Strona 1 z 1

Wrzesień 1939 we wspomnieniach moich rodziców

: wt 28 wrz 2021, 14:25
autor: Andrzej_Żak
Witam serdecznie

Jakże ważne są utrwalone przez nas wspomnienia rodziców, dziadków i innych krewnych. Spisać i przekazać następnym – to jedyna metoda zachowania w pamięci przyszłych pokoleń choć trochę tego co nasi przodkowie przeżyli. Ich historia to przecież także historia miejsc w których żyli. Chciałbym podzielić się z Wami wiedzą z dziejów swojej rodziny (w myśl zasady: wiedza jest po to by się nią dzielić. Inaczej nie ma sensu). Może kiedyś komuś z poszukiwaczy własnych korzeni będzie to pomocne. Jeden epizod dotyczy wydarzeń z pierwszych dni września 1939 roku opowiedzianych mi przez mojego tatę. Drugi z tego samego czasu opowiedzianych mi przez mamę. Oboje wtedy nie znali się a połączyli się więzami małżeńskimi w 1959 roku. Poniżej to co spisałem:
Według wspomnień mojego taty Henryka Żaka
Na miesiąc przed szóstymi urodzinami taty, w piątek, 1 września 1939 roku armia niemiecka wtargnęła na terytorium Polski. Rozpoczęła się II wojna światowa. Częstochowa znajdowała się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy. Według planów polskiego dowództwa była ważnym rejonem strategicznym, bronionym przez 7 Dywizję Piechoty. Miasto zostało bardzo dobrze przygotowane do zatrzymania nieprzyjaciela. Jednocześnie z budową pozycji obronnych, przeprowadzano kolejne etapy mobilizacji, która przebiegała bardzo sprawnie. Łącznie 7 DP liczyła prawie 17 000 żołnierzy. W piątkowy wieczór 1 września wojska niemieckie stanęły na przedpolach Częstochowy. Dzięki polskiej obronie przeciwlotniczej miasto nie ucierpiało wiele od niemieckich nalotów lotniczych . Głośne odgłosy walk oraz napływ uchodźców z zachodu (opowiadających o swoich przeżyciach i strasznych zbrodniach hitlerowców) spowodowały jednak wybuch paniki wśród ludności cywilnej. Kto mógł starał się uciekać. Wiktor Rel,, mąż Leokadii był przodownikiem Policji Państwowej. Orientował się zapewne lepiej w trudnej sytuacji i możliwych ciężkich walkach czekających miasto. Już 1 września przekonał rodzinę by ta opuściła Częstochowę i wyjechała jak najdalej stąd. Dziadek Stefan zdecydował, że wyjadą do Grabca. Wiktor wynajął dla nich konny wóz z woźnicą. Nie było to w tych dniach zapewne ani łatwe ani tanie. Zabrawszy jedynie niezbędne rzeczy, Stefan i Władysława z Henrykiem oraz jej siostra Leokadia z małymi dziećmi Wiktora: Teresą i niespełna jednorocznym Stanisławem, opuścili zagrożone miasto. Udali się w prawie sześćdziesięciokilometrową podróż na południowy wschód, drogą przez Janów i Lelów do Szczekocin. Było wtedy bardzo słonecznie i ciepło. Nie przypuszczali, że wyjeżdżając żegnają się już na zawsze z Wiktorem (kilka miesięcy później, w kwietniu 1940 roku wraz z kilkoma tysiącami innych policjantów został zamordowany przez sowietów w Twerze i pogrzebany w Miednoje ). Musieli wyruszyć jeszcze 1 lub najpóźniej 2 września, ponieważ po bohaterskich walkach w obronie miasta, 7 DP zagrożona otoczeniem przez obchodzące miasto od północy i południa wojska niemieckie, w nocy z 2 na 3 września wycofała się przez niewielką lukę okrążenia w rejon Janowa i Złotego Potoku. W tym lesistym terenie, dnia 3 września oddziały 7 DP stoczyły bój zakończony rozbiciem polskiej dywizji . Żakowie zdążyli jeszcze przebyć tą drogę zanim wybuchły w tym rejonie walki. Podczas podróży towarzyszyły im jednak dochodzące spod Częstochowy odgłosy salw artyleryjskich i wybuchów. Dziadek po odwiezieniu rodziny do brata Ignacego w Grabcu, planował wracać z woźnicą do Częstochowy. Namówiono go jednak do tego aby pozostał na wsi. Kilka miesięcy później spotkał znajomego woźnicę. Ten potwierdził, że Stefan dobrze zrobił nie wracając z nim do miasta. Opowiedział mu o wydarzeniach zwanych „krwawym poniedziałkiem” w Częstochowie (4 września 1939 r.) . Żołnierze Wehrmachtu tego dnia wymordowali kilkuset mieszkańców w odwecie za skuteczną obronę miasta przez polskich żołnierzy. Podobno hitlerowcy zatrzymywali wtedy do rewizji każdego, szczególnie jeżeli był to młody mężczyzna. W razie znalezienia nawet żyletki, uznawali za niebezpiecznego wroga i rozstrzeliwali na miejscu lub zbiorowo, w kilku miejscach miasta (między innymi przed katedrą).
Po przybyciu do Grabca okazało się jednak, że wcale nie było tu bezpieczniej. Od strony Żarek w kierunku na Szczekociny i Jędrzejów rozpoczęło się natarcie 2 niemieckiej Dywizji Lekkiej. Samoloty niemieckie zbombardowały miasto Szczekociny, niszcząc je w znacznym stopniu. W niedzielę, 3 września na przedmieściach Szczekocin, w rejonie Grabca i Bonowic doszło do ciężkich walk prowadzonych przez żołnierzy z 8 pułku ułanów im. Księcia Józefa Poniatowskiego, dowodzonych przez pułkownika Dunina-Żuchowskiego . W pamięci mojego taty pozostał obraz ułanów przejeżdżających konno przez most na rzece Krztyni w Grabcu. Wielu z nich było rannych i zakrwawionych. Ludność cywilna zaczęła uciekać do pobliskich lasów, między innymi w rejon Rokitna lub Tęgoborza. Wśród nich również rodzina Żaków. 4 września gdy oddziały polskie wycofały się na wschód i walki ustały, ludzie zaczęli wracać do wsi. Zastali tam już wojska niemieckie. Tata opowiadał jak wraz ze swoją mamą przeżyli chwile strachu, gdy razem z grupą innych małych dzieci stali wtedy przy drodze. Jeden z żołnierzy niemieckich skinieniem ręki kazał im się zbliżyć do pojazdu, w którym siedział. Przestraszeni podeszli. Okazało się jednak, że chciał podać im czekoladę. Będąca przy tym Władysława zabroniła dzieciom ją wziąć. Wtedy żołnierz trochę się zdenerwował, odłamał kawałek i zjadł. Pokazał, że nie jest zatruta. Dopiero po tym dzieci przyjęły podarek. Gdy front walk wrześniowych przesunął się już daleko na wschód dziadek Stefan wraz z rodziną wrócił do Częstochowy (nie wiem kiedy dokładnie i w jaki sposób).
Według wspomnień mojej mamy Henryki Olejarskiej:
23 czerwca 1939 roku zakończył się rok szkolny. Moja mama ukończyła klasę pierwszą w szkole w Bargłach (zachowało się świadectwo prezentowane na poprzedniej stronie). Otrzymała promocję do klasy drugiej. Niestety nie dane jej było w tym roku, po wakacjach kontynuować dalszej nauki w szkole. 1 września 1939 roku już od wczesnego rana rozeszła się wieść o wybuchu wojny. Granica z III Rzeszą była nie daleko stąd. Zaledwie 30 km. Ludzie z niepokojem spoglądali w kierunku zachodnim i nasłuchiwali z coraz większą grozą odgłosów zbliżających się wybuchów i strzałów. Co jakiś czas słychać było ryk samolotów przelatujących nad ich głowami. Były to na ogół niemieckie myśliwce oraz bombowce lecące na bombardowanie Częstochowy oraz Żarek. Szosą od zachodu ciągnęły coraz większe tłumy mieszkańców leżącej na zachód Nierady oraz dalszych miejscowości. Wszyscy byli przerażeni. Liczyli, ze znajdą schronienie w rozległych lasach ciągnących się na wschodzie, od Olsztyna po Lelów. Panika udzieliła się wszystkim, także mojej rodzinie Olejarskich. Dziadek Stanisław postanowił część swojego dobytku ukryć w ogrodzie. Wykopał tam pospiesznie dół do którego schował co cenniejsze jego zdaniem rzeczy. Były to jakieś zimowe ubrania (baranica, kożuch, buty) oraz pewno inne sprzęty. Wszystko przysypał ziemią. Działał w wielkim stresie bo później, już po powrocie nie mógł odnaleźć miejsca tego schowka. Babcia Karolina była w jeszcze większym szoku. Do toboła spakowała jakieś jedzenie, trochę podręcznych rzeczy, ubrań, pościel … oraz dwie ciężkie żelazne dusze do żelazka (wtedy, gdy nie było elektryczności, do prasowania używano takich wkładów, które po rozgrzaniu w piecu wkładano do korpusu żelazka). Nie zabrała zaś samego żelazka. Dźwigali z dziadkiem ten tobół. Dopiero po jakimś czasie spostrzegli, że to bez sensu. Niektórzy gospodarze zabrali ze sobą kury, krowy, konie i inne zwierzęta. Olejarscy razem z tłumem innych ludzi z Bargłów uciekali na wschód, przez Borek, Osiny i Poraj do lasów w okolicach Choronia, a następnie w kierunku Złotego Potoku i Janowa. Szli pieszo. Tylko Władysław, który w tym popłochu skaleczył się dotkliwie jakimś gwoździem w stopę jechał na wozie pewnego gospodarza w innym miejscu kolumny. Mama nie wspominała mi, że była z nimi Anna (która była wtedy w ciąży z córką Wiesławą) i jej mąż. Anna. Musieli być wtedy gdzieś indziej. Nie było z nimi również Stefana. W tym czasie przebywał jeszcze w Stalowej Woli. Uciekający starali się trzymać w grupach sąsiedzkich, choć w praktyce nie było to proste w takim harmidrze. Ludzie z różnych wsi szybko wymieszali się miedzy sobą. Pierwszego i drugiego dnia panował względny spokój. Tylko od strony Częstochowy dochodziły odgłosy walk. To żołnierze 7 Dywizji Piechoty skutecznie odpierali ataki Niemców na miasto. Na noc wszystkie dzieci z grupy układano wspólnie do snu na zabranych pierzynach. Dorośli wtedy na zmiany czuwali. Na szczęście wieczory i noce były dość ciepłe. W lesie zdawało się być bezpiecznie. Nie trwało to jednak długo. W niedzielę, 3 września od rana zaczęło się w tych okolicach istne piekło. Już dzień wcześniej Niemcy, nie mogąc zdobyć miasta, zaczęli manewr okrążania od północy i południa. W pagórkowatym i pokrytym wapiennymi ostańcami terenie zaczęli obsadzać strategiczne punkty. W tym samym czasie w sztabie 7DP podjęto decyzję o wycofaniu się wojsk polskich z Częstochowy na południe. W zamykającym się powoli okrążeniu była jeszcze luka w kierunku Olsztyna i Janowa. Z uwagi na szwankującą łączność pomiędzy polskimi oddziałami manewr zrobiono za późno. 3 września wycofujące się w kierunku Janowa oddziały polskie napotkały już Niemców, zarówno piechotę jak i oddziały pancerne. Od wczesnych godzin rannych przez cały dzień w lesistym terenie między Żarkami, Janowem i Lelowem rozproszone oddziały polskie toczyły ciężkie walki. Mama miała wtedy 8 lat i doskonale zapamiętała sytuacje pełne grozy. Kolumny cywilnych uciekinierów zaczęły się przemieszczać w różnych kierunkach aby wydostać się z tego kotła. Mama opowiadała mi jak parę razy ich grupa znalazła się pomiędzy stanowiskami żołnierzy polskich i niemieckich. Zapamiętała szczególnie jedną sytuację, gdy nad ich głowami słychać było świst pocisków i huki nie dalekich wybuchów . To cud, że nikt z rodziny nie zginął. Nie wszyscy z uciekających mieli jednak takie szczęście. Zdarzało się, że mijała trupy zabitych mężczyzn, kobiet i dzieci. Późnym popołudniem ich grupie udało się wreszcie oddalić od miejsc bezpośrednich walk. Postanowiono zatrzymać się na odpoczynek w lesie. Mężczyźni przy leśnej drodze wykopali okopy w których wszyscy się ukryli. Dla bezpieczeństwa rowy przykryto gałęziami drzew. Odgłosy walk powoli cichły. Większość polskich oddziałów została rozbita. Tylko niewielkiej części żołnierzy udało się wyrwać z okrążenia i odejść dalej na wschód, by kontynuować walkę. Rankiem następnego dnia, ukryci pod gałęziami przestraszeni i wymęczeni ludzie usłyszeli warkot zbliżającego się drogą pojazdu. Ktoś z mężczyzn w okopie namawiał innych by się nie ruszać i pod żadnym pozorem nie poddawać. Tymczasem pojazd nadjechał już w pobliże i zwolnił. Był to niewielki niemiecki samochód pancerny uzbrojony w karabin maszynowy. Widocznie jadących w nim Niemców coś zaniepokoiło bo podjechali pod sam brzeg drogi, w pobliże miejsca gdzie schowani byli moja babcia, dziadek, mama i wujek Stanisław. Wspomniany wcześniej mężczyzna dalej półgłosem namawiał by siedzieć cicho i nie wychodzić. Rozległ się szczęk otwieranego zamka karabinu. Siedzący przy nim żołnierz skierował lufę na rów. Wtedy moja babcia Karolina nie wytrzymała. Narobiła wrzasku. Rozgarnęła przykrywające ją gałęzie i poderwała się z ziemi podnosząc ręce do góry. Za nią zrobili tak po kolei inni dorośli i dzieci. Żołnierz przyjrzał się przerażonym ludziom, podniósł lufę karabinu i dał znak kierowcy do odjazdu. Pojazd pojechał dalej. Nikomu nic się nie stało. Wszyscy wyszli z tej bardzo groźnej sytuacji bez szwanku. Nie będzie w tym miejscu żadnej przesady, gdy napiszę, że stało się tak dzięki mojej babci Karolinie. Uratowała życie sobie i innym. Po tym wydarzeniu babcia zadecydowała wracać do Bargieł. Urodziła się pod znakiem skorpiona i faktycznie to ona podobno w rodzinie miała najczęściej decydujący głos. Po trzech dniach tułaczki, w poniedziałek rano, 4 września utrudzeni Olejarscy rozpoczęli wraz z częścią innych ludzi powrót do domu (część uciekinierów bała się i postanowiła jeszcze pozostać w lasach). Wtedy z trwogą myśleli co zastaną w wiosce. Czy ich dom się zachował?. Co ich czeka?. Mieszkańcy wsi, które mijali wystawiali przy drodze kamienne gary z zsiadłym mlekiem dla powracających. W tych dramatycznych chwilach ludzie jak widać starali się pomagać sobie wzajemnie. I to było bardzo krzepiące. Gdy rodzina Olejarskich wróciła do Bargłów okazało się, że dom stał nie naruszony. Podobnie reszta wsi. Szczęśliwie front walk wojennych ominął ten teren . W mieszkaniu nic się nie zmieniło. Poza jedną rzeczą. Na pewno Niemcy byli w środku. Świadczył o tym budzik postawiony na parapecie okna, cyferblatem odwrócony na zewnątrz. Widocznie żołnierze tu stacjonujący lub przechodzący sprawdzali sobie czas.