Franciszek Kuciński, Kuflew

Wszystkie sprawy związane z naszą pasją, w tym: FAQ - często zadawane pytania

Moderatorzy: elgra, maria.j.nie

adrianjma

Sympatyk
Posty: 41
Rejestracja: pn 10 paź 2022, 20:31

Franciszek Kuciński, Kuflew

Post autor: adrianjma »

Dobry wieczór,
Wiele, naprawdę wiele ciekawych informacji mi to forum dało. Dziękuje Wszystkim! Stąd jedno jeszcze pytanie.
Moi przodkowie mieszkali w Woli Rafałowskiej, parafia Kuflew. Nosili nazwisko Kuczyński, potem Kuciński. Ostatnim z nich był Franciszek Kuciński (ur.1861), który przeniósł się do Warszawy, gdzie wziął ślub z Antoniną Krupińską (czy też Kuczyńską) w 1892 r. (kościół Wsz.Św.).
Rzecz w tym, że w pewnym momencie wygrał jakiś majątek, ostawiając carską loterię. Przeniósł się do Rosji, żeby go pomnożyć. Jego syn, mój dziadek, Władysław (i jego brat bliźniak, Franciszek), przyszedł na świat w Irkucku w 1904 r.
Majątek przepadł, chyba wskutek rewolucji, bo Antonina wymieniła złoto na gotówkę - czerpię z rodzinnych przekazów. Z akt UBP i innych zachowanych dokumentów wynika, że Franciszek zakładał piekarnie. Z akt UBP, bo Władysław zmarł w obozie na Anielewicza w Warszawie (sprawa, kryptonim "Ogień", udało mi się zdobyć akta). Ale to dygresja.
Chodzi o to, że ponoć, Franciszek Kuciński nie sam na Syberię pojechał ale i z dawnych sąsiadów zabrał tych, co chcieli pojechać, wskutek czego liczba mieszkańców Woli Rafałowskiej, czy Kuflewa zmniejszyła się znacznie. Wskutek tego - ponoć - nazwano tam jakąś ulicę imieniem Kucińskiego.
Co o tym myśleć, nie wiem. Bo fakt faktem, sam bawiłem się plikami całymi pięciorublowych banknotów (kilka przetrwało) z babcinej szafy, a syn Franciszka - Franciszek, grał w Toto-Lotka jak oszalały (widziałem zeszyty z wynikami losowań, zapisem idiotycznych systemów, etc.).
Czy w Woli Rafałowskiej albo Kuflewie były w ogóle ulice (Kuflew był strasznie zniszczony podczas potopu, potem utracił prawa miejskie po powstaniu listopadowym). Czy - jeśli odpowiedź jest twierdząca - któraś mogła nosić imię Kucińskiego? Czytałem "Dzieje ziemi Kuflewskiej" próbowałem dzwonić do jednej z autorek. Nie wiem. Czy ktoś ma pomysl, jak się do tego zabrać? Z góry dziękuję, adrian markowski
Sroczyński_Włodzimierz

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 35480
Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał podziękowania: 1 time

Post autor: Sroczyński_Włodzimierz »

Aj zachęcam do rozwinięcia dygresji.
Chodzi o Gęsiówkę i Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym?
Zagadnienie pomijane i niespecjalnie eksploatowane - choćby w ramach IPN, a interesujące i warte "rozwijania dygresji".
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
adrianjma

Sympatyk
Posty: 41
Rejestracja: pn 10 paź 2022, 20:31

Post autor: adrianjma »

Tak, dokładnie o to chodzi. Może w takim razie, skoro to interesujące, przytoczę fragment pisanej dla dzieci kroniki. Opisałem, co dało się z akt, które wydobyłem z ówczesnego Urzędu Ochrony Państwa.

"Pradziadek Władysław przyszedł na świat 13 października 1904 roku, w odległym Irkucku. Daleko to naprawdę od wszystkiego co znamy, za Uralem, wielkimi syberyjskimi rzekami Obem i Jenisiejem, tam, gdzie z Bajkału bierze początek Angara. Przyszedł na świat jako jedno z bliźniąt, o których wspomnieć przyszło, opisując dzieje ich obdarzonego fantazją ojca, Franciszka i matki, Antoniny, tej co to wolała trzymać pieniądze pod poduszką. W Irkucku zdobył też jakieś, trudne dziś do określenia, wykształcenie. Spory w tej sprawie jest mętlik, bo w sporządzonych przez UBP aktach sprawy znaleźć można przynajmniej różne wersje, a na dodatek zupełnie co innego pisze pradziadek w swoim życiorysie z 1949 roku. Z tym, że akurat w życiorysach pisano wtedy najróżniejsze rzeczy.
O czasach tych wiadomo jeszcze i to, że przed wyjazdem do Polski skończył szkołę średnią i przepracował rok jako telegrafista na irkuckiej, czy pobliskiej jakieś stacji kolejowej. Odmiennie jakoś od tych co urodzili się nad Wisłą musiało ukształtować jego charakter dzieciństwo syberyjskie. Wkrótce przyjdzie się o tym dowodnie przekonać.
Polskę zobaczył Władysław dopiero w roku 1922, gdy Franciszek i Antonina postanowili wrócić w rodzinne strony. Daleki to musiał być skok dla osiemnastoletniego chłopca, wychowanego nad Bajkałem. Po raz pierwszy przyszło mu ujrzeć ojczyznę, którą musiał znać z opowiadań, po raz pierwszy usłyszeć na ulicy polską mowę. Znalazłszy się w Warszawie zamieszkał wraz z rodzicami przy ulicy Długiej 6. Dodać wypada, że pomimo niedawnej finansowej katastrofy, Franciszkowi i Antoninie powodzić się musiało wcale nie najgorzej, skoro, jak twierdzi jedna z notatek UBP, ojciec Władysława posiadać miał własne przedsiębiorstwo. Nie było ono chyba zbyt duże (być może niewielka piekarnia), bo w życiorysie określa pradziadek swoją rodzinę jako rzemieślniczą, a w aktach pochodzenie Władysława określane jest jako robotnicze. Ale o mętliku już wspominałem. Wygląda jednak na to, że Antoninie nie udało się doprowadzić majątku do kompletnej ruiny.
Całe następne trzy dziesięciolecia pradziadkowego życia jesteśmy w stanie opisać tylko z pomocą kilku suchych faktów. Władysław ukończył kurs telekomunikacyjny. W latach 1925-27 służył w 21 Pułku Ułanów w Równym, gdzie otrzymał stopień kaprala, a zdjąwszy mundur, rozpoczął pracę w Urzędzie Telefonów Międzymiastowych i Telegrafów, przy ulicy Nowogrodzkiej 45. 27 października 1936 roku ożenił się z Izabellą Kicman, córką Józefa i Sabiny Kicmanów i wynajął mieszkanie we Włochach, przy ulicy Parkowej 3, czyli dzisiejszej Cietrzewia. Tyle suche fakty, żywcem niemal spisane z pożółkłych kartek.
Nagły i tragiczny zwrot w pradziadkowym życiorysie nastąpił dokładnie o 10.30 rano, 17 grudnia 1952. Władysław był już wówczas szefem działu technicznego w Urzędu Telefonów Międzymiastowych i Telegrafów, mającej siedzibę w tym samym budynku przy Nowogrodzkiej, w którym rozpoczynał pracę ponad dwadzieścia lat wcześniej. Tego właśnie, zimowego poranka, w sąsiadującej z pomieszczeniami biurowymi centrali telefonicznej wybuchł pożar. Nie był to absolutnie żaden kataklizm, po prostu spalił się jeden z elementów wyposażenia, co o tyle miało prawo się zdarzyć, że większość jego części była konserwowana naftą i podczas pracy znajdowała się w sąsiedztwie iskier elektrycznych.
Ogień ugaszono natychmiast, uszkodzenia usunięto w ciągu kilku dni i sprawa z pewnością utonęłaby w niepamięci, gdyby nie zainstalowany wśród pracowników konfident o pseudonimie Ryś, który skwapliwie doniósł o wszystkim bezpiece. Jak łatwo się domyśleć, dla bezpieki był to zupełnie wystarczający pretekst do wszczęcia śledztwa. Sprawie nadano kryptonim Ogień. 23 grudnia, a wiec zaledwie tydzień po pożarze zostały zatrzymane trzy osoby, w tym pradziadek. Aresztowano go w mieszkaniu przy Parkowej trzy, w Wigilię Bożego Narodzenia.
Początkowo, wysuwane przeciw Władysławowi oskarżenia koncentrowały się wokół koncepcji, że osobiście wzniecił pożar, a więc dopuścił się sabotażu. Absurdalny ten zarzut żadnym sposobem dowieść się nie dawał, bo na podstawie zeznań to tylko można było pradziadkowi zarzucić, że zobaczywszy ludzi gaszących ogień, usunął się na bok i do pomocy wcale się nie spieszył. Wyczuć musiał chyba na co się zanosi, bo zagadnięty następnego dnia przez któregoś z pracowników, wprost stwierdził, że wolał trzymać się z daleka, bo nie chce mieć do czynienia z władzami.
Areszt tymczasowy, który początkowo miał trwać miesiąc (do 24 stycznia 1953) przedłużano systematycznie aż do kwietnia, bo wyniki prac śledczych były żadne. 16 kwietnia zapadła decyzja o zamknięciu i umorzeniu śledztwa, jednak w maju sprawa trafiła do Komisji Specjalnej do walki z nadużyciami i szkodnictwem gospodarczym, instytucji typowo stalinowskiej.
UBP uznało, że za pożar wybuchł wskutek niezliczonych, wykrytych w trakcie śledztwa zaniedbań, za które odpowiedzialność ponosi szef działu technicznego.
Bezpieka wnioskowała o 24 miesiące obozu pracy i to bez zaliczenia dotychczasowego okresu aresztowania. 2 czerwca Komisja Specjalna skazała Władysława na 18 miesięcy (zaliczając okres aresztowania) i od razu złagodziła karę na mocy amnestii do 9 miesięcy. W rezultacie, miał pradziadek spędzić w obozie niecałe cztery miesiące. Karę miał odbyć w Centralnym Więzieniu nr 2 Warszawa – Gęsiówka (inaczej Centralne Więzienie – Ośrodek Pracy w Warszawie), czyli obozie pracy, znajdującym się na terenie dawnego, niemieckiego obozu koncentracyjnego przy ul. Gęsiej (dziś Anielewicza).
Kiedy trafił do obozu, nie wiemy. Zmarł w szpitalu więziennym 9 czerwca 1953 roku. Gdyby został tam wysłany już 2 czerwca, oznaczałoby to spędził w Gęsiówce tydzień.
Na tym właściwie opowieść o Władysławie Kucińskim można by zakończyć, jednak przeszkadzają temu pytania, na które w aktach próżno szukać odpowiedzi.
Po pierwsze, z dokumentów dowiadujemy się, że oprócz pradziadka zatrzymano dwóch pracowników centrali, z których jeden już pod koniec lat czterdziestych wzbudzał zainteresowanie kieleckiej bezpieki. Można zapytać, dlaczego oskarżenia zostały skierowane prawie od razu przeciw członkowi dyrekcji, najmniej w gruncie rzeczy związanemu z wypadkiem.
Po drugie, skąd nagła śmierć w kilka dni zaledwie po wydaniu wyroku przez Komisję Specjalną.
Prababcia Izabella, która niewiele wcześniej odwiedziła męża, zastała go całkiem zdrowym, w akcie zgonu natomiast, jako przyczynę śmierci podano gruźlicę. To charakterystyczne w przypadku osób, które były przez bezpiekę mordowane. Okoliczności te wyglądają zbyt podejrzanie, by można było przejść nad nimi do porządku dziennego. Warto więc przytoczyć wspomnienia mojej Mamy, które rzucają na sprawę pewne światło.
W chwili śmierci ojca, babcia Basia miała zaledwie czternaście lat. Nic też dziwnego, że prababcia Izabella nie wtajemniczyła jej wówczas w szczegóły tragedii. O wiele bardziej zastanawiający jest fakt, że nie zrobiła tego nigdy, wskutek czego, wszelkie zdobyte później przez moją Mamę wiadomości pochodzą wyłącznie od przyjaciół Waszej prababci.
Według tej wersji wydarzeń, tak aresztowanie, jak i śmierć Władysława, miały być związane z realizacją powierzonego mu, projektu sieci połączeń specjalnych dla jednej z państwowych instytucji, czy może partii. W rezultacie, znalazł się Władysław Kuciński na liście niewygodnych osób, które należy usunąć. MBP miało ułatwioną sytuację, bo pradziadek do osób pokornych nie należał, swoje zdanie zwykł wyrażać na głos, co samo przez się czyniło z niego cel. W aktach znajdziemy wiele informacji o tym, co Władysław mówił, publicznie i w rozmowach prywatnych i z całą pewnością wypowiedzi te nie zjednywały mu sympatii otoczenia. Między innymi, w 1951 roku spowodował spore zamieszanie na założycielskim spotkaniu związków zawodowych, oświadczając, że osoby uczestniczące w jego realizacji, w najmniejszym stopniu nie wzbudzają jego zaufania. Był widać rzadkim już w owych czasach człowiekiem, co myślał, mówił i w naturalny jakiś sposób nie poczytywał sobie tego za grzech.
Wersja mojej Mamy wnosi do tego, co już powiedziano jeszcze jeden, istotny fakt, a mianowicie, że Władysław został zamordowany w szpitalu więziennym przy pomocy zastrzyku. Opis wydaje się wiarygodny, bo pochodzi od pracującej tam pielęgniarki. Dzięki tej pielęgniarce, prababcia Izabella dowiedziała się o śmierci męża, bo oficjalną drogą nie otrzymała żadnej informacji.
To wszystko, czego na temat pradziadkowej sprawy udało mi się dowiedzieć i wcale nie zanosi się na to, by rzecz kiedykolwiek miała zostać ostatecznie wyjaśniona. Dokumenty znamy, a innych źródeł szukać próżno.
Przedstawiona przez moją Mamę wersja wydarzeń wydaje się może i prawdopodobna, jednak i w niej można doszukać się znaczących niejasności.
Przede wszystkim, przemawia przeciw niej ta okoliczność, że MBP zwróciło na Władysława uwagę dopiero wtedy, gdy na centrali wybuchł pożar. Nic nie wskazuje na to, by interesowało się nim wcześniej. Prawda, śledztwo natychmiast skupiło się właśnie na pradziadku. W raporcie o przyjęciu sprawy do prowadzenia, napisanym 2 stycznia 1953 roku przez naczelnika wydziału śledczego UBP na Warszawę i skierowanym do dyrektora departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, mowa jest o wszystkich trzech podejrzanych, jednak tylko nazwisko Władysław Kuciński zostało podkreślone czerwonym ołówkiem. Jednak później grono podejrzanych zwiększyło się do sześciu osób, a katalog przestępstw rozszerzył o kradzieże i różnego rodzaju zaniedbania.
Ale mogło być jeszcze inaczej. Może Władysław rzeczywiście zaprojektował sieć połączeń specjalnych, lecz nie miało to zasadniczego znaczenia i o jego losie zdecydował przede wszystkim niepokorny stosunek do władzy.
W aktach nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania."

Oczywiście, jeśli kogokolwiek to interesuje, służę kopiami akt. Z dwóch tomów mam jeden, bo drugi składał się z samych tylko technicznych ekspertyz.
Sroczyński_Włodzimierz

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 35480
Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał podziękowania: 1 time

Post autor: Sroczyński_Włodzimierz »

Z moich doświadczeń (tj relacji, które zbierałem "przy okazji") wynikało, że pomimo wiedzy o ryzyku osoby, których sprawy były kierowane na Gęsiówkę (tj do Komisji, Gęsiówka jako symbol, bo byłą przejściowym etapem) uważały, ze to szczęście.
Tj przekwalifikowanie z "polityczny" na "kryminalny" oznaczało większą szansę przeżycia. Niestety wiązało się pewnym odium. Może nie ówcześnie*, ale po latach - chyba tak. I chyba do dziś się to ciągnie - w tym widzę przyczynę traktowania "po macoszemu" (także przez IPN) ofiar tejże Komisji. A była to chyba największa grupa skazanych. Brak rzetelnych badań nie pozwala mi napisać przywołując opracowania "z których większość to represjonowani za działalność, przeszłość, postawę".

* dyskusyjne, bo czy tajenie przed dziećmi , podrostkami/młodzieżą faktu przebywania na Gęsiówce czy w. potem w obozie pracy było mechanizmem "wstyd bo kryminał, a niepospolite zarzuty nie byłyby wstydem" to gdybanie. A bardzo różne słyszałem relacje, do (cyt. z pamięci "mama tacie nosiła paczki do szpitala tam, bo leczył się na gruźlicę parę miesięcy"..a to sprzed paru lat relacja)

Warto byłoby rozwinąć o źródła i sposoby ich pozyskania, obecnych przechowawców itp.
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
adrianjma

Sympatyk
Posty: 41
Rejestracja: pn 10 paź 2022, 20:31

Post autor: adrianjma »

Nie wiem, jakie były przyczyny tego milczenia i pewnie nie wyraziłem się ściśle. To nie fakt był tajony, ale szczegóły, okoliczności, etc. Babcia była w AK. Kiedy chodziłem do szkoły, wiele razy - przy okazji wspomnień - mówiła, bym broń Boże nie powtarzał niczego kolegom. Kiedy spotykała na spacerach koleżanki z tamtych czasów, przechodziła na rosyjski albo niemiecki, żebym nie rozumiał, o czym mówią. O Sowietach nie mówiła inaczej, jak tylko "swołocz". Była przekonana, że Władysław został zamordowany (tzn. jeśli była mowa o jego śmierci, zawsze mówiła, że go zabili). Może to ma coś wspólnego.
Sroczyński_Włodzimierz

Sympatyk
Nowicjusz
Posty: 35480
Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał podziękowania: 1 time

Post autor: Sroczyński_Włodzimierz »

Ja też nie wiem.
Snuję nie znając przyczyn. Ale jeśli cosik istnieje, to często ma przyczynę. A moim zdaniem cosik tj fenomen przemilczenia, nieprzebadania działalności "Komisji ds Szkodnictwa" istnieje.
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
adrianjma

Sympatyk
Posty: 41
Rejestracja: pn 10 paź 2022, 20:31

Post autor: adrianjma »

To niewątpliwie. Ja sam nigdzie i nigdy nie trafiłem na temat, aż do chwili, gdy przeczytałem akta.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ja i Genealogia, wymiana doświadczeń”