Podejrzane zgony
Moderatorzy: elgra, maria.j.nie
Nie, nie widzę kryminału. Też patrzę na to jako na ludzkie życie, widzę szczęścia i dramaty. Zgony 40-letnich ojców rodzin przygniecionych ściętym drzewem w lesie i kobiet w połogu, nastolatków i niemowląt, ale też wiem, że ówcześni ludzi podchodzili do tych spraw życiowych całkiem inaczej niż dzisiaj. Śmierć była stałym elementem ich życia, każde małżeństwo straciło jakieś dziecko. W mojej rodzinie od 200 lat dosłownie w każdym pokoleniu każde małżeństwo musiało pochować któreś ze swoich dzieci. Nawet w XXl wieku. Ale o ile dzisiaj to jest tragedia, to w czasach kiedy dzieci było 12-ro śmierć któregoś była nieunikniona i np. jedna z moich prababek dosłownie porzuciła swoje dziecko na śmierć, bo uznała, że jest słabe, umrze tak czy inaczej i nie ma sensu się nim zajmować. Umarło, nie wiem czy z powodu jakiejś choroby czy z głodu, ale podobno wyrzuciła je z domu do stajni, żeby nie drażniło jej płaczem. Nie było takich więzi rodzinnych jak dzisiaj, nie przejmowano się starcami. Każdy wdowiec/wdowa po miesiącu zawierał nowy ślub, a dzisiaj piętnuje się 30-letnią wdowę bo po roku żałoby spotyka się z kimś innym.
Nie chodzi o to, że śmierć była dla nich tak naturalna, że się mordowali, bo się nie mordowali. Ale byli ludźmi, kierowały nimi podobne impulsy i żądze jak nami. A swoją drogą potomków tych ludzi o których czytam mało interesuje co ich przodkowie wyprawiali 200 lat temu. Oni tam już nawet nie mieszkają.
Nie chodzi o to, że śmierć była dla nich tak naturalna, że się mordowali, bo się nie mordowali. Ale byli ludźmi, kierowały nimi podobne impulsy i żądze jak nami. A swoją drogą potomków tych ludzi o których czytam mało interesuje co ich przodkowie wyprawiali 200 lat temu. Oni tam już nawet nie mieszkają.
Katarzyna W.
-
Sroczyński_Włodzimierz

- Posty: 35480
- Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
- Lokalizacja: Warszawa
- Otrzymał podziękowania: 1 time
"byli ludźmi, kierowały nimi podobne impulsy i żądze jak nami."
rozsądne założenie na początek:)
W tym wypadku nawet podział na "my" i "wszyscy żyjący wcześniej, gdziekolwiek by nie żyli" nie jest bardzo rażący.
rozsądne założenie na początek:)
W tym wypadku nawet podział na "my" i "wszyscy żyjący wcześniej, gdziekolwiek by nie żyli" nie jest bardzo rażący.
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
To, że twoja prababka zamordowała własne dziecko nie znaczy, że moja zrobiła to samo. Włodzimierz ma 1000 procent racji, wypisujesz historie zupełnie bez pokrycia i formułujesz na ich podstawie uogólnione wnioski, odnoszone do całej populacji. Nie bierzesz przy tym pod uwagę nawet różnic społecznych, majątkowych, regionalnych. Wypowiadasz się kategorycznie o ludziach z tamtych czasów (jakich konkretnie?) o ich życiu, zachowaniach jakbyś żyła pośród nich. Na jakiej podstawie? Swojej prababki? Wybacz, ale nie jest ona jednostką wzorcową, reprezentującą cały wielonarodowy i wielokulturowy kraj. 200 lat temu więzi rodzinne bywały znacznie silniejsze niż dziś choć tak jak i dziś różnie bywało. Wtedy wpychali starych rodziców na wycug, dziś znikają z ich życia, albo upychają do domów opieki. Dzieci z własnymi rodzicami potrafią walczyć w pełnym tego słowa znaczeniu o spłachetek ziemi o czym można się dowiedzieć z czwartkowych programów Pani Jaworowicz. Skala rodzinnej nienawiści jaką często pokazuje jest porażająca. Nic się nie zmieniło. Ludzie byli, są i będą tacy sami. Zmieniają się warunki życia, technologie, a ludzie wciąż pozostają tacy sami. Posługując się twoją metodą dodam, że nieprawdą jest, że wszyscy wdowcy żenili się miesiąc po śmierci małżonka bo mój prapradziad nie ożenił się przez 7 lat po śmierci żony. Jeśli zaś chodzi o wdowy to one nie miały możliwości wydać się tak szybko za mąż bo ksiądz nie udzieliłby ślubu przed upływem roku od zgonu małżonka z uwagi na ewntualnego potomka pogrobowca. Takie było prawo.kminek pisze:Nie, nie widzę kryminału. Też patrzę na to jako na ludzkie życie, widzę szczęścia i dramaty. Zgony 40-letnich ojców rodzin przygniecionych ściętym drzewem w lesie i kobiet w połogu, nastolatków i niemowląt, ale też wiem, że ówcześni ludzi podchodzili do tych spraw życiowych całkiem inaczej niż dzisiaj. Śmierć była stałym elementem ich życia, każde małżeństwo straciło jakieś dziecko. W mojej rodzinie od 200 lat dosłownie w każdym pokoleniu każde małżeństwo musiało pochować któreś ze swoich dzieci. Nawet w XXl wieku. Ale o ile dzisiaj to jest tragedia, to w czasach kiedy dzieci było 12-ro śmierć któregoś była nieunikniona i np. jedna z moich prababek dosłownie porzuciła swoje dziecko na śmierć, bo uznała, że jest słabe, umrze tak czy inaczej i nie ma sensu się nim zajmować. Umarło, nie wiem czy z powodu jakiejś choroby czy z głodu, ale podobno wyrzuciła je z domu do stajni, żeby nie drażniło jej płaczem. Nie było takich więzi rodzinnych jak dzisiaj, nie przejmowano się starcami. Każdy wdowiec/wdowa po miesiącu zawierał nowy ślub, a dzisiaj piętnuje się 30-letnią wdowę bo po roku żałoby spotyka się z kimś innym.
Nie chodzi o to, że śmierć była dla nich tak naturalna, że się mordowali, bo się nie mordowali. Ale byli ludźmi, kierowały nimi podobne impulsy i żądze jak nami. A swoją drogą potomków tych ludzi o których czytam mało interesuje co ich przodkowie wyprawiali 200 lat temu. Oni tam już nawet nie mieszkają.
-
Sroczyński_Włodzimierz

- Posty: 35480
- Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
- Lokalizacja: Warszawa
- Otrzymał podziękowania: 1 time
chyba 10 miesięcy nie rok
i nie ksiądz, a małżonkowie sobie sakramentu udzielają:)
było różnie i jest różnie, ale bez przesady z czarnym postrzeganiem czy to "jak to było" czy jak jest teraz jest
dopóki jakieś załamanie cywilizacyjne nie przychodzi - wojna etc - to na ogół jakoś to się trzyma..mniej więcej...
głód rzadko kiedy samoistny bywał..."u nas"
i nie ksiądz, a małżonkowie sobie sakramentu udzielają:)
było różnie i jest różnie, ale bez przesady z czarnym postrzeganiem czy to "jak to było" czy jak jest teraz jest
dopóki jakieś załamanie cywilizacyjne nie przychodzi - wojna etc - to na ogół jakoś to się trzyma..mniej więcej...
głód rzadko kiedy samoistny bywał..."u nas"
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
Gdzie i kiedy obowiązywało takie prawo? Na pewno nie w każdym zaborze, o ile w ogóle mówisz o tych czasach. Poza tym prawo się zmienia, więc podaj zakres czasowy. Spotkałam się z przypadkiem, że kobieta wyszła za mąż 7 miesięcy po śmierci męża, więc się dało. Te 2 miesiące to był skrót myślowy i chodziło mi o to, że ogólnie działo się to stosunkowo szybko, szczególnie na wsi, ponieważ samotna osoba obarczona dziećmi nie była w stanie przetrwać, niezależnie od płci i musimy brać pod uwagę, że nie zawsze można było liczyć na pomoc rodziny. Oczywiście mogło nie być odpowiedniego partnera do małżeństwa, więc ten okres się wydłużał.EWAFRA pisze:To, że twoja prababka zamordowała własne dziecko nie znaczy, że moja zrobiła to samo. Włodzimierz ma 1000 procent racji, wypisujesz historie zupełnie bez pokrycia i formułujesz na ich podstawie uogólnione wnioski, odnoszone do całej populacji. Nie bierzesz przy tym pod uwagę nawet różnic społecznych, majątkowych, regionalnych. Wypowiadasz się kategorycznie o ludziach z tamtych czasów (jakich konkretnie?) o ich życiu, zachowaniach jakbyś żyła pośród nich. Na jakiej podstawie? Swojej prababki? Wybacz, ale nie jest ona jednostką wzorcową, reprezentującą cały wielonarodowy i wielokulturowy kraj. 200 lat temu więzi rodzinne bywały znacznie silniejsze niż dziś choć tak jak i dziś różnie bywało. Wtedy wpychali starych rodziców na wycug, dziś znikają z ich życia, albo upychają do domów opieki. Dzieci z własnymi rodzicami potrafią walczyć w pełnym tego słowa znaczeniu o spłachetek ziemi o czym można się dowiedzieć z czwartkowych programów Pani Jaworowicz. Skala rodzinnej nienawiści jaką często pokazuje jest porażająca. Nic się nie zmieniło. Ludzie byli, są i będą tacy sami. Zmieniają się warunki życia, technologie, a ludzie wciąż pozostają tacy sami. Posługując się twoją metodą dodam, że nieprawdą jest, że wszyscy wdowcy żenili się miesiąc po śmierci małżonka bo mój prapradziad nie ożenił się przez 7 lat po śmierci żony. Jeśli zaś chodzi o wdowy to one nie miały możliwości wydać się tak szybko za mąż bo ksiądz nie udzieliłby ślubu przed upływem roku od zgonu małżonka z uwagi na ewntualnego potomka pogrobowca. Takie było prawo.kminek pisze:Nie, nie widzę kryminału. Też patrzę na to jako na ludzkie życie, widzę szczęścia i dramaty. Zgony 40-letnich ojców rodzin przygniecionych ściętym drzewem w lesie i kobiet w połogu, nastolatków i niemowląt, ale też wiem, że ówcześni ludzi podchodzili do tych spraw życiowych całkiem inaczej niż dzisiaj. Śmierć była stałym elementem ich życia, każde małżeństwo straciło jakieś dziecko. W mojej rodzinie od 200 lat dosłownie w każdym pokoleniu każde małżeństwo musiało pochować któreś ze swoich dzieci. Nawet w XXl wieku. Ale o ile dzisiaj to jest tragedia, to w czasach kiedy dzieci było 12-ro śmierć któregoś była nieunikniona i np. jedna z moich prababek dosłownie porzuciła swoje dziecko na śmierć, bo uznała, że jest słabe, umrze tak czy inaczej i nie ma sensu się nim zajmować. Umarło, nie wiem czy z powodu jakiejś choroby czy z głodu, ale podobno wyrzuciła je z domu do stajni, żeby nie drażniło jej płaczem. Nie było takich więzi rodzinnych jak dzisiaj, nie przejmowano się starcami. Każdy wdowiec/wdowa po miesiącu zawierał nowy ślub, a dzisiaj piętnuje się 30-letnią wdowę bo po roku żałoby spotyka się z kimś innym.
Nie chodzi o to, że śmierć była dla nich tak naturalna, że się mordowali, bo się nie mordowali. Ale byli ludźmi, kierowały nimi podobne impulsy i żądze jak nami. A swoją drogą potomków tych ludzi o których czytam mało interesuje co ich przodkowie wyprawiali 200 lat temu. Oni tam już nawet nie mieszkają.
Nie przesadzaj z tymi silnymi więziami rodzinnymi 200 lat temu, bo z moich obserwacji wynika coś całkiem innego. Kuzyn już nie był uważany za rodzinę i teraz zaskakuję rodzinę, że jakiś tam znajomy był ich dość bliskim krewnym, bo ich dziadkowie byli braćmi. Zauważyłam, że ludzie uważali się za rodzinę dopóki mieszkali w jednej chałupie lub obok siebie, ale o tych, którzy wyjechali zapominano.
Katarzyna W.
-
Sroczyński_Włodzimierz

- Posty: 35480
- Rejestracja: czw 09 paź 2008, 09:17
- Lokalizacja: Warszawa
- Otrzymał podziękowania: 1 time
To może jakaś symetria w argumentowaniu? I jakieś minimum przyjęte jako znajomość podstaw?
Na razie to nowością jest doprecyzowanie, że mowa o zaborach:)
Np Prawo o małżeństwie, oddział piąty artykuł 68
Królestwo Polskie 1836
Kto to "kuzyn"?
Tu bywa ból z rozumieniem "przodek", "powinowaty" (a to ma ścisłe definicje), a tu "kuzyn" :)
Na razie to nowością jest doprecyzowanie, że mowa o zaborach:)
Np Prawo o małżeństwie, oddział piąty artykuł 68
Królestwo Polskie 1836
Kto to "kuzyn"?
Tu bywa ból z rozumieniem "przodek", "powinowaty" (a to ma ścisłe definicje), a tu "kuzyn" :)
Bez PW. Korespondencja poprzez maila:
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
https://genealodzy.pl/index.php?module= ... 3odzimierz
- Kostkowski

- Posty: 1244
- Rejestracja: czw 14 paź 2010, 18:41
-
Andrzej75

- Posty: 15147
- Rejestracja: ndz 03 lip 2016, 00:25
- Lokalizacja: Wrocław
- Otrzymał podziękowania: 1 time
Czyli:Sroczyński_Włodzimierz pisze:Np Prawo o małżeństwie, oddział piąty artykuł 68
Królestwo Polskie 1836
Zabrania się kobietom, które w poprzedniem zostawały małżeństwie, wchodzić w nowe związki małżeńskie, aż dopiero po upływie dziesięciu miesięcy od dnia, w którym poprzednie ustały ze śmiercią męża lub uznane zostały za nieważne. Za wykroczenie przeciw temu zakazowi ulegną one karze pieniężnej, która to kara rozciągnioną będzie także na rodziców i opiekunów, pozwoleniem swem zawarcie małżeństwa upoważniających.
https://pbc.biaman.pl/dlibra/publicatio ... 39/content
W Austrii (i w Galicji) Powszechna Księga Ustaw Cywilnych podawała tak:
§ 120. Kiedy małżeństwo za nieważne jest uznanem, rozwód orzeczony lub też małżeństwo przez śmierć męża rozwiązanem zostało, żona jeżeli jest w ciąży, nie może nowego zawierać małżeństwa przed rozwiązaniem; a gdyby co do ciąży zachodziła wątpliwość, przed upływem szóstego miesiąca; jeżeli jednak według okoliczności lub według świadectwa w sztuce biegłych, nie ma żadnego prawdopodobieństwa do ciąży, może rząd krajowy w mieście stołecznem, urząd obwodowy na wsi, dać uwolnienie po upływie trzech miesięcy.
https://genealodzy.pl/index.php?name=PN ... 360#555360
W Prusach Powszechne Prawo Krajowe dla Państw Pruskich stanowiło tak:
§ 19. Wdowy lub rozwódki, które podług własnego zeznania lub powszechnej wiadomości zostają w ciąży z poprzedzającego małżeństwa, czekać muszą rozwiązania swojego.
§ 20. Oprócz takowego przypadku wdowy i rozwódki nie prędzej jak w dziewięć miesięcy po rozwiązaniu przeszłego małżeństwa za mąż pójść nie mogą
Dod. § 64. Wdowa, która stawszy się brzemienną po śmierci swego męża, przed upłynieniem dziewięciu miesięcy chce się połączyć małżeństwem z mniemanym sprawcą swej ciąży, gdy domaga się dyspensy, taż jej niezawodnie udzieloną być winna, byleby dziecku zastrzeżone zostały swe prawa na przypadek, iż czas urodzenia stawia domniemanie, iż toż w czasie małżeństwa przez śmierć rozłączonego spłodzone być mogło; w którym to razie wybór korzystniejszy dla dziecka zawisł od władzy opiekuńczej.
§ 22. W innych także przypadkach właściwy sędzia wdowy lub rozwódki może dozwolić dalszego zamęścia przed upłynieniem dziewięciu miesięcy, gdy podług okoliczności lub zdania znawców brzemienność nie jest prawdopodobną.
§ 23. Jednak dyspensa takowa przed upłynieniem trzech miesięcy po rozłączeniu przeszłego małżeństwa nigdy udzieloną być nie może.
https://books.google.pl/books?id=-6lDAA ... &q&f=false
Pozdrawiam
Andrzej
PS. Na znak, że moje tłumaczenie zostało zaakceptowane, proszę edytować pierwszy post, dopisując w temacie – OK (dotyczy działu tłumaczeń).
https://forum.genealodzy.pl/viewtopic.php?t=114043
Andrzej
PS. Na znak, że moje tłumaczenie zostało zaakceptowane, proszę edytować pierwszy post, dopisując w temacie – OK (dotyczy działu tłumaczeń).
https://forum.genealodzy.pl/viewtopic.php?t=114043
- Kostkowski

- Posty: 1244
- Rejestracja: czw 14 paź 2010, 18:41
Dorzucę ciekawy fakt z moich poszukiwań genealogicznych. Paręnaście lat temu odwiedzałem dwóch braci, wypytując każdego z nich o najbliższą rodzinę. Żaden nie wiedział, że ich ojciec miał brata bliźniaka, choć obaj bliźniacy z tej samej miejscowości przybyli za pracą do tej samej miejscowości, gdzie pracowali w tym samym zawodzie i w tym samym "przedsiębiorstwie".kminek pisze: Zauważyłam, że ludzie uważali się za rodzinę dopóki mieszkali w jednej chałupie lub obok siebie, ale o tych, którzy wyjechali zapominano.
Z najlepszymi życzeniami wszelkiej pomyślności
Władysław Edward Kostkowski
Władysław Edward Kostkowski