kalisza dojechac w tym tygodniu ?
Wysylam Ci e-mail, kto wie, lut szczescia ?
Z usmiechem
Bozenna
Dziekuje za zaproszenie, to byloby z wielka radoscia, ale jak ja mam do Kalisza dojechac w tym tygodniu ?
Wysylam Ci e-mail, kto wie, lut szczescia ?
Z usmiechem
Bozenna
- Czyżewski_Bartłomiej

- Posty: 657
- Rejestracja: śr 09 wrz 2009, 16:27
- Lokalizacja: Łódź
Genealodzy w Kaliszu
Nie wiem czy tak powinienem przypominać mój temat, no ale być ktoś coś będzie wiedział, skoro dotyczy Kalisza 
http://www.genealodzy.pl/index.php?name ... highlight=
http://www.genealodzy.pl/index.php?name ... highlight=
- Dławichowski

- Posty: 1042
- Rejestracja: ndz 24 wrz 2006, 16:58
- Lokalizacja: Koszalin
- Kontakt:
Genealodzy w Kaliszu
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA :
/Nagrodzone w Warszawie w „ Ogólnopolskim Konkursie wspomnieniowym ” dnia 26.09.1966 i uzupełnione 25.02.1977./
„ M i a s t u K a l i s z ”:
Czytając broszurę wydaną w 1955 roku z okazji 10 lecia teatru kaliskiego oraz 155 rocznicy Kaliskiej Sceny Narodowej, uderzył mnie absolutny brak jakichkolwiek informacji dotyczących ludzi tegoż teatru w tragicznym momencie września 1939 roku, a także brak nazwisk aktorów i osób grających i organizujących ten teatr w roku 1945-46.
Zdecydowałam się więc dorzucić co pamiętam, a co jest autentyczne i przekazać na ręce Pana profesora Stanisława Kaszyńskiego w Łodzi - znanego historyka, który umiłował kaliski teatr.
Został on otwarty po blisko 22 letniej przerwie spowodowanej zniszczeniem budynku w czasie pierwszej wojny światowej w 1914 r. W rodzinnych dokumentach matki mojej znalazłam z 1914 roku Odezwę–ulotkę do ludności miasta Kalisza, aby w przeciągu paru godzin opuściła ona miasto, ponieważ Kalisz będzie spalony. Tak się też stało. Rodzice moi właśnie się pobrali i opuścili miasto. Rok 1936 otworzył teatr zaledwie na cztery lata. Wrzesień 1939 zamknął go znów na cały czas okupacji, do 1945 roku, a „ojcem” jego był nikt inny, tylko Wojciech Bogusławski, który w Kaliszu grał owych „Krakowiaków i górali” sam występując w roli studenta Bardosa. Jego też staraniem Kalisz wzbogacił się o pierwszy w swych dziejach budynek teatralny, własnym też jego sumptem wzniesiony. Działo się to w 1800 roku. Zacznę więc od ponownego jego otwarcia w 1936 roku. Dyrektorem został oto Iwo Gall. Był to starszy (a może mi się tak zdawało), siwy, krępy pan. Znany pedagog i wychowawca młodzieży. „ Urodzony ” człowiek teatru. Żoną Jego była aktorka Halina Gallowa, obecnie już bardzo starsza pani. Aktualnie gra jedną z ról w nowo kręconym filmie „ Lalka ”. /wzruszający ten fragment pokazano niedawno w telewizji w 1966 r./
Premiera „ Pana Damazego ” była bardzo uroczysta. Przed teatrem sznur samochodów
(elegancki świat). Widziało się piękne futra, brylanty, długie toalety, etc. Zapowiadało się pięknie. Dyrektor Gall niedługo był nim jednak. Miał wielu wrogów w miejscowej prasie. W zespole też panował rozłam. Do dziś pamiętam szyderczy wierszyk jaki sobie powtarzano, a nawet wydrukowano. „ A On siedzi w fotelu zapatrzony w dal – klękajcie narody! Jestem Iwo Gall ”. Zaś o Janiaku taki dwuwiersz : „Znany w Kaliszu maniak - Redaktor Janiak”. Na skutki nie czekało się długo. Wkrótce też nie było pieniędzy i nie było czym wypłacać aktorów - głodowano. Zawsze będę pamiętała sklepik koło teatru na dole, gdzie na konto pani Stefci Gintelównej brałam pieczywo i inne wiktuały. Zresztą, posilałyśmy się razem (mnie, jako debiutantce bardziej wypadało brać na kredyt). Innym wiodło się lepiej. Na przykład amantka, szczupła, wysoka, o wielkich oczach pani Nina Gozdecka („wamp”) miała zakochanego w niej kapitana. „Tygrysem” go zwała. Tenże Tygrys miał znowu psa, którego także „Tygrysem” nazywał. Gdy „ gwiazda ” wołała „tygrys!” - lecieli obaj. Gwiazda miała także żywą małpkę i aby było weselej nosiła ją na głowie w swych bujnych, kruczych włosach. Służąca przynosiła kolację do teatru. Gwiazda częstowała, jako, że stać ją było na to.
„Wampem” była też Hanka Libijka (podobno żydówka, tak jak i dyrektor Gall) zamordowana bestialsko przez Niemców w czasie okupacji. Libijka miała piękne zęby - podobno Niemcy zmasakrowali jej twarz i je wytłukli! (Zdjęcia obu gwiazd posiadam).
Praca była wtedy bardzo intensywna. Co dwa, trzy tygodnie - premiera. Dyrektor Gall
„kochał robić”, próby całonocne. Pamiętam, że próba „Golgoty”, skończyła się drugiego dnia o dziewiątej rano! Prawdziwa Golgota. Chrystusa grał Juliusz Bobrowisk, aktor wypożyczony z Krakowa. „Obrona Częstochowy”, także samo. Przeorem w tej sztuce był pan Eugeniusz Fule. Pogniewał by się teraz Pan Redaktor Fule, gdybym przypomniała, jak to podczas procesji na murach Częstochowy (a było to po jakichś imieninach), ledwo trzymał się na nogach „zalany w deseczkę”. Bądź co bądź, nie często się zdarza widzieć księdza Koreckiego „ zawoalowanego ” przed wielkim ołtarzem. Swoistego rodzaju typami w teatrze byli : pan Jakubowicz (perukarz i charakteryzator), zawsze elegancki i dobrze ułożony: „Ja panu zrobię lekki szpak”. Jak również Janusz, garderobiany męski (podnóżek aktorów). Postać humorystyczna, choć na pozór tylko. Nieszczęśliwy, biedny żyd Janusz miał kalekie dziecko. Miało ze 12 lat, i zawsze leżało w wózku (jego żona była smutna i zapłakana).
A oto jedna z anegdot teatralnych dotycząca mnie. (autentyczne) Stałam za kulisami i przyglądałam się grze aktorów. W pewnej chwili słyszę ciche: „Co panna Sylwia się tak przygląda na tę Ninę Gozdecką, jak ona gra tę k . . ę. Panna Sylwia też chciałaby grać takie k . . y? ” Moja odpowiedź : hm . . . hm. „Uś! Panna Sylwia jest za mała k . . a ”.
(mam 150 cm. wzrostu). Oto typowi „Nasi”. Takie i tym podobne wypowiedzi długo zostawały w pamięci zespołu aktorskiego. (i nie tylko). To też dziś, choć już ich nie ma (zginęli w tej wojnie, gorzej niż zwierzęta), ale za ten śmiech szczery i humor, jaki bezwiednie sobą wnosili - pamięta się ich jak żywo! Byli też oddani swej pracy w teatrze.
Aż do wybuchu wojny w teatrze bywali największe sławy i gwiazdorzy sceny, przyjeżdżając gościnnie, bo zaszczytem było występowanie w kaliskim teatrze. Klimat i atmosfera ówczesnego teatru daje się porównać ze świątynią tylko. Tak zresztą zawsze mówił Dyrektor i mój wychowawca, Iwo Gall: „Teatr to świątynia. Zdejmij czapkę chamie jak do teatru wchodzisz!”
Wtedy to właśnie przyszła mi myśl. Zrób coś - by zostało po latach!
Kupiłam pamiętnik i starałam się zdobywać autografy co sławniejszych ludzi, jakich w teatrze widziałam i z którymi rozmawiałam. I oto - otwieram go dziś - po czterdziestu latach!
Na pierwszej stronie autograf: Iwo Gall i słowa Jego: „Sylwia, wyrośnij na dobrego człowieka, na prawdziwą kobietę, to jedyne jest coś w życiu warte” Kalisz 30.04.1937.
Tego samego dnia występował słynny hinduski balet „Menaka” i wpis. Litery z jakichś kresek, zawijasów i kropek. Nikt nie zgadnie - co to oznacza. Zazdroszczono mi tej zdobyczy, a amant, Juliusz Balicki wpisał zaraz opodal: „. . . ponieważ są hindusy, więc ja właściwie jestem niepotrzebny”. A „Hindusy” chciały mnie naprawdę zabrać ze sobą. Tylko po co? - śmiali się dwuznacznie wszyscy. Wtedy w teatrze ponuraków nie było. Wracam do otwartego pamiętnika. Oto data 6 czerwca 1937 rok. Słynny chór „Dana” w składzie : Faliszewski, Wysoki i Bogdanowicz. (ten ostatni zginął w Powstaniu Warszawskim). Folg występował już wtedy sam, oddzielnie ze słynnym szlagierem „Pamiętasz, sankami jechaliśmy miła”.
Oto słynny amant naszych filmów z Jadwigą Smosarską. Pierwszy ordynat Michorowski w filmie „Trędowata” - Franciszek Brodniewicz (1938 r.) Rozmawiałam z Nim. Miał cudowne niebieskie oczy! Takich oczu nigdy więcej nie widziałam. Zginął także w powstaniu a pochodził z Poznania. Jak mówiono, ojciec Jego posiadał tam firmę-sklep z wykwintną męską galanterią. Obok, pod datą 30 marzec 1938 równie słynny amant filmowy i wybitny piosenkarz, Eugeniusz Bodo („Ciotka Karola”) - zastrzelony na granicy niemiecko - radzieckiej. Jest oto Władysław Walter, co przybył do Kalisza z „Cnotliwą Zuzanną”. Przerzucam kartki mego okaleczonego czasem pamiętnika i widzę balet „Loda Halama” (dziś w Anglii) A oto Mieczysława Ćwiklińska w sztuce „Skiz” w sierpniu 1946. A więc już po wojnie. Dalej wspomniany Eugeniusz Fulde, wtedy amant (28 lat). Dziś poważny pan Rektor i profesor Szkoły Dramatycznej w Krakowie. Napisał: „Miłej Sylwii aby wiedziała, że życie jest terenem walk - a byt nasz na niej, bojem”. Kalisz 28.01.1938. W. Urbanowicz, aktor uważany za „najzamożniejszego”, o którym szeptano, że krewnym Jego był podobno sam premier Sławoj-Składkowski. Był to przystojny, zawsze wesoły i wiecznie się śpieszący brunet. Kiedyś biegnąc rzucił we mnie czekoladą i krzyknął: ”Masz! Zjedz - najpiękniejsza z całej wsi!”. A oto nie żyjący już Stanisław Dębicz, świetny w sztuce „Roxy” . Wpisał: „Pannie Sylwii w dniu zakończenia sezonu teatralnego 1936-37 roku, dużo radosnych i beztroskich chwil w życiu”. I jest też podpis wspomnianego Juliusza Bobrowskiego, grającego Chrystusa w sztuce „Golgota”. Cóż to był za piękny BÓG! Wszystkie dziewczyny się w nim kochały.
Na zakończenie zostawiłam nazwisko Człowieka, dzięki któremu ocalałam w Kaliszu .
Nie był związany z teatrem. On to mnie zameldował we firmie niemieckiej za czasów okupacji. Nie związany z teatrem, Pan Franciszek Szymańczyk. (w dalszej części wspomnień do tematu jeszcze wrócę). Nie są to oczywiście wszyscy, jacy byli tu wpisani, bo nieznany sprawca wyrwał mi kilka kartek. Ale pamiętam, że był znany Michał Znicz: „Ja już taki jestem Znicz. Zet na początku, zet na końcu – a w środku nic” (to Jego własna zapowiedź na scenie). Był też znany humorysta Leon Wyćwicz i wielu innych. Oto „podpis” naszego niepiśmiennego palacza z kotłowni teatru, któremu prowadziłam rękę i mógł nagryzmolić – M. Lisiak. Pamiętam też jego żonę i synów. Cóż to byli za oddani ludzie dla teatru!
I oto ostatnia postać tego dziwnego pamiętnika, która 5 kwietnia 1945 roku napisała po rosyjsku : „Aktorce Sylwii – martwię się bardzo, że nie mogłem widzieć Pani w sobotę na scenie. Dzisiaj wyjeżdżam. Mam nadzieję, że po zakończeniu wojny spotkam Panią w Kaliszu jako ludową Artystkę Polski. Niech Pani będzie szczęśliwa! Całuję Pani ręce. Płk. Iwan Szmigiel.” Był to pierwszy Wojewódzki Komendant Kalisza.
Wracajmy jeszcze, by poznać wydarzenia. Jest rok 1938, kończył się okres Iwo Galla. Pożyczonymi pieniędzmi dyrektor wypłacił aktorów i wszyscy się rozjechali na urlopy.
Nowym dyrektorem został Marian Lenk. Był to mężczyzna słusznego wzrostu. Wraz ze swą przystojną żoną tworzyli piękną parę. Żona Jego pracowała w administracji teatru. Marian Lenk uzupełnił zespół „nowymi siłami”, gdyż wielu aktorów biorących udział w konflikcie, odeszło. Zdobył też sympatię władz i prasy. Teatr ruszył normalnie. W grudniu 1938 r., przed świętami podczas generalnych prób „Ułani księcia Józefa”, otrzymałam nagle ponętną propozycję do „Operetki objazdowej” i wyjechałam z Kalisza. Mój Boże! Miałam wrócić dopiero w sześć tygodni po tragicznym wrześniu 1939 roku, gdy teatr znów zamarł. Zostałam zatrudniona w pracowni krawieckiej Aleja 3 (obecnie 1) w firmie „Max Szendel” (rodzinie Szendlów - obecnie w Poznaniu - winnam wdzięczność!) W firmie tej prócz mnie, ocalało 25 osób. Pracownia nasza, to zarekwirowane mieszkanie teatralnego krawca Józefa Zdyba i jego żony Władysławy oraz ich dzieci, Ireny i Tadeusza (państwo Zdybowie już nie żyją). Wielkim szczęściem było, że firmę prowadził Polak, wspomniany Franciszek Szymańczyk. Wiele razy byłabym zabrana i wywieziona Bóg wie gdzie i na pewno bym nie przeżyła, gdyby nie Jego brawurowa wprost odwaga. A przecież tak samo, jak wszyscy Polacy i On też był zagrożony. Wiele dziś byłoby do wspominania Panie Franku! Życzę Panu wiele lat życia a proszę czasem wspomnieć małą istotę, która jak zabłąkany bagaż znalazła się w Pana przechowalni. Bo przecież w mieszkaniu krawca teatralnego Pana Zdyba, czuliśmy się jak u Pana Boga za piecem - my, ludzie teatru! Jeszcze dwie osoby czuły się tam jak u siebie w domu. Był to dyrektor teatru, Pan Marian Lenk, oraz aktor Aleksander Kolado. Ten ostatni przychodził do nas codziennie. Siadywał w swym wytartym paltocie przy piecu i siedział - jakby Go wcale nie było. Nigdy nic nie chciał, zawsze był „syty”. Jakby mu o ten piec tylko chodziło, jakby ten piec! Aż razu pewnego nie przyszedł. Okazało się potem, że umarł w swej zimnej izdebce z głodu i wycieńczenia. Byliśmy na pogrzebie. Pochowany został na cmentarzu prawosławnych w Kaliszu. Dlaczego nigdy nic o sobie nie mówił . . .?
Dyrektor Lenk, który wybaczył mi tę ucieczkę w styczniu do operetki, teraz ciągle mi powtarzał: „Sylwciu, niedługo już. Niedługo wracamy do teatru . Niedługo się to wszystko skończy.” Dyrektor nie pracował nigdzie. Żona pracowała w jakimś biurze elektrowni w Kaliszu. Pewnego dnia, a było to na krótko prze końcem wojny otrzymał wezwanie do Urzędu pracy (Arbeitsantu). Nie poszedł . . . Nie mógł? Zachorował ze strachu na serce i zmarł 30.11.1944 r. - a w styczniu już Niemców nie było!
Gmach teatru w Kaliszu po ucieczce Niemców, był akurat w trakcie przeróbki. Rozwalone wnętrze (gdyż Niemcy chcieli kosztem widowni zrobić scenę obrotową). Nim jednak teatr nam odremontowano musieliśmy prawie rok czekać (w aktach Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Kaliszu jest pismo płk. Iwana Szmigla dotyczące szybkiego remontu teatru – o co osobiście z prośba do Komendanta się zwróciłam i takie polecenie wydał!) Póki co jeździliśmy po różnych dziurach i ruinach. Graliśmy w najprymitywniejszych warunkach. Graliśmy na ziemiach odzyskanych. Grała ze mną Stanisława Sadowiska oraz Władysław Bugajny. Ten ostatni do końca życia został teatrowi wierny. Grał w Łodzi, w „Estradzie”, w Cyrku był konferansjerem. Umarł w 1974 r. w Kaliszu, gdzie jest pochowany. W bajkach występowała też, będąc jeszcze uczennicą w szkole w Kaliszu w latach 1946 47 siostra moja, Teresa Dławichowska (za dyr. ST. Winieckiego). Jednak w teatrze nie została (obecnie mieszka w Krakowie). Wreszcie oddano nam teatr. Dyrekcję otrzymał pan Tylko - Tylczyński z Poznania. Ale błyskawicznie odszedł, a Stanisław Winietki, jego następca też z Poznania otworzył w 1946 r. teatr premierą „Krakowiaków i górali”, tak jak to w 1800 roku uczynił sam Wojciech Bogusławski. W sztuce tej również brałam udział i pozostałam w teatrze tym do roku 1949. Ponieważ teatr ten jest moją kołyską - matką , pragnieniem moim jest, aby jak najwięcej o teatrze tym było w ludzkiej pamięci. Teatr w Kaliszu jest MOIM Teatrem - ukochanym i najdroższym sercu memu.
Sylwia
Nigdy się „ nie kochałam ” w Aktorach – ale gdy przed wojną zobaczyłam Junosza Stępowskiego – już wiedziałam, że to jest „typ mojego mężczyzny”. Ale takich nigdzie raczej się nie spotykało. Nie w głowie też wtedy mi było – rozglądać się w poszukiwaniach: absolutnie nie wybierałam się za mąż! Tak sobie postanowiłam. W 1950 roku – John z U.S.A. – to co innego.
Ostatecznie zamiast krawcową – aktorką zostałam. Całkowicie usamodzielnioną aż do wybuchu wojny. Że nie znał człek dnia ni godziny. Tysiące ludzi wywozili do Niemiec. Całą inteligencję Kalisza. Chciałam zwiać do Częstochowy, ale nie mogłam dostać biletu bez przepustki. Bieda w tym, że nie wolno było Polakom iść ani do kina, ani do restauracji. Ale „my chodzimy bo się nie boimy”. Tak więc ostatecznie nauka krawiectwa życie mi uratowała. A że się podkochiwałam we właścicielu zakładu Panu Szymańczykowi (taki w typie Junosza Stępowskiego), to i co najmniej dwa razy życie mi uratował. Pamiętam, gdy Niemcy „ arbeit-karty ” kazali wyłożyć, On strącił ją po prostu ze stołu, stanął na niej i kopnął pod biurko. Miał wtedy 42 lata (rocznik 1898). Był Jedynym którego naprawdę kochałam. Pewnie jego żona się domyślała. Stworzył mi w miarę bezpieczne warunki przetrwania. Z Kalisza wszak wszystkich młodych, wolnych – wywieźli. Ja prócz meldunku miałam zaświadczenie lekarskie (Dr Szulc – też Polak), że jestem chora na gruźlicę.
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA :
Ziemia Kaliska ” Nr ?
„ J e ń c y ”:
Czas niemieckiej okupacji zawsze mam przed oczami, a w myślach przesuwają się obrazy minionej przeszłości jak żywe. Ciągle jeszcze też ludzie szukają się i odnajdują.
W roku 1941–42 w Polsce w mieście Kalisz, nad rzeką Prosną przebywała grupa żołnierzy brytyjskich wziętych do niewoli. Grupa ta liczyła około 100 osób. Była zima. Pewnego ranka wyjrzawszy z okna pierwszego piętra pracowni krawieckiej, gdzie byłam zatrudniona, zobaczyłam ich - brytyjskich żołnierzy - jeńców. Pod oknem przepływała rzeka. Jeńcy kopali ziemię – ładowali na lorki. Mieli regulować brzeg rzeki. Byli bardzo zmarznięci. Niektórzy mieli gołe głowy, żadnych ciepłych rzeczy i byli bez rękawic. Widać było, że mróz okropnie im dokucza. Z miejsca zaczęliśmy się porozumiewać. Sytuację utrudniała nieznajomość języka oraz stojący w pobliżu żandarm niemiecki. Zorientowawszy się w sprawie, jeszcze tej nocy z koleżanką i jej matką, z resztek materiałów do rana szyłyśmy ciepłe, duże o jednym palcu rękawice. Nie było łatwe podanie ich przez okno, gdyż za podanie czegokolwiek, nawet papierosów, Niemcy karali trzytygodniowym więzieniem. Jakoś jednak udało mi się rzucić rękawice. Radość była ogromna i zaczęłyśmy organizować dla nich różne inne rzeczy. Między innymi polskie furażerki, które oni nosili z dumą. Wkrótce ludzie z naszej ulicy zaczęli znosić nam różności – rzeczy oraz żywność. Nie było jednak sposobu podania tego. Toteż, gdy razu pewnego sądząc, że żandarm odszedł na bok – kiwnęłam do Anglików „czy rzucić?”, a oni zrozumieli „czy żandarm stoi” kiwnęli mi „tak”. Skutek nieporozumienia był fatalny: zrozumiawszy inaczej, rzuciłam paczkę wprost na głowę niemieckiej bestii !!!
Ryk jaki podniósł żandarm przyprawił o strach cały dom, a biednych żołnierzy angielskich o przerażenie. Cudem uniknęłam więzienia, ale cały dzień przesiedziałam na strychu pod wanną. Skoro jednak żandarm nie posłał mnie do więzienia, a tu jest tyle jeszcze rzeczy do podania, przyszła mi do głowy szatańska myśl : użyć do tego celu samego Niemca - żandarma ! Nie mówiąc nic nikomu , siadłam i napisałam po niemiecku kilka słów. Następnie odszukałam druty ogrodzenia i poprosiłam do furki żandarma. Anglicy zrazu oniemieli! Z Niemcem się przywitałam i wcisnęłam mu kartkę z zaproszeniem i adresem. Potem wróciłam na górę i przestałam zwracać uwagę na Anglików, a dyskretnie uśmiechałam się do Niemca. Wieczorem przyszedł. Pracownia była jednocześnie mieszkaniem prywatnym. Byli obecni oczywiście rodzice koleżanki Ireny Zdyb i moja matka. Ta ostatnia oburzona i zbulwersowana moim „występkiem”. Na stole polska wódka i kolacja. Niemiec jadł mało i pił ostrożnie. A, że byłam z zawodu początkującą aktorką, zużyłam cały arsenał „telewizyjnych” uśmiechów i czaru – aby zgodził się na to, o co go poproszę. I zgodził się. Od tego dnia stał się naszym codziennym gościem (zawsze w towarzystwie naszych mamuś). Nasi angielscy chłopcy nie cierpieli już takiego zimna. Mieli co jeść i palić. Niemiec wychodził prawie co dzień zaopatrzony w długie kiełbasy zawieszone pod szynelem. Toteż każdego ranka otwierając okno odbierałam serdeczne a dyskretne od Anglików uśmiechy i całusy, nieco bojaźliwe - może podejrzewali w Niemcu rywala? O! Tego podejrzenia chciałabym uniknąć.
Zawsze też dyskretnie pokazywali co dziś otrzymali / tutaj, w pracy żandarm był dla nich na pozór surowy /. Tak trwało czas jakiś. Rzeka była już wyprostowana, prace zbliżały się ku końcowi. Pewnego razu żandarm przyszedł bardzo smutny, płakał ! Minęła dłuższa chwila zanim powiedział nam, że jest to jego ostatnia już u nas wizyta. Że jutro wyjeżdża na front - wie że już nie zobaczy swojej rodziny, że nigdy już nie wróci do Reichu, gdzie zostawił swoją żonę i dzieci. Płakał jak dziecko i nazywał nas: przyjaciółmi !!! A na drugi dzień pod oknami zobaczyłyśmy już innego żandarma. (a może to ja mu się do tej zsyłki przyczyniłam?)
Obie z Ireną miałyśmy też swoich wybranych. Ja „swojemu” rzuciłam nawet zdjęcie z adresem : Kalisz – Wincerstrasse 4 (Winiarska). Niestety nigdy nie napisał, a dziś już ten adres nieaktualny, dom zburzony. Nic też o nich nie wiedziałyśmy. Nie znałyśmy ich imion. Jeden pokazywał gestem, że gra na fortepianie. Toteż gdy pewnego ranka, jak zwykle wyjrzawszy oknem, zobaczyłam że ich, naszych żołnierzyków nie ma, rozpłakałyśmy się szczerze. Dokądś ich przewieziono. Natychmiast też zrozumiałam, co znaczył ten wczorajszy zbiorowy śpiew pod oknem, a w refrenie ciągle powtarzające się słowo: „Sylwia” !
Smutek zapanował w naszej pracowni po ich odejściu i obie z Ireną nie mogłyśmy odzyskać spokoju. Aż wreszcie spotkałam ich razu pewnego maszerujących ulicą przez most. Całą setkę! Gdy mnie zobaczyli, nie bacząc na nic – wszyscy spontanicznie mi zasalutowali posyłając wdzięczne całusy ku zdziwieniu przechodniów, no i żandarmów, którzy ich prowadzili. Wzruszenie ścisnęło mi gardło, i tyle ich widziałam.
O ile dziś piszę do radia i telewizji brytyjskiej, to nie po jakieś słowo wdzięczności, czy zapłatę. Chciałabym wiedzieć, czy trud nasz się opłacił. Czy oni ocaleli? Czy wrócili? Czy żyją? Jeśli tak - niech napiszą.
Sylwia
Z perspektywy czasu widzę, że wojna naszej rodzinie za dużo krzywdy nie wyrządziła. Wszyscy przecież w zdrowiu ją przeżyliśmy. Szymańczykowa dopiero po wojnie się „wszystko” dowiedziała. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Zabezpieczyłam ich w „rozpiskie” Komendy Pułkownika (o którym później) w 1945 r. bo nie lubię długów. Kiedy młody aktor stawia pierwsze kroki na scenie, to jego występom towarzyszą dobre rady wychowawców, rodziny, przyjaciół no a przede wszystkim – kwiaty i jeszcze raz kwiaty. Jakże inny był mój debiut. Jeszcze nie ucichły detonacje a już grałam na szpitalnej podłodze przed rannymi żołnierzami przywożonymi z frontu. Jedni siedzieli na łóżkach, drudzy leżeli na noszach. Ci ostatni nie bili nawet braw. Jedynym ich podziękowaniem było wdzięczne spojrzenie do mnie kierowane. I była to dla mnie najpiękniejsza zapłata – ich wdzięczność.
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA:
„ Ziemia Kaliska ” Nr 33 z 1974 roku, str. 4.
„ Ś l u b – a l b o ż y c i e !!! ”:
Kalisz, styczeń 1945 roku. Przez miasto zdobyte już i oczyszczone od Niemców przewalają się jeszcze bratnie wojska dążące na Berlin.
Jako młoda aktorka rozpoczęłam właśnie próby do pierwszego występu przeznaczonego specjalnie dla zwycięskich wojsk. Po próbie co dzień bywam u znajomych, z którymi wspólnie przeżyliśmy lata okupacji. Bywam z przyzwyczajenia. U znajomych kwaterują radzieccy żołnierze. Jeden z nich jest cierpiący. Od kilku dni jęczy i z uporem spogląda na drzwi, jakby stamtąd spodziewał się ratunku. Gdy przychodzę, przestaje jęczeć, trzyma się za głowę i wielkimi, brązowymi oczami patrzy z kąta izby. Wiedziona litości odruchem spytałam co mu jest. Obejrzałam chore miejsce. Nie trzeba być lekarzem aby stwierdzić, że wrzód w uchu kwalifikuje się pod skalpel chirurga. Kazałam żołnierzowi się ubierać i zaprowadziłam go do znajomego lekarza. Za pół godziny, wielkie brązowe oczy śmiały się do mnie z wdzięcznością. Nie spodziewałam się wtedy, ile przez to czeka mnie kłopotu. Nieśmiały Ormianin, teraz bardziej niecierpliwie niż kiedykolwiek, wyglądał mojego przybycia. Zaczął nawet terroryzować otoczenie. Nikomu nie wolno było zasiadać do obiadu zanim ja nie przyjdę ( a korzystałam tylko czasami z tego poczęstunku, gdyż był to okres kiedy życie, praca i płaca nie były zorganizowane. Nagle któregoś dnia Andriusza oświadczył wobec wszystkich, że się ze mną ożeni. Byłam zaskoczona. Tego się nie spodziewałam. Nie pytał mnie przecież o zgodę, a do tego serce moje było zajęte najzupełniej ! Nagłe oświadczyny skwitowałam czarującym uśmiechem i zażartowałam: „Dobrze, jak wrócisz z Berlina”. „Ja …..” – odpowiedział twardo. Niebawem wyjechali. Nie był to najmądrzejszy z żartów, o czym miałam się przekonać już niezadługo.
Jest maj 1945 roku. Któregoś ranka o świcie zbudziło mnie głośne łomotanie do drzwi : Wstawaj! Andriusza przyjechał z Berlina!!! Otworzyłam przerażona. W drzwiach stała moja przyjaciółka Ircia Zdyb, rozbawiona tak dziką wiadomością - jaką mi przyniosła.
Teraz dopiero pojęłam sytuację w jakiej się znalazłam.
„Przyjechał się żenić. Masz zaraz przyjść, bo inaczej ON tu przyjdzie - a nie zapominaj, że przyjdzie jako zwycięzca. I to ja jeszcze muszę go tu przyprowadzić!!!”. Wydyszała.
Ubierałam się w popłochu. Wszystko mi z rąk leciało a po drodze dowiedziałam się jakie to trofea przywiózł mi pan młody Berlina: a więc garnitur do ślubu z jakiegoś grubego, ale za to małego Niemca (spodnie i rękawy o wiele za krótkie - ale za to szerokie, że cha) Męska bielizna takaż sama. Razem, worek tego. No, a dla mnie olbrzymi flakon perfum „ Soir de Paris” (ale dostanę je dopiero po odejściu od ołtarza).
Biegłyśmy szybko, aby uprzedzić ewentualne wyjście nam naprzeciw. W międzyczasie, trzeba było jeszcze postanowić co robić. Jak wydostać się z tej opresji?
Andriusza zdążył już bowiem takie plany poczynić, że potrzeba nie lada głowy by z tej kabały wybrnąć. Przywitałam się spokojnie , a jego twarz o pięknych, perłowych zębach rozjaśniała serdecznym uśmiechem dumy, radości i szczęścia. Złożyłam więc gratulacje z odniesionego na froncie zwycięstwa, z pokonania Niemców, z zakończenia wojny.
Następnie przedłożyłam trudności, jakie są przy uzyskaniu zezwolenia dla tak niezwykłego ślubu : różnica wyznań, zgoda mojej matki ect., ect. Wszystko to było dla niego bez znaczenia i najłatwiejsze w świecie. Wiara? jaka? Katolicka. „Dawaj. Bioruuu i wiare”! Ostrożnie zaczynam mówić o bardzo dużych kosztach. Że trzeba mieć na to dużo pieniędzy itp., itp. Nic to. Jak ksiądz będzie chciał „ diengi ”, to dostanie „wintuwku”. „Ubiju sukinsyna”. Chwytam się jeszcze argumentu, że musi być zgoda Papieża, a Papież w Rzymie (byle tylko przedłużyć czas, bo Andriusza przepustkę ma tylko na tydzień - załatwić ślub i wracać).
Wreszcie go to zdenerwowało. „Ślub musi być!!!”, zdecydował krótko. Zgoda mojej matki i siostry i całej rodziny zdawała się go już nie obchodzić. Usiłowaliśmy przedstawić trudności wyjazdu za granicę. Nic nie pomogło. Zawiezie mnie do siebie do Armenii. Będzie dla mnie dobry, będzie mnie nosił na rękach i karmił samym winogronem. A przez granicę, gdyby się ktoś sprzeciwił, to będzie mnie „taskał” pod szynelem. Romantyczne i piękne! I było mi go żal, słuchając i patrząc na jego piękną i szczerą z zachwytu twarz. Byłam zła na siebie za swój głupi żart. Jak teraz należało postąpić? O ślubie mowy być nie może. Nie poświęcę pracy, zawodu, przyszłości nawet dla tak Kryształowego Rycerza! Cokolwiek teraz zrobię, będzie wobec niego oszustwem. Stanęło na tym, że trzeba pójść do księdza. Może zgodzi się udzielić ślubu bez tej zgody Papieża, która będzie z Rzymu długo szła. Następnego ranka o świcie poszłam do kościoła. Ksiądz był zdziwiony: „ależ dziecko. Chcesz aby Ci nie udzielać ślubu ? Przecież ślub jest wolną, niczym nie przymuszoną wolą”. Tak, ale ja nie mogę okazać tego, że nie jestem zadowolona. Przeciwnie, muszę się cieszyć i sprawiać wrażenie szczęśliwej. Tu idzie o moje życie!!! Dobry ksiądz pojął sytuację i kazał, aby ten żołnierz - zwycięzca przyszedł sam do niego. Bałam się panicznie. Wróciwszy do przyjaciół zastałam „mego narzeczonego” pięknie ogolonego i ostrzyżonego, czekającego już na mnie w za małym ubraniu z grubego Niemca. W pierwszej chwili porwał mnie „śmiech pusty”, a potem „litość i trwoga”. Bawił się właśnie misternie wykonaną finką, pięknie oprawioną w sarnią nóżkę : cacko piękne, ale niebezpieczne - pomyślałam. Zaprowadziłam do księdza i wyszłam.
Wrócił po godzinie milczący i ze złymi błyskami w oczach. „Odziewajsa, idiom Popa”.
Pop da ślub. Spokojnie zgodziłam się, ale wpierw wymogłam na narzeczonym, że jednak pójdę do domu po inną suknię. Jakby się zawahał, ale pozwolił - tym bardziej, że zapewniłam go, że pięknie się ubiorę. Wydostawszy się za bramę pognałam jak szalona. Wrzuciwszy do walizki co najniezbędniejsze rzeczy, zdążyłam jeszcze wysłać kartkę do zespołu teatru, że wyjechałam w teren i tam ich będę oczekiwać. Jeździliśmy już bowiem z naszym programem, jako objazdowy „Teatr Ziemi Poznańskiej”. Co się działo po mojej rejteradzie tego nie da się opisać !!! Gdy Andriusza przekonał się, że został oszukany (choć nie wiem czy tu nie jestem zbyt dla siebie surowa), wyjął finkę i poprzysiągł na jej ostrze, że je we mnie utopi: „Ubiju !!!” ryczał (całe życie będzie mnie szukał. Będzie czekał za rogiem domu aż mnie trafi i zabije). Potem się upił a potem od rana do nocy starał się o pracę, lub o jakieś możliwości - aby móc zostać w Kaliszu. Na szczęście takiego zezwolenia nie dostał. Tydzień się skończył i musiał biedak wracać. „Jak on się w wojsku pokaże bez ślubnej fotografii?”. To było jego zmartwienie i ostatnie słowa. No i jeszcze raz „zagrała finka” na znak złej dla mnie wróżby.
Wróciłam po trzech tygodniach. Słuchając zaprzysiężonej zemsty, skóra cierpła mi na plecach i jeszcze przez parę lat potem, chodziłam po mieście jak człowiek, który zrobił coś złego i ma ciężar na sumieniu. Ale z drugiej strony . . . bądź tu dobrą: zaprowadź chorego do lekarza.
Sylwia
Później nie raz, nie dwa występowałam w salach bez okien i ze ścianami podziurawionymi na wylot przez pociski. Owe doświadczenie wywarło na mnie taki wpływ, że bez wahania wyjeżdżałam na występy do „zapadłych dziur”. A zostało nas w Kaliszu tylko dwoje aktorów. Roman Cichocki i ja. W momencie odzyskania niepodległości postanowiliśmy stworzyć program specjalnie dla tych, którzy tę wolność nam przynieśli: dla 9 Dywizji Armii Polskiej. Dobraliśmy paru zdolnych ludzi i rozpoczęliśmy próby, które odbywały się u mnie w domu przy ul. Roli – Żymierskiego 16 (obecnie Śródmiejska), oraz u kolegi Cichockiego na ul. Kazimierzowskiej 10 jako że teatr miejski im. Wojciecha Bogusławskiego był w gruzach. Pierwszy po wojnie występ odbył się więc w starej sali Izby Rzemieślniczej. Udało się nam nawet wydrukować program uroczystości. Były pieśni, taniec, humor, satyra i łzy. Dużo łez. Mam grać!!! Na widowni siedział radziecki komendant wojenny miasta płk. Szmigiel, którego następcą został mjr Osmołowski..
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA:
Ziemia Kaliska ” Nr 3 z roku 1975. Str. 5
Magazyn ilustrowany „ Przyjaźń ” Nr 8 z 23.02.1975. Str. 15
„ P u ł k o w n i k ”:
Tego dnia graliśmy po raz pierwszy w wolnej Polsce. Stałam na swoim planie, oczekując wejścia na scenę. A im bardziej się ta chwila zbliżała, tym większe czułam wzruszenie. Łzy ścisnęły mi gardło, nogi zaczęły się trząść - myślałam że upadnę. 5 lat! Pięć lat tej gehenny i wyczekiwania na tę chwilę. Za chwilę znajdę się na scenie - wzruszenie trudno wyrazić słowami. Gram! Ale tym razem przed jakże prześwietną publicznością! Wojsko! Począwszy od najzwyklejszego żołnierza, aż do najwyższej rangi dowódcy. Dzielni bohaterowie, którzy przynieśli nam wolność! Dla nich biły więc teraz nasze gorące serca, dla nich łzy wdzięczności dusiły gardło. I oto stał się cud. Grałam, a grając opanowałam łzy, silne wzruszenie i potworną tremę. Dalej, już wszystko przebiegło normalnie. Uroczysta część oficjalna zakończona. W drugiej części - rozrywkowej były tańce, humor oraz dwie jednoaktówki. W jednej z nich grałam zwariowaną żonę, której zachciało się być gwiazdą filmową. Mojego męża grał zdolny aktor (były student tajnych kompletów), Zdzisław Janiak. Publiczność bawiła się świetnie, bo znalazł się w rodzinie mądry wujcio (Cichocki), który tę roznegliżowaną w jej filmowych peniuarach żonę, zręcznym fortelem, udając producenta filmowego zmuszał do ciężkich prac domowych, tłumacząc je taką właśnie rolą w filmie. Toteż biedaczysko padało ze zmęczenia, ale czego się nie robi dla kariery filmowej!
Całym tym perypetiom przyglądał się z uznaniem pewien niecodzienny gość. Siedział na widowni w pierwszym rzędzie na honorowym miejscu. Był to pułkownik, komendant miasta Kalisza. Gdy tylko zeszłam ze sceny, do mojej garderoby ktoś zapukał. Entrez!
Ja do artystki, pani Sylwii. Był to adiutant komendanta, Petro. Mówił zupełnie dobrze po polsku: Komendant miasta, pułkownik Iwan Szmugiel zapytuje - czy zechce Pani przyjąć Jego zaproszenie na dzisiejszy bankiet wydany na cześć zwycięskich wojsk.
Byłam zaskoczona. Ale nie okazując zbytniego zdziwienia odpowiedziałam spokojnie:
„Proszę przyjść po odpowiedź za chwilę. Aha! Jeszcze chwilkę - niech mi pan pokaże tego pułkownika, i zaprowadziłam go za scenę. Przez otwór w kurtynie ujrzałam przystojnego, około czterdziestoletniego mężczyznę, który nie zdając sobie sprawy z tego, że jest obserwowany, niecierpliwie spoglądał w stronę drzwi wiodących do garderoby aktorów i za którymi zniknął jego wysłaniec. Nie był zachwycony odpowiedzią, ale zanim publiczność opuściła salę przysłał adiutanta po raz drugi. „Dobrze, zaproszenie przyjmuję, chętnie poznam pana pułkownika – ale musi być zaproszony także mój starszy kolega” (R. Cichocki). Pułkownik siedział teraz na widowni sam jeden i widziałam, że zgodził się natychmiast. Zdążyłam się już przebrać „po cywilnemu”. Peniuary zawędrowały do szafy. Sala opustoszała, a my zostaliśmy w niej sobie przedstawieni: „Wy adna aktrisa w etom tieatrie?”, zapytał i wyraził słowa uznania i podzięki. Następnie zaprosił do swego samochodu i ruszyliśmy. Na sali w ratuszu było już pełno gości i władze. Stoły nakryte śnieżnobiałymi obrusami. Przyjęcie wspaniałe. Prezentacja - hymn polski, radziecki - przemówienia - toasty.
I oto orkiestra! Polska orkiestra zagrała poloneza Ogińskiego! Serce skoczyło mi do gardła i z trudem powstrzymywałam łzy. Po raz drugi już tego wieczoru dane mi było przeżywać tak silne wzruszenie. W najśmielszych marzeniach za czasów okupacji nie wyobrażałam sobie, że w tych historycznych chwilach, pierwszych dni wolności usłyszę utwór grany mi w dzieciństwie na mandolinie, przez mojego ojca.
Ale oto nie czas na rozważania. Przede mną skłonił się już Pułkownik. Poszliśmy w pierwszej parze i poprowadziliśmy poloneza. Pułkownik okazał się eleganckim, wytwornym dżentelmenem i obytym salonowcem. Zauważyłam, że był dumny z tego. Polski, narodowy taniec z Polką tańczył wspaniale! Wieczór ten pozostawił nie tylko na mnie, niezatarte wrażenia. Później przyszło nam z kolegą uczestniczyć we wszystkich tego rodzaju uroczystościach. Pułkownik uważał, że teatr musi być wszędzie. Musi reprezentować kulturę. Teraz już codziennie graliśmy swój program po różnych salach szpitalnych. Dla ciężko chorych żołnierzy przywożonych z frontu. Graliśmy po dwa, a nawet trzy razy dziennie. Obandażowani żołnierze leżeli na noszach na szpitalnej podłodze. Oni także chcieli usłyszeć po pięciu latach udręki i niewoli, po raz pierwszy polskie słowa ze sceny. Ale jakaż to scena! - ot zwyczajna, szpitalna podłoga. A jakże dziwnie wdzięczna była to widownia. Oni ranni i chorzy, nie mogący nawet bić braw obandażowanymi dłońmi. Toteż wdzięcznym nas tylko nagradzała spojrzeniem i uśmiechem, prosząc, abyśmy tu znowu przybyli. Czym myśmy wtedy żyli? Co jedli? Wprost trudno dziś na to odpowiedzieć. Wiem tylko, że każdy z nas pracował i nikt nikogo nie pytał o zapłatę. Ale od momentu ukazania się Pułkownika warunki nasze uległy poprawie. Zapytywał mnie wprost - czym żyjemy. Zaśmiałam się zamiast odpowiedzi. Zrozumiał od razu i dał nam kartkę, by zaraz jutro (w niedzielę)odebrać żywą ... krowę! Krowę? Poszli więc nasi „amanci” po tę krowę. Widoku tego nigdy nie zapomnę: środkiem Kalisza w niedzielę przed południem, człapała prowadzona na sznurku krowa. O ile sobie przypominam, prowadził ją sam R. Cichocki. Podzielono potem między wszystkich sprawiedliwie świeżą wołowinę, i była to nasza pierwsza za pracę zapłata.
Od tego czasu komendant przydzielał nam żywność : chleb, cukier, jakąś kiełbasę czy tłuszcz.
Roman Cichocki, wstępując w związek małżeński z uroczą panią Janką dostał w prezencie całe cielę i worek cukru. „Ja też tam byłam, miód i wino piłam”.
Wrócę jeszcze do osoby Pułkownika. Był nad wyraz poważnym, zrównoważonym człowiekiem, godnie piastującym swe stanowisko. Cieszył się ogólnym uznaniem. Miał czarujący uśmiech i miłe do ludzi podejście. A ci mnie tak bardzo zdziwiło to, że był bardzo cichy - wprost nieobecny, a jednak był tą najważniejszą, decydującą w mieście osobą. I jeszcze jedno - nie pił alkoholu! Odnosiłam wrażenie, że przeżywa jakiś swój osobisty dramat. Jeśli prawdą jest to, co opowiadał mi adiutant Petro, to Jego żona, aktorka, zginęła w czasie bombardowania szpitala w Stalingradzie. Stąd też chyba ta sympatia Pułkownika dla nas. Troska i szczególne zainteresowanie sprawami teatru. Załatwiałam u niego wiele różnych spraw i przedkładałam ludzkie prośby. Był zawsze sprawiedliwy i dobry. Za ich zrozumienie dostawał czasem kwiaty. Pamiętam, że kiedyś byłam chora. W pół godziny po postawieniu mi baniek, pułkownik przysłał mi zaproszenie na nową uroczystość i bankiet. Kiedy odmówiłam ze zrozumiałych względów, Petro za pięć minut był z powrotem: „Pan pułkownik rozkazał artystkę dostarczyć z łóżkiem!” Co było robić? Wojsko każe! Samochód już czekał, a w nim jak zwykle kolega Cichocki (bo zawsze, od tego pierwszego wieczoru „reprezentowaliśmy”. Pojechało się - wróciło.
Pewnego razu Pułkownik zapytał mnie wprost : „ Czego Wam najbardziej potrzeba? Jakie macie problemy? T e a t r !!! Wykrzyknęłam bez namysłu. Natychmiast zadecydował: „odremontować teatr”. A kto ma być dyrektorem? Oczywiście Cichocki - odparłam. No i był. I teatr i Cichocki jako pierwszy po wojnie jego dyrektor. Brakowało jeszcze tylko aktorów. Później powoli się wszystko ułożyło. Zaczęliśmy próby „Dziadów” (Mickiewicza), „Pana Benata” (Fredry), „Marcowego kawalera” (Blizińskiego) i „Grube ryby” (Bałuckiego). 150 razy grałam Helenkę w tym spektaklu. Wspomnę tu jeszcze o czymś, o czym dość często pisze się w historii kaliskiego teatru z tego okresu. Graliśmy fragmenty „Dziadów” na wolnej przestrzeni, na tyłach kościoła św. Józefa - na resztkach starych, kazimierzowskich murów obronnych, pod słynną „Dorotką”! Z tej to baszty wychodziliśmy na mur i graliśmy te nasze pierwsze w wolnej ojczyźnie widowiska. Jakże miłą i drogą zapłatą była łza serdeczna w oku widza. Ten dowód szczerych wzruszeń.
Nie pisałam wtedy jeszcze pamiętnika, bo wydawało mi się, że nie ma o czym. Że to normalne. Wspomnieć też muszę o ofiarnym zespole technicznym. Ci nieznani dla widzów „niewidzialni”, jakże troskliwie i samorzutnie przygotowywali nam warunki do grania: Michał Tworkiewicz, Stanisław Sadowisk, pani Marysia Siuda i wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam. To ludzie urodzeni dla teatru. Był koniec kwietnia 1945 roku, kiedy pułkownik Szmigiel opuszczał nas wyjeżdżając do Poznania. Na odjezdnym zaproponował mi pracę w tym mieście. Podziękowałam, choć z żalem. Kochałam MÓJ teatr - teatr w Kaliszu. Wszystkim nam, aktorom było żal, że on odjeżdża i co tu ukrywać – smutne to było pożegnanie (… „ polały się łzy srebrzyste ”…). Niebawem, już w maju miałam go znów spotkać całkiem nagle i przypadkowo. Przechodziłam w Poznaniu koło Komendy (nie wiedząc o tym, że to gmach Komendy). Zatrzymałam się na moment. Nagle ktoś mnie porwał pod pelerynę wojskową i z radosnym okrzykiem uniósł do góry. Był to oczywiście Pułkownik, rozpromieniony jak samo słońce. Takim go jeszcze nie widziałam. Był pewien, że ja do niego przyjechałam, że zdecydowałam się na jego propozycję. Pozostała mi w pamiętniku kartka z jego słowami szczerych życzeń „… aby mógł mnie spotkać po wojnie jako zasłużoną artystkę ludową, dziękuję za wszystko, całuje ręce i żałuję, że … nie mógł być w sobotę".
To jest wspomnienie mojej rodzonej ciotki Sylwii Dławichowskiej> więcej o Niej na: www.e-teatr.
Dotyczy historii teatru, gdzie ma się odbyć 12 grudnia spotkanie genealogów. Że też ciotka tego nie doczekała.
Żałuje;
Krzycho z Koszalina
/Nagrodzone w Warszawie w „ Ogólnopolskim Konkursie wspomnieniowym ” dnia 26.09.1966 i uzupełnione 25.02.1977./
„ M i a s t u K a l i s z ”:
Czytając broszurę wydaną w 1955 roku z okazji 10 lecia teatru kaliskiego oraz 155 rocznicy Kaliskiej Sceny Narodowej, uderzył mnie absolutny brak jakichkolwiek informacji dotyczących ludzi tegoż teatru w tragicznym momencie września 1939 roku, a także brak nazwisk aktorów i osób grających i organizujących ten teatr w roku 1945-46.
Zdecydowałam się więc dorzucić co pamiętam, a co jest autentyczne i przekazać na ręce Pana profesora Stanisława Kaszyńskiego w Łodzi - znanego historyka, który umiłował kaliski teatr.
Został on otwarty po blisko 22 letniej przerwie spowodowanej zniszczeniem budynku w czasie pierwszej wojny światowej w 1914 r. W rodzinnych dokumentach matki mojej znalazłam z 1914 roku Odezwę–ulotkę do ludności miasta Kalisza, aby w przeciągu paru godzin opuściła ona miasto, ponieważ Kalisz będzie spalony. Tak się też stało. Rodzice moi właśnie się pobrali i opuścili miasto. Rok 1936 otworzył teatr zaledwie na cztery lata. Wrzesień 1939 zamknął go znów na cały czas okupacji, do 1945 roku, a „ojcem” jego był nikt inny, tylko Wojciech Bogusławski, który w Kaliszu grał owych „Krakowiaków i górali” sam występując w roli studenta Bardosa. Jego też staraniem Kalisz wzbogacił się o pierwszy w swych dziejach budynek teatralny, własnym też jego sumptem wzniesiony. Działo się to w 1800 roku. Zacznę więc od ponownego jego otwarcia w 1936 roku. Dyrektorem został oto Iwo Gall. Był to starszy (a może mi się tak zdawało), siwy, krępy pan. Znany pedagog i wychowawca młodzieży. „ Urodzony ” człowiek teatru. Żoną Jego była aktorka Halina Gallowa, obecnie już bardzo starsza pani. Aktualnie gra jedną z ról w nowo kręconym filmie „ Lalka ”. /wzruszający ten fragment pokazano niedawno w telewizji w 1966 r./
Premiera „ Pana Damazego ” była bardzo uroczysta. Przed teatrem sznur samochodów
(elegancki świat). Widziało się piękne futra, brylanty, długie toalety, etc. Zapowiadało się pięknie. Dyrektor Gall niedługo był nim jednak. Miał wielu wrogów w miejscowej prasie. W zespole też panował rozłam. Do dziś pamiętam szyderczy wierszyk jaki sobie powtarzano, a nawet wydrukowano. „ A On siedzi w fotelu zapatrzony w dal – klękajcie narody! Jestem Iwo Gall ”. Zaś o Janiaku taki dwuwiersz : „Znany w Kaliszu maniak - Redaktor Janiak”. Na skutki nie czekało się długo. Wkrótce też nie było pieniędzy i nie było czym wypłacać aktorów - głodowano. Zawsze będę pamiętała sklepik koło teatru na dole, gdzie na konto pani Stefci Gintelównej brałam pieczywo i inne wiktuały. Zresztą, posilałyśmy się razem (mnie, jako debiutantce bardziej wypadało brać na kredyt). Innym wiodło się lepiej. Na przykład amantka, szczupła, wysoka, o wielkich oczach pani Nina Gozdecka („wamp”) miała zakochanego w niej kapitana. „Tygrysem” go zwała. Tenże Tygrys miał znowu psa, którego także „Tygrysem” nazywał. Gdy „ gwiazda ” wołała „tygrys!” - lecieli obaj. Gwiazda miała także żywą małpkę i aby było weselej nosiła ją na głowie w swych bujnych, kruczych włosach. Służąca przynosiła kolację do teatru. Gwiazda częstowała, jako, że stać ją było na to.
„Wampem” była też Hanka Libijka (podobno żydówka, tak jak i dyrektor Gall) zamordowana bestialsko przez Niemców w czasie okupacji. Libijka miała piękne zęby - podobno Niemcy zmasakrowali jej twarz i je wytłukli! (Zdjęcia obu gwiazd posiadam).
Praca była wtedy bardzo intensywna. Co dwa, trzy tygodnie - premiera. Dyrektor Gall
„kochał robić”, próby całonocne. Pamiętam, że próba „Golgoty”, skończyła się drugiego dnia o dziewiątej rano! Prawdziwa Golgota. Chrystusa grał Juliusz Bobrowisk, aktor wypożyczony z Krakowa. „Obrona Częstochowy”, także samo. Przeorem w tej sztuce był pan Eugeniusz Fule. Pogniewał by się teraz Pan Redaktor Fule, gdybym przypomniała, jak to podczas procesji na murach Częstochowy (a było to po jakichś imieninach), ledwo trzymał się na nogach „zalany w deseczkę”. Bądź co bądź, nie często się zdarza widzieć księdza Koreckiego „ zawoalowanego ” przed wielkim ołtarzem. Swoistego rodzaju typami w teatrze byli : pan Jakubowicz (perukarz i charakteryzator), zawsze elegancki i dobrze ułożony: „Ja panu zrobię lekki szpak”. Jak również Janusz, garderobiany męski (podnóżek aktorów). Postać humorystyczna, choć na pozór tylko. Nieszczęśliwy, biedny żyd Janusz miał kalekie dziecko. Miało ze 12 lat, i zawsze leżało w wózku (jego żona była smutna i zapłakana).
A oto jedna z anegdot teatralnych dotycząca mnie. (autentyczne) Stałam za kulisami i przyglądałam się grze aktorów. W pewnej chwili słyszę ciche: „Co panna Sylwia się tak przygląda na tę Ninę Gozdecką, jak ona gra tę k . . ę. Panna Sylwia też chciałaby grać takie k . . y? ” Moja odpowiedź : hm . . . hm. „Uś! Panna Sylwia jest za mała k . . a ”.
(mam 150 cm. wzrostu). Oto typowi „Nasi”. Takie i tym podobne wypowiedzi długo zostawały w pamięci zespołu aktorskiego. (i nie tylko). To też dziś, choć już ich nie ma (zginęli w tej wojnie, gorzej niż zwierzęta), ale za ten śmiech szczery i humor, jaki bezwiednie sobą wnosili - pamięta się ich jak żywo! Byli też oddani swej pracy w teatrze.
Aż do wybuchu wojny w teatrze bywali największe sławy i gwiazdorzy sceny, przyjeżdżając gościnnie, bo zaszczytem było występowanie w kaliskim teatrze. Klimat i atmosfera ówczesnego teatru daje się porównać ze świątynią tylko. Tak zresztą zawsze mówił Dyrektor i mój wychowawca, Iwo Gall: „Teatr to świątynia. Zdejmij czapkę chamie jak do teatru wchodzisz!”
Wtedy to właśnie przyszła mi myśl. Zrób coś - by zostało po latach!
Kupiłam pamiętnik i starałam się zdobywać autografy co sławniejszych ludzi, jakich w teatrze widziałam i z którymi rozmawiałam. I oto - otwieram go dziś - po czterdziestu latach!
Na pierwszej stronie autograf: Iwo Gall i słowa Jego: „Sylwia, wyrośnij na dobrego człowieka, na prawdziwą kobietę, to jedyne jest coś w życiu warte” Kalisz 30.04.1937.
Tego samego dnia występował słynny hinduski balet „Menaka” i wpis. Litery z jakichś kresek, zawijasów i kropek. Nikt nie zgadnie - co to oznacza. Zazdroszczono mi tej zdobyczy, a amant, Juliusz Balicki wpisał zaraz opodal: „. . . ponieważ są hindusy, więc ja właściwie jestem niepotrzebny”. A „Hindusy” chciały mnie naprawdę zabrać ze sobą. Tylko po co? - śmiali się dwuznacznie wszyscy. Wtedy w teatrze ponuraków nie było. Wracam do otwartego pamiętnika. Oto data 6 czerwca 1937 rok. Słynny chór „Dana” w składzie : Faliszewski, Wysoki i Bogdanowicz. (ten ostatni zginął w Powstaniu Warszawskim). Folg występował już wtedy sam, oddzielnie ze słynnym szlagierem „Pamiętasz, sankami jechaliśmy miła”.
Oto słynny amant naszych filmów z Jadwigą Smosarską. Pierwszy ordynat Michorowski w filmie „Trędowata” - Franciszek Brodniewicz (1938 r.) Rozmawiałam z Nim. Miał cudowne niebieskie oczy! Takich oczu nigdy więcej nie widziałam. Zginął także w powstaniu a pochodził z Poznania. Jak mówiono, ojciec Jego posiadał tam firmę-sklep z wykwintną męską galanterią. Obok, pod datą 30 marzec 1938 równie słynny amant filmowy i wybitny piosenkarz, Eugeniusz Bodo („Ciotka Karola”) - zastrzelony na granicy niemiecko - radzieckiej. Jest oto Władysław Walter, co przybył do Kalisza z „Cnotliwą Zuzanną”. Przerzucam kartki mego okaleczonego czasem pamiętnika i widzę balet „Loda Halama” (dziś w Anglii) A oto Mieczysława Ćwiklińska w sztuce „Skiz” w sierpniu 1946. A więc już po wojnie. Dalej wspomniany Eugeniusz Fulde, wtedy amant (28 lat). Dziś poważny pan Rektor i profesor Szkoły Dramatycznej w Krakowie. Napisał: „Miłej Sylwii aby wiedziała, że życie jest terenem walk - a byt nasz na niej, bojem”. Kalisz 28.01.1938. W. Urbanowicz, aktor uważany za „najzamożniejszego”, o którym szeptano, że krewnym Jego był podobno sam premier Sławoj-Składkowski. Był to przystojny, zawsze wesoły i wiecznie się śpieszący brunet. Kiedyś biegnąc rzucił we mnie czekoladą i krzyknął: ”Masz! Zjedz - najpiękniejsza z całej wsi!”. A oto nie żyjący już Stanisław Dębicz, świetny w sztuce „Roxy” . Wpisał: „Pannie Sylwii w dniu zakończenia sezonu teatralnego 1936-37 roku, dużo radosnych i beztroskich chwil w życiu”. I jest też podpis wspomnianego Juliusza Bobrowskiego, grającego Chrystusa w sztuce „Golgota”. Cóż to był za piękny BÓG! Wszystkie dziewczyny się w nim kochały.
Na zakończenie zostawiłam nazwisko Człowieka, dzięki któremu ocalałam w Kaliszu .
Nie był związany z teatrem. On to mnie zameldował we firmie niemieckiej za czasów okupacji. Nie związany z teatrem, Pan Franciszek Szymańczyk. (w dalszej części wspomnień do tematu jeszcze wrócę). Nie są to oczywiście wszyscy, jacy byli tu wpisani, bo nieznany sprawca wyrwał mi kilka kartek. Ale pamiętam, że był znany Michał Znicz: „Ja już taki jestem Znicz. Zet na początku, zet na końcu – a w środku nic” (to Jego własna zapowiedź na scenie). Był też znany humorysta Leon Wyćwicz i wielu innych. Oto „podpis” naszego niepiśmiennego palacza z kotłowni teatru, któremu prowadziłam rękę i mógł nagryzmolić – M. Lisiak. Pamiętam też jego żonę i synów. Cóż to byli za oddani ludzie dla teatru!
I oto ostatnia postać tego dziwnego pamiętnika, która 5 kwietnia 1945 roku napisała po rosyjsku : „Aktorce Sylwii – martwię się bardzo, że nie mogłem widzieć Pani w sobotę na scenie. Dzisiaj wyjeżdżam. Mam nadzieję, że po zakończeniu wojny spotkam Panią w Kaliszu jako ludową Artystkę Polski. Niech Pani będzie szczęśliwa! Całuję Pani ręce. Płk. Iwan Szmigiel.” Był to pierwszy Wojewódzki Komendant Kalisza.
Wracajmy jeszcze, by poznać wydarzenia. Jest rok 1938, kończył się okres Iwo Galla. Pożyczonymi pieniędzmi dyrektor wypłacił aktorów i wszyscy się rozjechali na urlopy.
Nowym dyrektorem został Marian Lenk. Był to mężczyzna słusznego wzrostu. Wraz ze swą przystojną żoną tworzyli piękną parę. Żona Jego pracowała w administracji teatru. Marian Lenk uzupełnił zespół „nowymi siłami”, gdyż wielu aktorów biorących udział w konflikcie, odeszło. Zdobył też sympatię władz i prasy. Teatr ruszył normalnie. W grudniu 1938 r., przed świętami podczas generalnych prób „Ułani księcia Józefa”, otrzymałam nagle ponętną propozycję do „Operetki objazdowej” i wyjechałam z Kalisza. Mój Boże! Miałam wrócić dopiero w sześć tygodni po tragicznym wrześniu 1939 roku, gdy teatr znów zamarł. Zostałam zatrudniona w pracowni krawieckiej Aleja 3 (obecnie 1) w firmie „Max Szendel” (rodzinie Szendlów - obecnie w Poznaniu - winnam wdzięczność!) W firmie tej prócz mnie, ocalało 25 osób. Pracownia nasza, to zarekwirowane mieszkanie teatralnego krawca Józefa Zdyba i jego żony Władysławy oraz ich dzieci, Ireny i Tadeusza (państwo Zdybowie już nie żyją). Wielkim szczęściem było, że firmę prowadził Polak, wspomniany Franciszek Szymańczyk. Wiele razy byłabym zabrana i wywieziona Bóg wie gdzie i na pewno bym nie przeżyła, gdyby nie Jego brawurowa wprost odwaga. A przecież tak samo, jak wszyscy Polacy i On też był zagrożony. Wiele dziś byłoby do wspominania Panie Franku! Życzę Panu wiele lat życia a proszę czasem wspomnieć małą istotę, która jak zabłąkany bagaż znalazła się w Pana przechowalni. Bo przecież w mieszkaniu krawca teatralnego Pana Zdyba, czuliśmy się jak u Pana Boga za piecem - my, ludzie teatru! Jeszcze dwie osoby czuły się tam jak u siebie w domu. Był to dyrektor teatru, Pan Marian Lenk, oraz aktor Aleksander Kolado. Ten ostatni przychodził do nas codziennie. Siadywał w swym wytartym paltocie przy piecu i siedział - jakby Go wcale nie było. Nigdy nic nie chciał, zawsze był „syty”. Jakby mu o ten piec tylko chodziło, jakby ten piec! Aż razu pewnego nie przyszedł. Okazało się potem, że umarł w swej zimnej izdebce z głodu i wycieńczenia. Byliśmy na pogrzebie. Pochowany został na cmentarzu prawosławnych w Kaliszu. Dlaczego nigdy nic o sobie nie mówił . . .?
Dyrektor Lenk, który wybaczył mi tę ucieczkę w styczniu do operetki, teraz ciągle mi powtarzał: „Sylwciu, niedługo już. Niedługo wracamy do teatru . Niedługo się to wszystko skończy.” Dyrektor nie pracował nigdzie. Żona pracowała w jakimś biurze elektrowni w Kaliszu. Pewnego dnia, a było to na krótko prze końcem wojny otrzymał wezwanie do Urzędu pracy (Arbeitsantu). Nie poszedł . . . Nie mógł? Zachorował ze strachu na serce i zmarł 30.11.1944 r. - a w styczniu już Niemców nie było!
Gmach teatru w Kaliszu po ucieczce Niemców, był akurat w trakcie przeróbki. Rozwalone wnętrze (gdyż Niemcy chcieli kosztem widowni zrobić scenę obrotową). Nim jednak teatr nam odremontowano musieliśmy prawie rok czekać (w aktach Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Kaliszu jest pismo płk. Iwana Szmigla dotyczące szybkiego remontu teatru – o co osobiście z prośba do Komendanta się zwróciłam i takie polecenie wydał!) Póki co jeździliśmy po różnych dziurach i ruinach. Graliśmy w najprymitywniejszych warunkach. Graliśmy na ziemiach odzyskanych. Grała ze mną Stanisława Sadowiska oraz Władysław Bugajny. Ten ostatni do końca życia został teatrowi wierny. Grał w Łodzi, w „Estradzie”, w Cyrku był konferansjerem. Umarł w 1974 r. w Kaliszu, gdzie jest pochowany. W bajkach występowała też, będąc jeszcze uczennicą w szkole w Kaliszu w latach 1946 47 siostra moja, Teresa Dławichowska (za dyr. ST. Winieckiego). Jednak w teatrze nie została (obecnie mieszka w Krakowie). Wreszcie oddano nam teatr. Dyrekcję otrzymał pan Tylko - Tylczyński z Poznania. Ale błyskawicznie odszedł, a Stanisław Winietki, jego następca też z Poznania otworzył w 1946 r. teatr premierą „Krakowiaków i górali”, tak jak to w 1800 roku uczynił sam Wojciech Bogusławski. W sztuce tej również brałam udział i pozostałam w teatrze tym do roku 1949. Ponieważ teatr ten jest moją kołyską - matką , pragnieniem moim jest, aby jak najwięcej o teatrze tym było w ludzkiej pamięci. Teatr w Kaliszu jest MOIM Teatrem - ukochanym i najdroższym sercu memu.
Sylwia
Nigdy się „ nie kochałam ” w Aktorach – ale gdy przed wojną zobaczyłam Junosza Stępowskiego – już wiedziałam, że to jest „typ mojego mężczyzny”. Ale takich nigdzie raczej się nie spotykało. Nie w głowie też wtedy mi było – rozglądać się w poszukiwaniach: absolutnie nie wybierałam się za mąż! Tak sobie postanowiłam. W 1950 roku – John z U.S.A. – to co innego.
Ostatecznie zamiast krawcową – aktorką zostałam. Całkowicie usamodzielnioną aż do wybuchu wojny. Że nie znał człek dnia ni godziny. Tysiące ludzi wywozili do Niemiec. Całą inteligencję Kalisza. Chciałam zwiać do Częstochowy, ale nie mogłam dostać biletu bez przepustki. Bieda w tym, że nie wolno było Polakom iść ani do kina, ani do restauracji. Ale „my chodzimy bo się nie boimy”. Tak więc ostatecznie nauka krawiectwa życie mi uratowała. A że się podkochiwałam we właścicielu zakładu Panu Szymańczykowi (taki w typie Junosza Stępowskiego), to i co najmniej dwa razy życie mi uratował. Pamiętam, gdy Niemcy „ arbeit-karty ” kazali wyłożyć, On strącił ją po prostu ze stołu, stanął na niej i kopnął pod biurko. Miał wtedy 42 lata (rocznik 1898). Był Jedynym którego naprawdę kochałam. Pewnie jego żona się domyślała. Stworzył mi w miarę bezpieczne warunki przetrwania. Z Kalisza wszak wszystkich młodych, wolnych – wywieźli. Ja prócz meldunku miałam zaświadczenie lekarskie (Dr Szulc – też Polak), że jestem chora na gruźlicę.
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA :
Ziemia Kaliska ” Nr ?
„ J e ń c y ”:
Czas niemieckiej okupacji zawsze mam przed oczami, a w myślach przesuwają się obrazy minionej przeszłości jak żywe. Ciągle jeszcze też ludzie szukają się i odnajdują.
W roku 1941–42 w Polsce w mieście Kalisz, nad rzeką Prosną przebywała grupa żołnierzy brytyjskich wziętych do niewoli. Grupa ta liczyła około 100 osób. Była zima. Pewnego ranka wyjrzawszy z okna pierwszego piętra pracowni krawieckiej, gdzie byłam zatrudniona, zobaczyłam ich - brytyjskich żołnierzy - jeńców. Pod oknem przepływała rzeka. Jeńcy kopali ziemię – ładowali na lorki. Mieli regulować brzeg rzeki. Byli bardzo zmarznięci. Niektórzy mieli gołe głowy, żadnych ciepłych rzeczy i byli bez rękawic. Widać było, że mróz okropnie im dokucza. Z miejsca zaczęliśmy się porozumiewać. Sytuację utrudniała nieznajomość języka oraz stojący w pobliżu żandarm niemiecki. Zorientowawszy się w sprawie, jeszcze tej nocy z koleżanką i jej matką, z resztek materiałów do rana szyłyśmy ciepłe, duże o jednym palcu rękawice. Nie było łatwe podanie ich przez okno, gdyż za podanie czegokolwiek, nawet papierosów, Niemcy karali trzytygodniowym więzieniem. Jakoś jednak udało mi się rzucić rękawice. Radość była ogromna i zaczęłyśmy organizować dla nich różne inne rzeczy. Między innymi polskie furażerki, które oni nosili z dumą. Wkrótce ludzie z naszej ulicy zaczęli znosić nam różności – rzeczy oraz żywność. Nie było jednak sposobu podania tego. Toteż, gdy razu pewnego sądząc, że żandarm odszedł na bok – kiwnęłam do Anglików „czy rzucić?”, a oni zrozumieli „czy żandarm stoi” kiwnęli mi „tak”. Skutek nieporozumienia był fatalny: zrozumiawszy inaczej, rzuciłam paczkę wprost na głowę niemieckiej bestii !!!
Ryk jaki podniósł żandarm przyprawił o strach cały dom, a biednych żołnierzy angielskich o przerażenie. Cudem uniknęłam więzienia, ale cały dzień przesiedziałam na strychu pod wanną. Skoro jednak żandarm nie posłał mnie do więzienia, a tu jest tyle jeszcze rzeczy do podania, przyszła mi do głowy szatańska myśl : użyć do tego celu samego Niemca - żandarma ! Nie mówiąc nic nikomu , siadłam i napisałam po niemiecku kilka słów. Następnie odszukałam druty ogrodzenia i poprosiłam do furki żandarma. Anglicy zrazu oniemieli! Z Niemcem się przywitałam i wcisnęłam mu kartkę z zaproszeniem i adresem. Potem wróciłam na górę i przestałam zwracać uwagę na Anglików, a dyskretnie uśmiechałam się do Niemca. Wieczorem przyszedł. Pracownia była jednocześnie mieszkaniem prywatnym. Byli obecni oczywiście rodzice koleżanki Ireny Zdyb i moja matka. Ta ostatnia oburzona i zbulwersowana moim „występkiem”. Na stole polska wódka i kolacja. Niemiec jadł mało i pił ostrożnie. A, że byłam z zawodu początkującą aktorką, zużyłam cały arsenał „telewizyjnych” uśmiechów i czaru – aby zgodził się na to, o co go poproszę. I zgodził się. Od tego dnia stał się naszym codziennym gościem (zawsze w towarzystwie naszych mamuś). Nasi angielscy chłopcy nie cierpieli już takiego zimna. Mieli co jeść i palić. Niemiec wychodził prawie co dzień zaopatrzony w długie kiełbasy zawieszone pod szynelem. Toteż każdego ranka otwierając okno odbierałam serdeczne a dyskretne od Anglików uśmiechy i całusy, nieco bojaźliwe - może podejrzewali w Niemcu rywala? O! Tego podejrzenia chciałabym uniknąć.
Zawsze też dyskretnie pokazywali co dziś otrzymali / tutaj, w pracy żandarm był dla nich na pozór surowy /. Tak trwało czas jakiś. Rzeka była już wyprostowana, prace zbliżały się ku końcowi. Pewnego razu żandarm przyszedł bardzo smutny, płakał ! Minęła dłuższa chwila zanim powiedział nam, że jest to jego ostatnia już u nas wizyta. Że jutro wyjeżdża na front - wie że już nie zobaczy swojej rodziny, że nigdy już nie wróci do Reichu, gdzie zostawił swoją żonę i dzieci. Płakał jak dziecko i nazywał nas: przyjaciółmi !!! A na drugi dzień pod oknami zobaczyłyśmy już innego żandarma. (a może to ja mu się do tej zsyłki przyczyniłam?)
Obie z Ireną miałyśmy też swoich wybranych. Ja „swojemu” rzuciłam nawet zdjęcie z adresem : Kalisz – Wincerstrasse 4 (Winiarska). Niestety nigdy nie napisał, a dziś już ten adres nieaktualny, dom zburzony. Nic też o nich nie wiedziałyśmy. Nie znałyśmy ich imion. Jeden pokazywał gestem, że gra na fortepianie. Toteż gdy pewnego ranka, jak zwykle wyjrzawszy oknem, zobaczyłam że ich, naszych żołnierzyków nie ma, rozpłakałyśmy się szczerze. Dokądś ich przewieziono. Natychmiast też zrozumiałam, co znaczył ten wczorajszy zbiorowy śpiew pod oknem, a w refrenie ciągle powtarzające się słowo: „Sylwia” !
Smutek zapanował w naszej pracowni po ich odejściu i obie z Ireną nie mogłyśmy odzyskać spokoju. Aż wreszcie spotkałam ich razu pewnego maszerujących ulicą przez most. Całą setkę! Gdy mnie zobaczyli, nie bacząc na nic – wszyscy spontanicznie mi zasalutowali posyłając wdzięczne całusy ku zdziwieniu przechodniów, no i żandarmów, którzy ich prowadzili. Wzruszenie ścisnęło mi gardło, i tyle ich widziałam.
O ile dziś piszę do radia i telewizji brytyjskiej, to nie po jakieś słowo wdzięczności, czy zapłatę. Chciałabym wiedzieć, czy trud nasz się opłacił. Czy oni ocaleli? Czy wrócili? Czy żyją? Jeśli tak - niech napiszą.
Sylwia
Z perspektywy czasu widzę, że wojna naszej rodzinie za dużo krzywdy nie wyrządziła. Wszyscy przecież w zdrowiu ją przeżyliśmy. Szymańczykowa dopiero po wojnie się „wszystko” dowiedziała. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Zabezpieczyłam ich w „rozpiskie” Komendy Pułkownika (o którym później) w 1945 r. bo nie lubię długów. Kiedy młody aktor stawia pierwsze kroki na scenie, to jego występom towarzyszą dobre rady wychowawców, rodziny, przyjaciół no a przede wszystkim – kwiaty i jeszcze raz kwiaty. Jakże inny był mój debiut. Jeszcze nie ucichły detonacje a już grałam na szpitalnej podłodze przed rannymi żołnierzami przywożonymi z frontu. Jedni siedzieli na łóżkach, drudzy leżeli na noszach. Ci ostatni nie bili nawet braw. Jedynym ich podziękowaniem było wdzięczne spojrzenie do mnie kierowane. I była to dla mnie najpiękniejsza zapłata – ich wdzięczność.
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA:
„ Ziemia Kaliska ” Nr 33 z 1974 roku, str. 4.
„ Ś l u b – a l b o ż y c i e !!! ”:
Kalisz, styczeń 1945 roku. Przez miasto zdobyte już i oczyszczone od Niemców przewalają się jeszcze bratnie wojska dążące na Berlin.
Jako młoda aktorka rozpoczęłam właśnie próby do pierwszego występu przeznaczonego specjalnie dla zwycięskich wojsk. Po próbie co dzień bywam u znajomych, z którymi wspólnie przeżyliśmy lata okupacji. Bywam z przyzwyczajenia. U znajomych kwaterują radzieccy żołnierze. Jeden z nich jest cierpiący. Od kilku dni jęczy i z uporem spogląda na drzwi, jakby stamtąd spodziewał się ratunku. Gdy przychodzę, przestaje jęczeć, trzyma się za głowę i wielkimi, brązowymi oczami patrzy z kąta izby. Wiedziona litości odruchem spytałam co mu jest. Obejrzałam chore miejsce. Nie trzeba być lekarzem aby stwierdzić, że wrzód w uchu kwalifikuje się pod skalpel chirurga. Kazałam żołnierzowi się ubierać i zaprowadziłam go do znajomego lekarza. Za pół godziny, wielkie brązowe oczy śmiały się do mnie z wdzięcznością. Nie spodziewałam się wtedy, ile przez to czeka mnie kłopotu. Nieśmiały Ormianin, teraz bardziej niecierpliwie niż kiedykolwiek, wyglądał mojego przybycia. Zaczął nawet terroryzować otoczenie. Nikomu nie wolno było zasiadać do obiadu zanim ja nie przyjdę ( a korzystałam tylko czasami z tego poczęstunku, gdyż był to okres kiedy życie, praca i płaca nie były zorganizowane. Nagle któregoś dnia Andriusza oświadczył wobec wszystkich, że się ze mną ożeni. Byłam zaskoczona. Tego się nie spodziewałam. Nie pytał mnie przecież o zgodę, a do tego serce moje było zajęte najzupełniej ! Nagłe oświadczyny skwitowałam czarującym uśmiechem i zażartowałam: „Dobrze, jak wrócisz z Berlina”. „Ja …..” – odpowiedział twardo. Niebawem wyjechali. Nie był to najmądrzejszy z żartów, o czym miałam się przekonać już niezadługo.
Jest maj 1945 roku. Któregoś ranka o świcie zbudziło mnie głośne łomotanie do drzwi : Wstawaj! Andriusza przyjechał z Berlina!!! Otworzyłam przerażona. W drzwiach stała moja przyjaciółka Ircia Zdyb, rozbawiona tak dziką wiadomością - jaką mi przyniosła.
Teraz dopiero pojęłam sytuację w jakiej się znalazłam.
„Przyjechał się żenić. Masz zaraz przyjść, bo inaczej ON tu przyjdzie - a nie zapominaj, że przyjdzie jako zwycięzca. I to ja jeszcze muszę go tu przyprowadzić!!!”. Wydyszała.
Ubierałam się w popłochu. Wszystko mi z rąk leciało a po drodze dowiedziałam się jakie to trofea przywiózł mi pan młody Berlina: a więc garnitur do ślubu z jakiegoś grubego, ale za to małego Niemca (spodnie i rękawy o wiele za krótkie - ale za to szerokie, że cha) Męska bielizna takaż sama. Razem, worek tego. No, a dla mnie olbrzymi flakon perfum „ Soir de Paris” (ale dostanę je dopiero po odejściu od ołtarza).
Biegłyśmy szybko, aby uprzedzić ewentualne wyjście nam naprzeciw. W międzyczasie, trzeba było jeszcze postanowić co robić. Jak wydostać się z tej opresji?
Andriusza zdążył już bowiem takie plany poczynić, że potrzeba nie lada głowy by z tej kabały wybrnąć. Przywitałam się spokojnie , a jego twarz o pięknych, perłowych zębach rozjaśniała serdecznym uśmiechem dumy, radości i szczęścia. Złożyłam więc gratulacje z odniesionego na froncie zwycięstwa, z pokonania Niemców, z zakończenia wojny.
Następnie przedłożyłam trudności, jakie są przy uzyskaniu zezwolenia dla tak niezwykłego ślubu : różnica wyznań, zgoda mojej matki ect., ect. Wszystko to było dla niego bez znaczenia i najłatwiejsze w świecie. Wiara? jaka? Katolicka. „Dawaj. Bioruuu i wiare”! Ostrożnie zaczynam mówić o bardzo dużych kosztach. Że trzeba mieć na to dużo pieniędzy itp., itp. Nic to. Jak ksiądz będzie chciał „ diengi ”, to dostanie „wintuwku”. „Ubiju sukinsyna”. Chwytam się jeszcze argumentu, że musi być zgoda Papieża, a Papież w Rzymie (byle tylko przedłużyć czas, bo Andriusza przepustkę ma tylko na tydzień - załatwić ślub i wracać).
Wreszcie go to zdenerwowało. „Ślub musi być!!!”, zdecydował krótko. Zgoda mojej matki i siostry i całej rodziny zdawała się go już nie obchodzić. Usiłowaliśmy przedstawić trudności wyjazdu za granicę. Nic nie pomogło. Zawiezie mnie do siebie do Armenii. Będzie dla mnie dobry, będzie mnie nosił na rękach i karmił samym winogronem. A przez granicę, gdyby się ktoś sprzeciwił, to będzie mnie „taskał” pod szynelem. Romantyczne i piękne! I było mi go żal, słuchając i patrząc na jego piękną i szczerą z zachwytu twarz. Byłam zła na siebie za swój głupi żart. Jak teraz należało postąpić? O ślubie mowy być nie może. Nie poświęcę pracy, zawodu, przyszłości nawet dla tak Kryształowego Rycerza! Cokolwiek teraz zrobię, będzie wobec niego oszustwem. Stanęło na tym, że trzeba pójść do księdza. Może zgodzi się udzielić ślubu bez tej zgody Papieża, która będzie z Rzymu długo szła. Następnego ranka o świcie poszłam do kościoła. Ksiądz był zdziwiony: „ależ dziecko. Chcesz aby Ci nie udzielać ślubu ? Przecież ślub jest wolną, niczym nie przymuszoną wolą”. Tak, ale ja nie mogę okazać tego, że nie jestem zadowolona. Przeciwnie, muszę się cieszyć i sprawiać wrażenie szczęśliwej. Tu idzie o moje życie!!! Dobry ksiądz pojął sytuację i kazał, aby ten żołnierz - zwycięzca przyszedł sam do niego. Bałam się panicznie. Wróciwszy do przyjaciół zastałam „mego narzeczonego” pięknie ogolonego i ostrzyżonego, czekającego już na mnie w za małym ubraniu z grubego Niemca. W pierwszej chwili porwał mnie „śmiech pusty”, a potem „litość i trwoga”. Bawił się właśnie misternie wykonaną finką, pięknie oprawioną w sarnią nóżkę : cacko piękne, ale niebezpieczne - pomyślałam. Zaprowadziłam do księdza i wyszłam.
Wrócił po godzinie milczący i ze złymi błyskami w oczach. „Odziewajsa, idiom Popa”.
Pop da ślub. Spokojnie zgodziłam się, ale wpierw wymogłam na narzeczonym, że jednak pójdę do domu po inną suknię. Jakby się zawahał, ale pozwolił - tym bardziej, że zapewniłam go, że pięknie się ubiorę. Wydostawszy się za bramę pognałam jak szalona. Wrzuciwszy do walizki co najniezbędniejsze rzeczy, zdążyłam jeszcze wysłać kartkę do zespołu teatru, że wyjechałam w teren i tam ich będę oczekiwać. Jeździliśmy już bowiem z naszym programem, jako objazdowy „Teatr Ziemi Poznańskiej”. Co się działo po mojej rejteradzie tego nie da się opisać !!! Gdy Andriusza przekonał się, że został oszukany (choć nie wiem czy tu nie jestem zbyt dla siebie surowa), wyjął finkę i poprzysiągł na jej ostrze, że je we mnie utopi: „Ubiju !!!” ryczał (całe życie będzie mnie szukał. Będzie czekał za rogiem domu aż mnie trafi i zabije). Potem się upił a potem od rana do nocy starał się o pracę, lub o jakieś możliwości - aby móc zostać w Kaliszu. Na szczęście takiego zezwolenia nie dostał. Tydzień się skończył i musiał biedak wracać. „Jak on się w wojsku pokaże bez ślubnej fotografii?”. To było jego zmartwienie i ostatnie słowa. No i jeszcze raz „zagrała finka” na znak złej dla mnie wróżby.
Wróciłam po trzech tygodniach. Słuchając zaprzysiężonej zemsty, skóra cierpła mi na plecach i jeszcze przez parę lat potem, chodziłam po mieście jak człowiek, który zrobił coś złego i ma ciężar na sumieniu. Ale z drugiej strony . . . bądź tu dobrą: zaprowadź chorego do lekarza.
Sylwia
Później nie raz, nie dwa występowałam w salach bez okien i ze ścianami podziurawionymi na wylot przez pociski. Owe doświadczenie wywarło na mnie taki wpływ, że bez wahania wyjeżdżałam na występy do „zapadłych dziur”. A zostało nas w Kaliszu tylko dwoje aktorów. Roman Cichocki i ja. W momencie odzyskania niepodległości postanowiliśmy stworzyć program specjalnie dla tych, którzy tę wolność nam przynieśli: dla 9 Dywizji Armii Polskiej. Dobraliśmy paru zdolnych ludzi i rozpoczęliśmy próby, które odbywały się u mnie w domu przy ul. Roli – Żymierskiego 16 (obecnie Śródmiejska), oraz u kolegi Cichockiego na ul. Kazimierzowskiej 10 jako że teatr miejski im. Wojciecha Bogusławskiego był w gruzach. Pierwszy po wojnie występ odbył się więc w starej sali Izby Rzemieślniczej. Udało się nam nawet wydrukować program uroczystości. Były pieśni, taniec, humor, satyra i łzy. Dużo łez. Mam grać!!! Na widowni siedział radziecki komendant wojenny miasta płk. Szmigiel, którego następcą został mjr Osmołowski..
Z AKTORSKIEGO SZTAMBUCHA:
Ziemia Kaliska ” Nr 3 z roku 1975. Str. 5
Magazyn ilustrowany „ Przyjaźń ” Nr 8 z 23.02.1975. Str. 15
„ P u ł k o w n i k ”:
Tego dnia graliśmy po raz pierwszy w wolnej Polsce. Stałam na swoim planie, oczekując wejścia na scenę. A im bardziej się ta chwila zbliżała, tym większe czułam wzruszenie. Łzy ścisnęły mi gardło, nogi zaczęły się trząść - myślałam że upadnę. 5 lat! Pięć lat tej gehenny i wyczekiwania na tę chwilę. Za chwilę znajdę się na scenie - wzruszenie trudno wyrazić słowami. Gram! Ale tym razem przed jakże prześwietną publicznością! Wojsko! Począwszy od najzwyklejszego żołnierza, aż do najwyższej rangi dowódcy. Dzielni bohaterowie, którzy przynieśli nam wolność! Dla nich biły więc teraz nasze gorące serca, dla nich łzy wdzięczności dusiły gardło. I oto stał się cud. Grałam, a grając opanowałam łzy, silne wzruszenie i potworną tremę. Dalej, już wszystko przebiegło normalnie. Uroczysta część oficjalna zakończona. W drugiej części - rozrywkowej były tańce, humor oraz dwie jednoaktówki. W jednej z nich grałam zwariowaną żonę, której zachciało się być gwiazdą filmową. Mojego męża grał zdolny aktor (były student tajnych kompletów), Zdzisław Janiak. Publiczność bawiła się świetnie, bo znalazł się w rodzinie mądry wujcio (Cichocki), który tę roznegliżowaną w jej filmowych peniuarach żonę, zręcznym fortelem, udając producenta filmowego zmuszał do ciężkich prac domowych, tłumacząc je taką właśnie rolą w filmie. Toteż biedaczysko padało ze zmęczenia, ale czego się nie robi dla kariery filmowej!
Całym tym perypetiom przyglądał się z uznaniem pewien niecodzienny gość. Siedział na widowni w pierwszym rzędzie na honorowym miejscu. Był to pułkownik, komendant miasta Kalisza. Gdy tylko zeszłam ze sceny, do mojej garderoby ktoś zapukał. Entrez!
Ja do artystki, pani Sylwii. Był to adiutant komendanta, Petro. Mówił zupełnie dobrze po polsku: Komendant miasta, pułkownik Iwan Szmugiel zapytuje - czy zechce Pani przyjąć Jego zaproszenie na dzisiejszy bankiet wydany na cześć zwycięskich wojsk.
Byłam zaskoczona. Ale nie okazując zbytniego zdziwienia odpowiedziałam spokojnie:
„Proszę przyjść po odpowiedź za chwilę. Aha! Jeszcze chwilkę - niech mi pan pokaże tego pułkownika, i zaprowadziłam go za scenę. Przez otwór w kurtynie ujrzałam przystojnego, około czterdziestoletniego mężczyznę, który nie zdając sobie sprawy z tego, że jest obserwowany, niecierpliwie spoglądał w stronę drzwi wiodących do garderoby aktorów i za którymi zniknął jego wysłaniec. Nie był zachwycony odpowiedzią, ale zanim publiczność opuściła salę przysłał adiutanta po raz drugi. „Dobrze, zaproszenie przyjmuję, chętnie poznam pana pułkownika – ale musi być zaproszony także mój starszy kolega” (R. Cichocki). Pułkownik siedział teraz na widowni sam jeden i widziałam, że zgodził się natychmiast. Zdążyłam się już przebrać „po cywilnemu”. Peniuary zawędrowały do szafy. Sala opustoszała, a my zostaliśmy w niej sobie przedstawieni: „Wy adna aktrisa w etom tieatrie?”, zapytał i wyraził słowa uznania i podzięki. Następnie zaprosił do swego samochodu i ruszyliśmy. Na sali w ratuszu było już pełno gości i władze. Stoły nakryte śnieżnobiałymi obrusami. Przyjęcie wspaniałe. Prezentacja - hymn polski, radziecki - przemówienia - toasty.
I oto orkiestra! Polska orkiestra zagrała poloneza Ogińskiego! Serce skoczyło mi do gardła i z trudem powstrzymywałam łzy. Po raz drugi już tego wieczoru dane mi było przeżywać tak silne wzruszenie. W najśmielszych marzeniach za czasów okupacji nie wyobrażałam sobie, że w tych historycznych chwilach, pierwszych dni wolności usłyszę utwór grany mi w dzieciństwie na mandolinie, przez mojego ojca.
Ale oto nie czas na rozważania. Przede mną skłonił się już Pułkownik. Poszliśmy w pierwszej parze i poprowadziliśmy poloneza. Pułkownik okazał się eleganckim, wytwornym dżentelmenem i obytym salonowcem. Zauważyłam, że był dumny z tego. Polski, narodowy taniec z Polką tańczył wspaniale! Wieczór ten pozostawił nie tylko na mnie, niezatarte wrażenia. Później przyszło nam z kolegą uczestniczyć we wszystkich tego rodzaju uroczystościach. Pułkownik uważał, że teatr musi być wszędzie. Musi reprezentować kulturę. Teraz już codziennie graliśmy swój program po różnych salach szpitalnych. Dla ciężko chorych żołnierzy przywożonych z frontu. Graliśmy po dwa, a nawet trzy razy dziennie. Obandażowani żołnierze leżeli na noszach na szpitalnej podłodze. Oni także chcieli usłyszeć po pięciu latach udręki i niewoli, po raz pierwszy polskie słowa ze sceny. Ale jakaż to scena! - ot zwyczajna, szpitalna podłoga. A jakże dziwnie wdzięczna była to widownia. Oni ranni i chorzy, nie mogący nawet bić braw obandażowanymi dłońmi. Toteż wdzięcznym nas tylko nagradzała spojrzeniem i uśmiechem, prosząc, abyśmy tu znowu przybyli. Czym myśmy wtedy żyli? Co jedli? Wprost trudno dziś na to odpowiedzieć. Wiem tylko, że każdy z nas pracował i nikt nikogo nie pytał o zapłatę. Ale od momentu ukazania się Pułkownika warunki nasze uległy poprawie. Zapytywał mnie wprost - czym żyjemy. Zaśmiałam się zamiast odpowiedzi. Zrozumiał od razu i dał nam kartkę, by zaraz jutro (w niedzielę)odebrać żywą ... krowę! Krowę? Poszli więc nasi „amanci” po tę krowę. Widoku tego nigdy nie zapomnę: środkiem Kalisza w niedzielę przed południem, człapała prowadzona na sznurku krowa. O ile sobie przypominam, prowadził ją sam R. Cichocki. Podzielono potem między wszystkich sprawiedliwie świeżą wołowinę, i była to nasza pierwsza za pracę zapłata.
Od tego czasu komendant przydzielał nam żywność : chleb, cukier, jakąś kiełbasę czy tłuszcz.
Roman Cichocki, wstępując w związek małżeński z uroczą panią Janką dostał w prezencie całe cielę i worek cukru. „Ja też tam byłam, miód i wino piłam”.
Wrócę jeszcze do osoby Pułkownika. Był nad wyraz poważnym, zrównoważonym człowiekiem, godnie piastującym swe stanowisko. Cieszył się ogólnym uznaniem. Miał czarujący uśmiech i miłe do ludzi podejście. A ci mnie tak bardzo zdziwiło to, że był bardzo cichy - wprost nieobecny, a jednak był tą najważniejszą, decydującą w mieście osobą. I jeszcze jedno - nie pił alkoholu! Odnosiłam wrażenie, że przeżywa jakiś swój osobisty dramat. Jeśli prawdą jest to, co opowiadał mi adiutant Petro, to Jego żona, aktorka, zginęła w czasie bombardowania szpitala w Stalingradzie. Stąd też chyba ta sympatia Pułkownika dla nas. Troska i szczególne zainteresowanie sprawami teatru. Załatwiałam u niego wiele różnych spraw i przedkładałam ludzkie prośby. Był zawsze sprawiedliwy i dobry. Za ich zrozumienie dostawał czasem kwiaty. Pamiętam, że kiedyś byłam chora. W pół godziny po postawieniu mi baniek, pułkownik przysłał mi zaproszenie na nową uroczystość i bankiet. Kiedy odmówiłam ze zrozumiałych względów, Petro za pięć minut był z powrotem: „Pan pułkownik rozkazał artystkę dostarczyć z łóżkiem!” Co było robić? Wojsko każe! Samochód już czekał, a w nim jak zwykle kolega Cichocki (bo zawsze, od tego pierwszego wieczoru „reprezentowaliśmy”. Pojechało się - wróciło.
Pewnego razu Pułkownik zapytał mnie wprost : „ Czego Wam najbardziej potrzeba? Jakie macie problemy? T e a t r !!! Wykrzyknęłam bez namysłu. Natychmiast zadecydował: „odremontować teatr”. A kto ma być dyrektorem? Oczywiście Cichocki - odparłam. No i był. I teatr i Cichocki jako pierwszy po wojnie jego dyrektor. Brakowało jeszcze tylko aktorów. Później powoli się wszystko ułożyło. Zaczęliśmy próby „Dziadów” (Mickiewicza), „Pana Benata” (Fredry), „Marcowego kawalera” (Blizińskiego) i „Grube ryby” (Bałuckiego). 150 razy grałam Helenkę w tym spektaklu. Wspomnę tu jeszcze o czymś, o czym dość często pisze się w historii kaliskiego teatru z tego okresu. Graliśmy fragmenty „Dziadów” na wolnej przestrzeni, na tyłach kościoła św. Józefa - na resztkach starych, kazimierzowskich murów obronnych, pod słynną „Dorotką”! Z tej to baszty wychodziliśmy na mur i graliśmy te nasze pierwsze w wolnej ojczyźnie widowiska. Jakże miłą i drogą zapłatą była łza serdeczna w oku widza. Ten dowód szczerych wzruszeń.
Nie pisałam wtedy jeszcze pamiętnika, bo wydawało mi się, że nie ma o czym. Że to normalne. Wspomnieć też muszę o ofiarnym zespole technicznym. Ci nieznani dla widzów „niewidzialni”, jakże troskliwie i samorzutnie przygotowywali nam warunki do grania: Michał Tworkiewicz, Stanisław Sadowisk, pani Marysia Siuda i wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam. To ludzie urodzeni dla teatru. Był koniec kwietnia 1945 roku, kiedy pułkownik Szmigiel opuszczał nas wyjeżdżając do Poznania. Na odjezdnym zaproponował mi pracę w tym mieście. Podziękowałam, choć z żalem. Kochałam MÓJ teatr - teatr w Kaliszu. Wszystkim nam, aktorom było żal, że on odjeżdża i co tu ukrywać – smutne to było pożegnanie (… „ polały się łzy srebrzyste ”…). Niebawem, już w maju miałam go znów spotkać całkiem nagle i przypadkowo. Przechodziłam w Poznaniu koło Komendy (nie wiedząc o tym, że to gmach Komendy). Zatrzymałam się na moment. Nagle ktoś mnie porwał pod pelerynę wojskową i z radosnym okrzykiem uniósł do góry. Był to oczywiście Pułkownik, rozpromieniony jak samo słońce. Takim go jeszcze nie widziałam. Był pewien, że ja do niego przyjechałam, że zdecydowałam się na jego propozycję. Pozostała mi w pamiętniku kartka z jego słowami szczerych życzeń „… aby mógł mnie spotkać po wojnie jako zasłużoną artystkę ludową, dziękuję za wszystko, całuje ręce i żałuję, że … nie mógł być w sobotę".
To jest wspomnienie mojej rodzonej ciotki Sylwii Dławichowskiej> więcej o Niej na: www.e-teatr.
Dotyczy historii teatru, gdzie ma się odbyć 12 grudnia spotkanie genealogów. Że też ciotka tego nie doczekała.
Żałuje;
Krzycho z Koszalina
O mnie:
http://www.dlawich.pl/
http://www.dlawich.pl/