https://wielkahistoria.pl/czy-polscy-ch ... a-narodow/
Polak czyli pan
Moderatorzy: maria.j.nie, elgra, Galinski_Wojciech
-
Albin_Kożuchowski

- Posty: 589
- Rejestracja: czw 13 lis 2008, 18:04
Polak czyli pan
Nie wszyscy chcą o tym pamiętać. Byt kształtuje świadomość
https://wielkahistoria.pl/czy-polscy-ch ... a-narodow/
https://wielkahistoria.pl/czy-polscy-ch ... a-narodow/
Pozdrawiam AlbinKoz.
- t.dzwonkowski

- Posty: 290
- Rejestracja: pt 26 paź 2007, 22:57
- Otrzymał podziękowania: 1 time
Re: Polak czyli pan
Nieomarksistowske dywagacje. To ze chłopi sprzedawali (za 10 rubli od głowy) rannych powstańców styczniowych policji carskiej nie jest żadną nowością. Podobnie było w PRL, gdzie ponad 3 mln. należało do PZPR oraz prawie pół miliona konfidentów i słuchało wytycznych z Moskwy. Dzisiaj podobnie, za obiecane euro duża część Polaków z chęcią pozbędzie się swej wolności. Prawda, nie zawsze jest dla nas łaskawa. Pozdrawiam wszystkich, także tych, którzy służąc innym chcą uchodzić "za Panów". Tadeusz Dzwonkowski
-
Ted_B

- Posty: 1284
- Rejestracja: czw 18 lut 2016, 12:43
- Podziękował: 1 time
- Otrzymał podziękowania: 2 times
Re: Polak czyli pan
Witam!
Wystarczy popatrzeć na wydawnictwo!
I wszystko jasne!
Cel uświęca środki.
Pozdrawiam!
Tadek
Wystarczy popatrzeć na wydawnictwo!
I wszystko jasne!
Cel uświęca środki.
Pozdrawiam!
Tadek
-
Albin_Kożuchowski

- Posty: 589
- Rejestracja: czw 13 lis 2008, 18:04
Re: Polak czyli pan
Hm, wygląda na to, że odezwali się prawdziwi Polacy. Ale historia nie jest czarno-biała. Prawda rzeczywiście niektórych kole w oczy, a już prawda z jakiegoś tam "nieprawomyślnego" wydawnictwa to herezja. A może wspomnimy Targowicę, gdzie za ruble /a nie euro/ sprzedano Polskę, można wyciągać różne rzeczy, ale to broń obosieczna. Nie ma co się zacietrzewiać, taką mieliśmy historię. Tylko, że każdy interpretuje ją po swojemu. Najgorsi są ci, którzy zapomnieli o swoich korzeniach i rzeczywiście zaczęli służyć potomkom oprawców swoich przodków. Niestety, mam takie przypadki w swojej rodzinie.
Pozdrawiam AlbinKoz.
-
Robert_Kostecki

- Posty: 1970
- Rejestracja: pn 14 wrz 2015, 18:33
Re: Polak czyli pan
Tak, genealogia to trudna nauka pomocnicza historii, a genealogia umysłów jeszcze bardziej skomplikowana. Ze smutkiem zauważyłem, że 3 stycznia 2026 roku zmarł prof. Andrzej Paczkowski, wybitny historyk. Pamiętam jak w jednym z wywiadów telewizyjnych wypowiedział znamienne słowa.
Po pierwsze - w Polsce nastała taka degrengolada, ponieważ po II WŚ "wymuszana" przez mniejszości narodowe na Polakach tolerancja, doprowadziła do tego, że w tej chwili na wszelkich szczeblach administracji państwowej, rządowej i samorządowej oraz innych instytucji i służb jest (jak to obrazowo stwierdził profesor) "nadreprezentacja mniejszości narodowych". Szerzone kumoterstwo w szeregach tych grup narodowościowych ma na celu czerpanie tylko materialnych korzyści z tkanki państwowej. Polskość jest im obca, albo wręcz wroga. Sztucznie podtrzymywane przez liderów tych nacji poczucie zagrożenia ze strony Polaków jest im potrzebne tylko po to, żeby konsolidować diaspory. Oczywiście jest pewna grupa mniejszości, które są lojalne wobec Polski, jednocześnie nie zapominając o swoim pochodzeniu. Nikt im tego w Polsce nie zabrania, jeżeli działają w granicach prawa cywilnego i moralnego. Istnieje natomiast niebezpieczeństwo, że za lansowanie polskości można będzie odpowiedzieć karnie.
Po drugie - w Polsce po II WŚ wąskie grono decydentów, żeby utrzymać się przy władzy, wykorzystało znane przywary ludzkie - zazdrość, zawiść i zemstę (mściwość). Napuszczono wcześniejszą warstwę "biedniaków" na "uprzywilejowanych". Tym pierwszym dano przysłowiowe kufajkę, gumofilce i pół litra, a przede wszystkim podarowano, nieraz na siłę, cudzą własność notarialną, czym zachwiano ciągłość prawną. Państwo stało się po prostu paserem. Prano też umysły ludzkie, że oto "uprzywilejowani" dążą do zabrania "biedniakom" uzyskanych przywilejów. To doprowadziło do tego, że zasilane były szeregi UB, MO, KBW itp. służb oraz PZPR, które pastwiły się nad pachołkami sanacji, a część społeczeństwa ochoczo dołączała się do represji jako donosiciele. Nawet część ocalałych z pogromu przedstawicieli inteligencji dla utrzymania dobrostanu szła na współpracę, mniej lub bardziej ochoczo. Każdy kto miał jakąkolwiek władzę, np. w szkole, czy zakładzie pracy, mógł poznęcać się nad takim wrogiem ludu. Oczywiście, przedstawiciele mniejszości narodowych, jak najbardziej korzystali z okazji. W momencie, kiedy sprawy ideowe w ich postaci podstawowej wygasały, zaczął budować się wszechobecny "UKŁAD", w kręgach najwyższych zwany też "SALONEM". Kto był w jakimkolwiek układzie, to korzystał z przywilejów socjalizmu i ci najczęściej miło wspominają czasy PRL. Dla pozostałych były to czasy mroczne i duszne.
Jak ten drugi wywód podsumował profesor Paczkowski. Ano powiedział mniej więcej tak - Jest takie powiedzenie "Że zły to ptak, co własne gniazdo kala". Dlatego też nikt nie żąda od potomków wszelkiej maści oprawców i ludzi o nieczystym sumieniu w stosunku do narodu polskiego, żeby odcięli się od swoich korzeni. Mogą wybielać postępowanie przodków w zaciszu rodzinnym, ale na Boga, niech nie robią tego publicznie, np. twierdząc, że dziadek katował i mordował w świetle prawa, bo miał orła na czapce.
Po pierwsze - w Polsce nastała taka degrengolada, ponieważ po II WŚ "wymuszana" przez mniejszości narodowe na Polakach tolerancja, doprowadziła do tego, że w tej chwili na wszelkich szczeblach administracji państwowej, rządowej i samorządowej oraz innych instytucji i służb jest (jak to obrazowo stwierdził profesor) "nadreprezentacja mniejszości narodowych". Szerzone kumoterstwo w szeregach tych grup narodowościowych ma na celu czerpanie tylko materialnych korzyści z tkanki państwowej. Polskość jest im obca, albo wręcz wroga. Sztucznie podtrzymywane przez liderów tych nacji poczucie zagrożenia ze strony Polaków jest im potrzebne tylko po to, żeby konsolidować diaspory. Oczywiście jest pewna grupa mniejszości, które są lojalne wobec Polski, jednocześnie nie zapominając o swoim pochodzeniu. Nikt im tego w Polsce nie zabrania, jeżeli działają w granicach prawa cywilnego i moralnego. Istnieje natomiast niebezpieczeństwo, że za lansowanie polskości można będzie odpowiedzieć karnie.
Po drugie - w Polsce po II WŚ wąskie grono decydentów, żeby utrzymać się przy władzy, wykorzystało znane przywary ludzkie - zazdrość, zawiść i zemstę (mściwość). Napuszczono wcześniejszą warstwę "biedniaków" na "uprzywilejowanych". Tym pierwszym dano przysłowiowe kufajkę, gumofilce i pół litra, a przede wszystkim podarowano, nieraz na siłę, cudzą własność notarialną, czym zachwiano ciągłość prawną. Państwo stało się po prostu paserem. Prano też umysły ludzkie, że oto "uprzywilejowani" dążą do zabrania "biedniakom" uzyskanych przywilejów. To doprowadziło do tego, że zasilane były szeregi UB, MO, KBW itp. służb oraz PZPR, które pastwiły się nad pachołkami sanacji, a część społeczeństwa ochoczo dołączała się do represji jako donosiciele. Nawet część ocalałych z pogromu przedstawicieli inteligencji dla utrzymania dobrostanu szła na współpracę, mniej lub bardziej ochoczo. Każdy kto miał jakąkolwiek władzę, np. w szkole, czy zakładzie pracy, mógł poznęcać się nad takim wrogiem ludu. Oczywiście, przedstawiciele mniejszości narodowych, jak najbardziej korzystali z okazji. W momencie, kiedy sprawy ideowe w ich postaci podstawowej wygasały, zaczął budować się wszechobecny "UKŁAD", w kręgach najwyższych zwany też "SALONEM". Kto był w jakimkolwiek układzie, to korzystał z przywilejów socjalizmu i ci najczęściej miło wspominają czasy PRL. Dla pozostałych były to czasy mroczne i duszne.
Jak ten drugi wywód podsumował profesor Paczkowski. Ano powiedział mniej więcej tak - Jest takie powiedzenie "Że zły to ptak, co własne gniazdo kala". Dlatego też nikt nie żąda od potomków wszelkiej maści oprawców i ludzi o nieczystym sumieniu w stosunku do narodu polskiego, żeby odcięli się od swoich korzeni. Mogą wybielać postępowanie przodków w zaciszu rodzinnym, ale na Boga, niech nie robią tego publicznie, np. twierdząc, że dziadek katował i mordował w świetle prawa, bo miał orła na czapce.
- Jacek_Mruk

- Posty: 64
- Rejestracja: ndz 22 lut 2015, 17:19
Re: Polak czyli pan
Robercie
Dziękuję za słowa prawdy śp.profesora, bo obecnie to jest źle pojmowane przez ....
Pozdrawiam
Dziękuję za słowa prawdy śp.profesora, bo obecnie to jest źle pojmowane przez ....
Pozdrawiam
-
Robert_Kostecki

- Posty: 1970
- Rejestracja: pn 14 wrz 2015, 18:33
Re: Polak czyli pan
Dziękuję za miłe słowa.
Obecnie pracuję nad opracowaniem pod roboczą nazwą "Wykaz miejscowości gniazdowych z terenu Prus", które po ukończeniu zamierzam opublikować na stronie: http://www.wladcy.myslenice.net.pl/pocz ... swiata.htm
Między innymi znajdą się tam Giżyccy, a słowa wypowiedziane przez Gizewiusza stają się obecnie bardzo aktualne:
"Giżyccy, h. Gozdawa, gn. Giżewo, pow. mrągowski. Jednego pochodzenia z Giżyckimi herbu Gozdawa z Giżyc w ziemi sochaczewskiej na Mazowszu. Protoplastą pruskiej linii rodu był Paweł Giżycki, który w 1543 r. był zmuszony przenieść się z ziemi czerskiej do Prus Książęcych. Tu dowodził pułkiem i otrzymał tytuł podkomorzego elektorskiego. W nagrodę za służbę książę Albrecht nadał mu 64 łany w Ełckiem i 48 łany w Oleckiem. Paweł Giżycki pojął za żonę pannę von Hochwald (de Jachwaldt?) z Górnej Marchii, kuzynkę księcia Albrechta I. Miał z nią kilku synów: Bogumiła, Augusta i Alberta. Najstarszy, Bogumił, przejął po ojcu dział w Giżycach. August, został proboszczem katolickim przy kościele w Giżycach. Albert, był prawdopodobnie ojcem Pawła, urodzonego 24 stycznia 1618 r. Paweł Giżycki „wyparł się katolicyzmu” i w 1638 r. zapisał się na Uniwersytet Królewiecki. Po ukończeniu studiów przez 14 lat był rektorem szkoły w Nawiadach, następnie diakonem w Nawiadach, później proboszczem w Cichach pod Oleckiem, gdzie zmarł 13 marca 1683 roku. Z Eufrozyny Ossow, córki proboszcza w Mieruniszkach, miał ośmioro dzieci, z których czterech synów zmarło w dzieciństwie. Paweł Giżycki umarł w 1715 r. i razem z ojcem oraz córeczką Barbarą został pochowany w podziemiach kościoła w Cichach. Jedno z pozostałych dzieci, syn Fryderyk, urodzony w Cichach, przeniósł się do Bremy, ukończył uniwersytet w Groningen, powrócił na stałe do Bremy, gdzie został nauczycielem łacińskiej szkoły. Drugi syn Pawła, również Paweł, urodzony w 1652 r., wstąpił w 1672 r. na teologię do Uniwersytetu Królewieckiego. Po ukończeniu studiów został rektorem w Giżycku, a po śmierci ojca objął probostwo w Cichach. Używał on zlatynizowanej formy nazwiska – Gisevius. Ożenił się z Zuzanną Maletius, być może przedstawicielką opisywanej dalej rodziny Maleckich. Giseviusowie mieli dziesięcioro potomstwa. Jeden z jego synów – Marcin (*1696 Cichy) zapisał się w 1712 r. na Uniwersytet w Królewcu. Od 1717 r. pełnił urząd konrektora szkoły prowincjonalnej w Ełku, od 1721 r. – prorektora tejże szkoły, następnie został diakonem, a potem proboszczem w Wydminach. Umarł w 1753 r. Józef, syn Marcina, ożenił się z Elżbietą Dorotą Pisańską i został diakonem w Wydminach. Kolejny syn Marcina – Tymoteusz, urodzony w Wydminach w 1731 r., zapisał się, tak jak jego przodkowie, na Wydział Teologiczny oraz do Polskiego Seminarium Nauczycielskiego, które powstało przy Uniwersytecie Królewieckim. Po ukończeniu studiów, w 1756 r. został konrektorem w Stradunach, potem rektorem w Olecku, a w trzy lata później diakonem w Ostrokole, w powiecie ełckim. W 1762 r. Tymoteusz otrzymał nominację na diakona w Ełku. W 1771 r. przyznano mu awans na proboszcza i arcyprezbitera. Ożenił się z Charlottą Ludwikę Corsepius i miał z nią czternaścioro potomstwa. Najstarszy jego syn, także Tymoteusz (*28.10.1756 Olecko), dzieciństwo spędził w Ostrokole, potem w Ełku, gdzie ukończył polską szkołę. W 1772 r. zapisał się na Wydział Teologii ewangelickiej Uniwersytetu Królewieckiego. Po ukończeniu uczelni został mianowany zastępcą rektora szkoły w Ełku. W 1778 r., jako kapelan wojskowy, wziął udział w wojnie o tron bawarski. Ożenił się Charlottą Elżbietą Schachtmeyer, córką sędziego z Ełku. Po śmierci swojego ojca w 1786 r., objął po nim stanowisko w Ełku. Zaopiekował się matką i licznym rodzeństwem, mimo, że sam miał już kilkoro dzieci. Troski i przeżycia, związane ze śmiercią ojca, spowodowały ciężką chorobę, która pozostawiła mu ślady na całe życie. Mimo ciężkiej sytuacji finansowej, pomagał innym jak mógł. Przez kilka lat na ełckiej plebani wychowywało się również dwoje osieroconych dzieci jego brata, Samuela i Charlotty Giseviusów, wśród nich Edward, późniejszy badacz folkloru litewskiego. Także, kilkuletni Gustaw Herman Marcin (ur. 21.05.1810 Pisz – zm. 07.05.1848 Ostróda), syn kolejnego z braci – Marcina (ur. 1758 r. w Ostrokole) i Jakobiny Taurek, po śmierci swojego ojca w 1813 r., korzystał z gościny stryja Tymoteusza. Na wyżywienie tak licznej rodziny pozwalało Gizewiuszowi gospodarowanie na czterech włókach, które przy założeniu miasta Ełku przyznano proboszczowi. Tymoteusz Gizewiusz zmarł nagle w Ełku w 1817 r. Jego wychowanek, Gustaw Herman Marcin, wyrósł na obrońcę polskości na Mazurach. W 1835 r. objął stanowisko kaznodziei ewangelicko-polskiego przy parafii w Ostródzie, która liczyła wówczas 5160 osób, w tym 2175 mówiących po polsku. Był z natury impulsywny, toteż walka z ciemięzcami ludności polskiej pochłaniała go bez reszty. W jednym z listów do Mrongowiusza pisał – „Na Boga, trzeba podnieść wrzawę, gdyż szatańscy wrogowie polskości teraz tym więcej krzątają się dookoła swego piekielnego dzieła, ponieważ się coraz to bardziej domyślają, że rzemiosło mogłoby im być w najbliższym czasie wytrącone z ręki”. Gustaw Herman Marcin Gizewiusz zmarł dnia 7 maja 1848 r., podczas jednego ze swych przemówień. Na jego pogrzebie zebrała się niezliczona ilość ludzi z bliższej i dalszej okolicy. Został pochowany przy kościele w Ostródzie. Nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach, sygnując listy i wizytówki herbem Gozdawa."
Obecnie pracuję nad opracowaniem pod roboczą nazwą "Wykaz miejscowości gniazdowych z terenu Prus", które po ukończeniu zamierzam opublikować na stronie: http://www.wladcy.myslenice.net.pl/pocz ... swiata.htm
Między innymi znajdą się tam Giżyccy, a słowa wypowiedziane przez Gizewiusza stają się obecnie bardzo aktualne:
"Giżyccy, h. Gozdawa, gn. Giżewo, pow. mrągowski. Jednego pochodzenia z Giżyckimi herbu Gozdawa z Giżyc w ziemi sochaczewskiej na Mazowszu. Protoplastą pruskiej linii rodu był Paweł Giżycki, który w 1543 r. był zmuszony przenieść się z ziemi czerskiej do Prus Książęcych. Tu dowodził pułkiem i otrzymał tytuł podkomorzego elektorskiego. W nagrodę za służbę książę Albrecht nadał mu 64 łany w Ełckiem i 48 łany w Oleckiem. Paweł Giżycki pojął za żonę pannę von Hochwald (de Jachwaldt?) z Górnej Marchii, kuzynkę księcia Albrechta I. Miał z nią kilku synów: Bogumiła, Augusta i Alberta. Najstarszy, Bogumił, przejął po ojcu dział w Giżycach. August, został proboszczem katolickim przy kościele w Giżycach. Albert, był prawdopodobnie ojcem Pawła, urodzonego 24 stycznia 1618 r. Paweł Giżycki „wyparł się katolicyzmu” i w 1638 r. zapisał się na Uniwersytet Królewiecki. Po ukończeniu studiów przez 14 lat był rektorem szkoły w Nawiadach, następnie diakonem w Nawiadach, później proboszczem w Cichach pod Oleckiem, gdzie zmarł 13 marca 1683 roku. Z Eufrozyny Ossow, córki proboszcza w Mieruniszkach, miał ośmioro dzieci, z których czterech synów zmarło w dzieciństwie. Paweł Giżycki umarł w 1715 r. i razem z ojcem oraz córeczką Barbarą został pochowany w podziemiach kościoła w Cichach. Jedno z pozostałych dzieci, syn Fryderyk, urodzony w Cichach, przeniósł się do Bremy, ukończył uniwersytet w Groningen, powrócił na stałe do Bremy, gdzie został nauczycielem łacińskiej szkoły. Drugi syn Pawła, również Paweł, urodzony w 1652 r., wstąpił w 1672 r. na teologię do Uniwersytetu Królewieckiego. Po ukończeniu studiów został rektorem w Giżycku, a po śmierci ojca objął probostwo w Cichach. Używał on zlatynizowanej formy nazwiska – Gisevius. Ożenił się z Zuzanną Maletius, być może przedstawicielką opisywanej dalej rodziny Maleckich. Giseviusowie mieli dziesięcioro potomstwa. Jeden z jego synów – Marcin (*1696 Cichy) zapisał się w 1712 r. na Uniwersytet w Królewcu. Od 1717 r. pełnił urząd konrektora szkoły prowincjonalnej w Ełku, od 1721 r. – prorektora tejże szkoły, następnie został diakonem, a potem proboszczem w Wydminach. Umarł w 1753 r. Józef, syn Marcina, ożenił się z Elżbietą Dorotą Pisańską i został diakonem w Wydminach. Kolejny syn Marcina – Tymoteusz, urodzony w Wydminach w 1731 r., zapisał się, tak jak jego przodkowie, na Wydział Teologiczny oraz do Polskiego Seminarium Nauczycielskiego, które powstało przy Uniwersytecie Królewieckim. Po ukończeniu studiów, w 1756 r. został konrektorem w Stradunach, potem rektorem w Olecku, a w trzy lata później diakonem w Ostrokole, w powiecie ełckim. W 1762 r. Tymoteusz otrzymał nominację na diakona w Ełku. W 1771 r. przyznano mu awans na proboszcza i arcyprezbitera. Ożenił się z Charlottą Ludwikę Corsepius i miał z nią czternaścioro potomstwa. Najstarszy jego syn, także Tymoteusz (*28.10.1756 Olecko), dzieciństwo spędził w Ostrokole, potem w Ełku, gdzie ukończył polską szkołę. W 1772 r. zapisał się na Wydział Teologii ewangelickiej Uniwersytetu Królewieckiego. Po ukończeniu uczelni został mianowany zastępcą rektora szkoły w Ełku. W 1778 r., jako kapelan wojskowy, wziął udział w wojnie o tron bawarski. Ożenił się Charlottą Elżbietą Schachtmeyer, córką sędziego z Ełku. Po śmierci swojego ojca w 1786 r., objął po nim stanowisko w Ełku. Zaopiekował się matką i licznym rodzeństwem, mimo, że sam miał już kilkoro dzieci. Troski i przeżycia, związane ze śmiercią ojca, spowodowały ciężką chorobę, która pozostawiła mu ślady na całe życie. Mimo ciężkiej sytuacji finansowej, pomagał innym jak mógł. Przez kilka lat na ełckiej plebani wychowywało się również dwoje osieroconych dzieci jego brata, Samuela i Charlotty Giseviusów, wśród nich Edward, późniejszy badacz folkloru litewskiego. Także, kilkuletni Gustaw Herman Marcin (ur. 21.05.1810 Pisz – zm. 07.05.1848 Ostróda), syn kolejnego z braci – Marcina (ur. 1758 r. w Ostrokole) i Jakobiny Taurek, po śmierci swojego ojca w 1813 r., korzystał z gościny stryja Tymoteusza. Na wyżywienie tak licznej rodziny pozwalało Gizewiuszowi gospodarowanie na czterech włókach, które przy założeniu miasta Ełku przyznano proboszczowi. Tymoteusz Gizewiusz zmarł nagle w Ełku w 1817 r. Jego wychowanek, Gustaw Herman Marcin, wyrósł na obrońcę polskości na Mazurach. W 1835 r. objął stanowisko kaznodziei ewangelicko-polskiego przy parafii w Ostródzie, która liczyła wówczas 5160 osób, w tym 2175 mówiących po polsku. Był z natury impulsywny, toteż walka z ciemięzcami ludności polskiej pochłaniała go bez reszty. W jednym z listów do Mrongowiusza pisał – „Na Boga, trzeba podnieść wrzawę, gdyż szatańscy wrogowie polskości teraz tym więcej krzątają się dookoła swego piekielnego dzieła, ponieważ się coraz to bardziej domyślają, że rzemiosło mogłoby im być w najbliższym czasie wytrącone z ręki”. Gustaw Herman Marcin Gizewiusz zmarł dnia 7 maja 1848 r., podczas jednego ze swych przemówień. Na jego pogrzebie zebrała się niezliczona ilość ludzi z bliższej i dalszej okolicy. Został pochowany przy kościele w Ostródzie. Nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach, sygnując listy i wizytówki herbem Gozdawa."