Alan_Doman pisze:
Tzn?
Tzn. trzeba skupić się na faktach, czyli:
1. Katarzyna Dołhań miała dwóch synów, nie wiadomo z kim. Wbrew temu co pisał p. Tomasz, może nawet ona nie wiedziała z kim, bo chętnych na jej wdzięki mogło być wielu.
2. W pewnym momencie mieszkała bez ślubu z niejakim Michałem Szewczukiem, który nie uznał za stosowne sformalizować związku. Może nie mógł, a może nie chciał brać na siebie cudzych bachorów. Wystarczyło, że przyjął pod dach pannę z dziećmi, która za pranie, gotowanie i może coś jeszcze, mogła z synami u niego mieszkać.
3. Katarzyna umarła młodo - może na zapalenie płuc, a może po pobiciu przez, jak to się teraz ładnie nazywa, "partnera". A może z zupełnie innego powodu.
4. Przynajmniej jeden syn (Michał) przeżył - kiedy matka umierała był na tyle duży, by się komuś przydać, do wypasania gęsi, krów czy może czegoś innego, więc został przygarnięty i się jakoś odchował
5. Michał D. dorósł, miał żonę i dziecko. Był parobkiem, może coś w lesie robił - drzewo ścinał albo kłusował, żeby było co do garnka włożyć. Skutecznie dbał o rodzinę, bo pojawiły się kolejne pokolenia.
6. Pradziadek Alanka opowiadając mu o przodkach mógł tu i ówdzie podkoloryzować historię, bo jakże tu maleństwu mówić, np. że przodek kłusował i kradł żeby przeżyć? Skoro w lesie bywał, to lepiej powiedzieć, że był leśniczym, bo leśniczych wszyscy lubią za uratowanie Czerwonego Kapturka i zabicie złego wilka.
7. Dorosły (albo i nie) Alanek wierzy w słowa pradziadka wiarą niezłomną, choć dogmat nieomylności dotyczy tylko papieży, a w dodatku tylko w sprawach wiary.
8. Aha, Zamoyscy i Zamojscy. Nie można o nich zapominać. Byli, żyli, umierali. Zapewne nawet nie mieli świadomości, że jacyś Dołhanie chodzą po świecie, a teraz w grobach się przewracają, że próbuje im się wrzepić bękarty.
9. Domaniewscy mieli więcej szczęścia od Zamoyskich i Zamojskich, bo dokumenty złośliwie uniemożliwiają dalsze podtrzymywanie teorii, że "Doman" to taka zubożała wersja "Domaniewskiego", któremu atramentu brakło na podpisywanie się pełnym nazwiskiem.
Innymi słowy - póki nie będzie dokumentów, że Michał D. był leśniczym, to trzeba przyjąć, że był parobkiem. Pradziadunio, świeć Panie nad jego duszą, mógł leśniczego wymyślić sobie albo przeinaczyć usłyszane fakty. Wszelkie historie zakładające a priori "był leśniczym" budzą po prostu uśmiech politowania u każdego, kto z własnymi (i nie tylko własnymi) "rodzinnymi legendami" miał okazję się zmierzyć.