: czw 21 gru 2017, 14:37
PS @ Włodzimierz: ubawiła mnie Twoja uwaga, że "pożeniłam dziadków". Bo nie dość, ze wnuczka ich pożeniła, to jeszcze po śmierci dziadka;). (Niech mi ktoś tylko powie, że genealogia jest nudna! Hihi)
PS 2
Hm. Piszesz ""oryginalny" nie jest odpisem ASC!!! bo ASC "szwbachą" nie były" Nie wiem jak się nazywa ta kanciasta czcionka. Gotycka? Ale wtedy by było, że gotyk to średniowiecze i mam się nie wygłupiać;). Konkretyzuję: pisane to było tą niemiecką, specjalną, kanciastą czcionką. Zarówno gotowe, wydrukowane części formularza, jak i to, co ręcznie wpisywał urzędnik (dane stających do ślubu, świadków, data).
No i nie zgadzam się, że to nie jest odpis. No dobra, może nie odpis, a "świadectwo ślubu"? Jak zwał, tak zwał, dokument, który posiadam w domu (realnie istniejący, z epoki) jest urzędowym aktem poświadczającym zawarcie ślubu między danymi osobami.I tak, Sąd mi powiedział, że "ten odpis jest za stary" i że "odpisy są ważne pół roku" i że "mam przedłożyć nowy, aktualny, zwracając się w tym celu do właściwego miejscowo urzędu stanu cywilnego" w Niemczech.
Wiem, WIEM, że ślub nie był pod jurysdykcją polską. Wiem też jednak, że w czasach PRL właściwy dziadkom USC NIE widział potrzeby ani zawierania ślubu (ponownego), ani rejestracji (ponownej), bo ta była jakoby dokonana. Nie wiem jak to jaśniej wytłumaczyć.Wiem też, że akt istnieje. Fizycznie. Gmina Giesen ma to w swoich zasobach akt stanu cywilnego. Nie pytaj mnie na jakiej podstawie. Ja tylko stwierdzam, że ma i że właśnie tak klasyfikowane.Pisałam też, że nie wiem pod jaką jurysdykcją i że "rajch" widnieje po prostu na blankiecie. Tam jest napisane po niemiecku "W imieniu Rzeszy". Od dziadków wiem, że takich ślubów "wyzwoleńców" było tam wtedy dużo i szły "hurtowo". I, wybacz, ale nie będę sprawdzać, jaka to jurysdykcja była. Mam alergię na Giesen;), powiedzmy.Nie wiem jak było naprawdę. Wiem tylko co "stoi" w dokumentach". Może księga jest w ogóle sfałszowana?? Można snuć różne teorie, ja się trzymam faktów. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale ile razy byś mnie o to nie pytał, zawsze powiem to samo: blankiet: "w imieniu Rzeszy", gapa: wycięta z pieczęci, data: czerwiec 1945, błędy w nazwisku babki i imieniu dziadka, księga i wpis w niej fizycznie istnieje i jest to księga stanu cywilnego, bo tak ją traktują sami Niemcy. Wiem też, że ów akt został nieco później w Polsce "zarejestrowany" w Szczecinie, bo tak widnieje na pieczęci. Nie wiem jednak co to za "rejestracja" była. Nie wiem jak to napisać jaśniej.
Jeszcze raz: piszę o istniejącym akcie oraz o jego odpisach. Kolejnych i kolejnych odpisach. Tak, dla sądu muszę wziąć odpis np. aktu urodzenia mojej mamy, mimo że będzie taki sam, jak ten sprzed dwóch lat. Nie drąż tematu dlaczego tak i czego tu nie rozumiem - nie muszę tego rozumieć;). Sąd mi kazał, to przedstawiam. Nie obchodzi mnie kto i co myli. Sąd chce odpis, dostanie kolejny "aktualny i ważny" odpis. I w kontekście polskiego sądu mam na myśli zwyczajny "skrócony odpis aktu stanu cywilnego". Taki jak co dzień uzyskuje tysiące naszych rodaków.
A wracając do problemu, który zapoczątkował ten wątek, to w miejscowym AP w aktach sądu w późnych latach 40-tych widziałam w spisach mnóstwo spraw "o odtworzenie metryki", cokolwiek to oznacza. Tylko u nas robił to sąd, a tam z jakiegoś powodu Rada Narodowa. W praktyce te sprawy wyglądały tak, że delikwent przynosił świadectwo chrztu i/lub stawiał świadków, że się urodził wtedy i wtedy, tu i tu, jako dziecko tych i tych. Chyba podobnie jak dziś to ma miejsce, gdy się sądownie ustala brzmienie aktu stanu cywilnego.Natomiast Przewodniczący Gminnej Rady Narodowej raz mi mignął w aktach, jako organ, przed którym"cywilny" ojciec dziecka uznawał to dizecko, a proboszcz z odrazą wpisywał ten fakt w księgach.
A w Wawie też szukałam rejestracji zagranicznego ślubu. I też jej tam nie ma.
A ten zagraniczny ślub zarejestrowałam (z mojego punktu widzenia: ponownie) w Polsce, tylko dlatego żeby za każdym razem nie kopać się ze Szkopami, tylko z polskiego USC (wybrałam swój) móc normalnie normalne odpisy wyciągać ile razy sąd sobie zażyczy.
PS 2
Hm. Piszesz ""oryginalny" nie jest odpisem ASC!!! bo ASC "szwbachą" nie były" Nie wiem jak się nazywa ta kanciasta czcionka. Gotycka? Ale wtedy by było, że gotyk to średniowiecze i mam się nie wygłupiać;). Konkretyzuję: pisane to było tą niemiecką, specjalną, kanciastą czcionką. Zarówno gotowe, wydrukowane części formularza, jak i to, co ręcznie wpisywał urzędnik (dane stających do ślubu, świadków, data).
No i nie zgadzam się, że to nie jest odpis. No dobra, może nie odpis, a "świadectwo ślubu"? Jak zwał, tak zwał, dokument, który posiadam w domu (realnie istniejący, z epoki) jest urzędowym aktem poświadczającym zawarcie ślubu między danymi osobami.I tak, Sąd mi powiedział, że "ten odpis jest za stary" i że "odpisy są ważne pół roku" i że "mam przedłożyć nowy, aktualny, zwracając się w tym celu do właściwego miejscowo urzędu stanu cywilnego" w Niemczech.
Wiem, WIEM, że ślub nie był pod jurysdykcją polską. Wiem też jednak, że w czasach PRL właściwy dziadkom USC NIE widział potrzeby ani zawierania ślubu (ponownego), ani rejestracji (ponownej), bo ta była jakoby dokonana. Nie wiem jak to jaśniej wytłumaczyć.Wiem też, że akt istnieje. Fizycznie. Gmina Giesen ma to w swoich zasobach akt stanu cywilnego. Nie pytaj mnie na jakiej podstawie. Ja tylko stwierdzam, że ma i że właśnie tak klasyfikowane.Pisałam też, że nie wiem pod jaką jurysdykcją i że "rajch" widnieje po prostu na blankiecie. Tam jest napisane po niemiecku "W imieniu Rzeszy". Od dziadków wiem, że takich ślubów "wyzwoleńców" było tam wtedy dużo i szły "hurtowo". I, wybacz, ale nie będę sprawdzać, jaka to jurysdykcja była. Mam alergię na Giesen;), powiedzmy.Nie wiem jak było naprawdę. Wiem tylko co "stoi" w dokumentach". Może księga jest w ogóle sfałszowana?? Można snuć różne teorie, ja się trzymam faktów. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale ile razy byś mnie o to nie pytał, zawsze powiem to samo: blankiet: "w imieniu Rzeszy", gapa: wycięta z pieczęci, data: czerwiec 1945, błędy w nazwisku babki i imieniu dziadka, księga i wpis w niej fizycznie istnieje i jest to księga stanu cywilnego, bo tak ją traktują sami Niemcy. Wiem też, że ów akt został nieco później w Polsce "zarejestrowany" w Szczecinie, bo tak widnieje na pieczęci. Nie wiem jednak co to za "rejestracja" była. Nie wiem jak to napisać jaśniej.
Jeszcze raz: piszę o istniejącym akcie oraz o jego odpisach. Kolejnych i kolejnych odpisach. Tak, dla sądu muszę wziąć odpis np. aktu urodzenia mojej mamy, mimo że będzie taki sam, jak ten sprzed dwóch lat. Nie drąż tematu dlaczego tak i czego tu nie rozumiem - nie muszę tego rozumieć;). Sąd mi kazał, to przedstawiam. Nie obchodzi mnie kto i co myli. Sąd chce odpis, dostanie kolejny "aktualny i ważny" odpis. I w kontekście polskiego sądu mam na myśli zwyczajny "skrócony odpis aktu stanu cywilnego". Taki jak co dzień uzyskuje tysiące naszych rodaków.
A wracając do problemu, który zapoczątkował ten wątek, to w miejscowym AP w aktach sądu w późnych latach 40-tych widziałam w spisach mnóstwo spraw "o odtworzenie metryki", cokolwiek to oznacza. Tylko u nas robił to sąd, a tam z jakiegoś powodu Rada Narodowa. W praktyce te sprawy wyglądały tak, że delikwent przynosił świadectwo chrztu i/lub stawiał świadków, że się urodził wtedy i wtedy, tu i tu, jako dziecko tych i tych. Chyba podobnie jak dziś to ma miejsce, gdy się sądownie ustala brzmienie aktu stanu cywilnego.Natomiast Przewodniczący Gminnej Rady Narodowej raz mi mignął w aktach, jako organ, przed którym"cywilny" ojciec dziecka uznawał to dizecko, a proboszcz z odrazą wpisywał ten fakt w księgach.
A w Wawie też szukałam rejestracji zagranicznego ślubu. I też jej tam nie ma.
A ten zagraniczny ślub zarejestrowałam (z mojego punktu widzenia: ponownie) w Polsce, tylko dlatego żeby za każdym razem nie kopać się ze Szkopami, tylko z polskiego USC (wybrałam swój) móc normalnie normalne odpisy wyciągać ile razy sąd sobie zażyczy.