Odpowiadam Pani Oli, bo mam wrażenie, że mało kto rozumie na czym polega problem tej sytuacji.
Stowarzyszenie to grupa osób DOBROWOLNIE działająca we wspólnym określonym celu. Zarząd Stowarzyszenia nadaje kierunek działaniom poszczególnych osób i zbiera efekty ich działań. Inaczej mówiąc koordynuje działania jednostek, by grupa realizowała cele wytyczone przez Walne. W każdej indywidualnej sytuacji należy rozważyć jej koszty i korzyści. I podejmować działania by minimalizować pierwsze i maksymalizować drugie. Jeśli Zarząd działa dobrze, to dobrze. Jeśli działa źle to jest zmieniany przez Walne. Oczywistości? Oczywiście.
A teraz ta konkretna sytuacja: ja nie wiem jak do tego doszło, ale widzę jak poszło i to ostatnie jedynie komentuję.
Załóżmy taką sytuację: powierzam określone zadanie określonej osobie - niech będzie - nazwijmy ją Bronkiem. Bronek realizuje to zadanie, ale efekty jego działań nie spełniają moich oczekiwań, a ich część wręcz szkodzi celom, które mam do zrealizowania. Co robić?
Jeśli komunikacja werbalna nie działa, monity mailowe pozostają bez odpowiedzi, pojawiają się warunki, po których spełnieniu dalej brak reakcji (uchwały), próby wysłania mediatora także spalają na panewce - pozostaje jedno: rozwiązanie współpracy. I teraz otwiera się nowa kwestia: forma tego rozwiązania współpracy. Mogę a) zerwać ją natychmiast lub b) mogę poczekać aż wygaśnie i jej nie kontynuować.
W przypadku a) kosztem jest utrata nieodebranych efektów działań Bronka i konieczność neutralizacji niechybnej awantury jego popleczników. Zyskiem jest wyczyszczenie chorej sytuacji i otwarcie pola na sytuację nową. W przypadku b) kosztem jest czas potrzebny na odebranie dotychczasowych i przyszłych efektów działań Bronka. Zyskiem jest brak awantury i zachowanie dotychczasowego dorobku Stowarzyszenia.
Widzę, że Zarząd zdecydował się na konfrontację. OK, ma do tego prawo i widocznie miał swoje powody. TEGO NIE NEGUJĘ. Natomiast zarządzanie to nie tylko wyznaczanie ram formalnych i egzekwowanie ich z biurokratyczną skrupulatnością. Zarządzanie to także umiejętność zarządzania kryzysem, konfliktem, zmianą, komunikacją itp. Są to umiejętności, których się można nauczyć, ale są też ludzie którzy po prostu mają wyczucie, co uchodzi i co nie uchodzi. W większości wypadków to wystarcza.
Tymczasem co widzę tutaj?
Widzę, że członek Zarządu ma problem z utrzymaniem spójnej narracji nie tylko w całości swych wypowiedzi, ale także wewnątrz jednego wpisu - ewidentnie ma problem z formułowaniem pisemnej wypowiedzi, która byłaby spójna wewnętrznie. Podawane fakty nie tylko są wewnętrznie sprzeczne, ale przeczą im publikowane przez innych dokumenty, do których Zarząd odsyła, ale opublikować ich nie chce (bo to wewnętrzna sprawa), ograniczając się do mętnych sugestii, że w szafie są też inne dokumenty potwierdzające rzekomo tę wewnętrznie sprzeczną narrację. Ten jeden harcownik przez pozostałych członków Zarządu nie jest mitygowany, lecz wspierany. To znaczy że nie jest to jego indywidualna szarża, tylko zdanie całego Zarządu.
Przepraszam bardzo, ale jeśli się ktoś decyduje na wojnę to musi być dobrze do niej przygotowany. Nie tylko pod względem uzbrojenia, ale także kompetencji kadry. Jak można to było rozegrać? Jeśli naprawdę naturalne wygaśnięcie współpracy nie mogło zaczekać, to można było przeprowadzić rozmowę z Bronkiem i przygotować się na spokojne racjonalne odparcie ew. ataku. Wpis Bronka żegnający się ze Stowarzyszeniem powinien być UPRZEDZONY podziękowaniem Zarządu za wkład pracy itp. itd. Polemika powinna skupiać się na udokumentowanych faktach, a nie na ocenach. Można było zrobić jeszcze wiele rzeczy, żeby pokazać że to nie jest kwestia aroganckich żądań bezwzględnego respektowania zmienionych w trakcie współpracy zasad, tylko po prostu rozjechanie się celów i trudności komunikacyjne. Można było.
Tymczasem to co można wyłuskać z tej mętnej wody wzajemnych oskarżeń to absurd zarzutów wobec ewidentnych utraconych korzyści. Tysiące zdjęć, setki godzin - są mniej istotne niż zepsuty aparat i fakt, że zdjęcia trafią najpierw nie do mnie. Utrata współpracowników oburzonych tym absurdem także jest nieistotna, bo przecież zasady trzeba respektować. Gdy pojawia się argument, że koszty stuprocentowego przestrzegania zasad są chyba nieco zbyt wysokie pada kontrargument: to co? wolna amerykanka? Walne zobowiązało Zarząd do pilnowania zasad to pilnujemy. Czyli czarno biały świat? A czy Zarząd został zobowiązany przez Walne do eliminacji jakiegoś procenta współpracowników? Trudno powiedzieć z boku.
W korporacji takie formalistyczne podejście może zdałoby egzamin, choć sądzę, że także tam Zarząd jest rozliczany za efekty a nie za procent przestrzeganych zasad.
Szanowny Zarządzie. Jeszcze raz powtórzę: ja nie wiem jak było. Ale widzę jak ten konflikt jest rozwiązywany. I
to co komunikujecie osobom postronnym niesie właśnie taki komunikat. Zatem albo jest problem z komunikacją (co dyskwalifikuje) albo jest problem z zarządzaniem (co również dyskwalifikuje).
Zakończę ten przydługi wpis dykteryjką. Kiedyś w pewnej knajpie gość usiadł do stojącego w rogu sali ogólnodostępnego pianina. Brzdąkał bez ładu i składu, aż stojący za barem kierownik poprosił ochroniarza: weź, Zdzisiek, pacnij go żeby przestał rzępolić. Zdzisiek wstał z krzesła i swoją wielką jak bochen chleba łapą pacnął delikwenta w głowę, aż ten wywrócił się razem ze stołkiem nogami do góry. Przerażony kierownik przybiegł natychmiast i łapiąc się za głowę krzyczy: co ty robisz?!!! powaliło cie???!!! Na to Zdzisiek ze stoickim spokojem, choć lekko zdziwiony odparł: no co? miałem pacnąć to pacłem.
Pozdrawiam Zarząd i życzę Walnemu zastąpienia Zdziśków osobami, które nie będą kompromitować PTG.
