Pogrzeb samobójców
: pn 15 lut 2010, 13:55
Co do istnienia rozbieżności pomiędzy dokumentem urzędowym a stanem/faktami w nim opisanym - nie ma między nami sporu:)
Nie tylko dopuszczam taką ewentualność, ale wręcz zakładam, że każde przeniesienie zdarzenia w jego opis niesie uproszczenie czyli przekłamanie...badacz przełomu XX i XXI wieku stwierdzi załamanie cywilizacyjne w Polsce - toż chyba telewizorów zarejestrowanych teraz jest mniej niż za "późnego Gierka":) i średnia prędkość podróżowania zmotoryzowanych w wielkich miastach podobnie i lis dłużej idzie niż za cara:)
Nie sądzę aby dzisiejsze odwzorowanie rzeczywistości w dokumentach produkowanych masowo różniło się od odwzorowania sprzed 150 lat..raczej skłaniam się, że było podobnie. Obowiązek narzucony- tj realizowany nie dla konkretnej potrzeby "stawającego do aktu" a z przymusu powoduje m.in. dopasowanie "zeznań" do oczekiwań urzędnika, przykładowo mój dziadek prawdopodobnie urodził się na terenie innej parafii niż został zgłoszony fakt jego urodzin. Urodzenie przy okazji chrztu było, adres podano oficjalny (właśnie wybuchła Wielka Wojna - mieszkanie nie pod oficjalnym adresem znów było problemem etc)
Czyli popieram Pan stwierdzenie, że dokumenty należy interpretować, konfrontować ze sobą ew. nawet ze źródłami mocno obśmiewanymi (tradycja rodzinna, artykuły prasowe etc)!
Ale nie znaczy to, że należy przykładać miarę "masowych przekonań" tj tego co nam się wtłaczało (często skutecznie, z różnych powodów nie tylko politycznych).
Przykładowo: zakładamy, że X popełnił samobójstwo (może popęłnił, może nie..ale zakładamy że owszem), trudno dalej podążać takim torem "a skoro samobójca to nie powinien być "pochowany normalnie na cmentarzu", a skoro jest "pochowany normalnie' tzn że pieniądze przemówiły:)
Owszem mogło tak być! Jednak, z uwagi na to, że znam względnie wiele przypadków samobójców pochowanych w rodzinnych grobach w drugiej połowie XIX wieku przedstawiam inne możliwości.
Czyli jak bywało (moim zdaniem raczej reguła niż wyjątek) z pogrzebami samobójców, z ich miejscem spoczynku, procedurą.
Sama ceremonia mogła się ograniczać do pokropku, lecz w moim przekonaniu rzadkością był zakaz chowania "normalnie na cmentarzu". Tzn owszem, jeśli nie było rodzinnego grobowca, jeśli dysponent grobu nie chciał samobójcy "u siebie" to i pod murem chowano - tak jak np w przypadku nasilenia śmierci (czasem nawet epidemii). Ale takie miejsce (podkreślam moim zdaniem) nie jest ani dowodem ani nawet silną przesłanką.
A jak wyglądało procedura?
Przyczyna śmierci - dość łatwo było ukryć samobójstwo poprzez "wypadek" i tak też najczęściej w "dokumentach stało" jeśli w ogóle przyczyna była gdzieś wymieniona...
Teraz krok dalej - jeśli już zarządca cmentarza (przyjmijmy - proboszcz) dowiedział się, że zmarły rozstał się z życiem na skutek swojej decyzji to mógł (ale nie musiał) "robić problemy".
A kiedy musiał? Kiedy ktoś "życzliwy" napisał pismo do zarządzającego cmentarzem, ze zeznaje jako świadek śmierci, że zmarły zatwardziały grzesznik, świadomie odmówił przyjęcia posługi religijnej (znaczy się: " życzliwe donoszę, że nie chciał mieć nic wspólnego z Kościołem, ani księdza przez śmiercią ani na pogrzebie etc") (wtręt: widziałem kilka takich pism). Tego proboszcz zarządca cmentarza raczej zlekceważyć nie mógł - jak list przyszedł to trzeba było nadać bieg:)
Co dalej? Ano rodzina mogła się "odwołać do kurii" wskazać, ze samobójca np chory był "na nerwy" i to ta choroba nie on była przyczyną takich wyborów, albo tez innego świadka okazać, że z ostatnim tchnieniem prosił o przebaczenie etc.. Zależnie od tego co było a zapewni także wyobraźni.
I z tego co wiem -znakomita większość takich "odwołań" była uznawana. Samobójcy byli chowani w rodzinnych grobach, czasem ze mszą, czasem tylko przy obecności księdza przy grobie. Nie do końca zrozumiałem znaczenie dzwonienia przy takich okazjach, ale też chyba było to "prawo na które należało zasłużyć"..."pogrzeb bez bicia w dzwony" -pojęcie istniało ale go nie przybliżę
Uff:)
Nie tylko dopuszczam taką ewentualność, ale wręcz zakładam, że każde przeniesienie zdarzenia w jego opis niesie uproszczenie czyli przekłamanie...badacz przełomu XX i XXI wieku stwierdzi załamanie cywilizacyjne w Polsce - toż chyba telewizorów zarejestrowanych teraz jest mniej niż za "późnego Gierka":) i średnia prędkość podróżowania zmotoryzowanych w wielkich miastach podobnie i lis dłużej idzie niż za cara:)
Nie sądzę aby dzisiejsze odwzorowanie rzeczywistości w dokumentach produkowanych masowo różniło się od odwzorowania sprzed 150 lat..raczej skłaniam się, że było podobnie. Obowiązek narzucony- tj realizowany nie dla konkretnej potrzeby "stawającego do aktu" a z przymusu powoduje m.in. dopasowanie "zeznań" do oczekiwań urzędnika, przykładowo mój dziadek prawdopodobnie urodził się na terenie innej parafii niż został zgłoszony fakt jego urodzin. Urodzenie przy okazji chrztu było, adres podano oficjalny (właśnie wybuchła Wielka Wojna - mieszkanie nie pod oficjalnym adresem znów było problemem etc)
Czyli popieram Pan stwierdzenie, że dokumenty należy interpretować, konfrontować ze sobą ew. nawet ze źródłami mocno obśmiewanymi (tradycja rodzinna, artykuły prasowe etc)!
Ale nie znaczy to, że należy przykładać miarę "masowych przekonań" tj tego co nam się wtłaczało (często skutecznie, z różnych powodów nie tylko politycznych).
Przykładowo: zakładamy, że X popełnił samobójstwo (może popęłnił, może nie..ale zakładamy że owszem), trudno dalej podążać takim torem "a skoro samobójca to nie powinien być "pochowany normalnie na cmentarzu", a skoro jest "pochowany normalnie' tzn że pieniądze przemówiły:)
Owszem mogło tak być! Jednak, z uwagi na to, że znam względnie wiele przypadków samobójców pochowanych w rodzinnych grobach w drugiej połowie XIX wieku przedstawiam inne możliwości.
Czyli jak bywało (moim zdaniem raczej reguła niż wyjątek) z pogrzebami samobójców, z ich miejscem spoczynku, procedurą.
Sama ceremonia mogła się ograniczać do pokropku, lecz w moim przekonaniu rzadkością był zakaz chowania "normalnie na cmentarzu". Tzn owszem, jeśli nie było rodzinnego grobowca, jeśli dysponent grobu nie chciał samobójcy "u siebie" to i pod murem chowano - tak jak np w przypadku nasilenia śmierci (czasem nawet epidemii). Ale takie miejsce (podkreślam moim zdaniem) nie jest ani dowodem ani nawet silną przesłanką.
A jak wyglądało procedura?
Przyczyna śmierci - dość łatwo było ukryć samobójstwo poprzez "wypadek" i tak też najczęściej w "dokumentach stało" jeśli w ogóle przyczyna była gdzieś wymieniona...
Teraz krok dalej - jeśli już zarządca cmentarza (przyjmijmy - proboszcz) dowiedział się, że zmarły rozstał się z życiem na skutek swojej decyzji to mógł (ale nie musiał) "robić problemy".
A kiedy musiał? Kiedy ktoś "życzliwy" napisał pismo do zarządzającego cmentarzem, ze zeznaje jako świadek śmierci, że zmarły zatwardziały grzesznik, świadomie odmówił przyjęcia posługi religijnej (znaczy się: " życzliwe donoszę, że nie chciał mieć nic wspólnego z Kościołem, ani księdza przez śmiercią ani na pogrzebie etc") (wtręt: widziałem kilka takich pism). Tego proboszcz zarządca cmentarza raczej zlekceważyć nie mógł - jak list przyszedł to trzeba było nadać bieg:)
Co dalej? Ano rodzina mogła się "odwołać do kurii" wskazać, ze samobójca np chory był "na nerwy" i to ta choroba nie on była przyczyną takich wyborów, albo tez innego świadka okazać, że z ostatnim tchnieniem prosił o przebaczenie etc.. Zależnie od tego co było a zapewni także wyobraźni.
I z tego co wiem -znakomita większość takich "odwołań" była uznawana. Samobójcy byli chowani w rodzinnych grobach, czasem ze mszą, czasem tylko przy obecności księdza przy grobie. Nie do końca zrozumiałem znaczenie dzwonienia przy takich okazjach, ale też chyba było to "prawo na które należało zasłużyć"..."pogrzeb bez bicia w dzwony" -pojęcie istniało ale go nie przybliżę
Uff:)