Tajemniczy prapradziadek
: pn 22 sty 2024, 09:17
Dzień dobry,
już od kilku lat zajmuję się poszukiwaniem mojego prapradziadka, o którym wciąż wiem niewiele, jednakże pojawił się jakiś przełom, a znając Państwa błyskotliwość chciałam poprosić o radę Was, bardziej doświadczonych kolegów.
Moja praprababcia Rozalia Przybyszewska ( ur. 1875 Sztok;Lubowidz - mazowieckie, zm. 1944 Chamsk, mazowieckie) urodziła siódemkę dzieci jako matka niezamężna i zmarła jako panna.
Stanisława (ur. 1896, zm. 1899, Lubowidz)
Jacek (ur. 1899 Rypin, 1919 ślub - Poniatowo)
Walenty (ur.1901, zm. 1901, Lubowidz)
Katarzyna (ur.1904 Lubowidz, zm. 1978 Sławno,Naćmierz)
Józef (ur.1908 Lubowidz, zm. ?)
Władysław (ur.?)
Bolesław (ur. 1918 Bellschwitz (obecnie Bałoszyce powiat suski), zm. 1969 Żuromin)
Moja babcia snuła różne legendy co do tego kim był ojciec jej dzieci i czy był jeden, powiedziała, że pamiętała, że Rozalia i jej mężczyzna podobno wyjeżdżali do Prus Wschodnich do pracy, ale także to, że on był bogaty. Myślałam, że był jakimś dziedzicem, ale udało dotrzeć mi się do starszego kuzyna mojej babci i o to co mi powiedział:
"Gdy miałem 6-7 lat (to był około 1936-1937 rok, Chamsk, mazowieckie - Rozalia i jej dzieci pracowały tam na dworze u dziedziców po przeprowadzce z Lubowidza) podszedł do mnie wysoki, szczupły, postawny mężczyzna w okularach, bez żadnych wąsów i brody, brunet w kapeluszu i w długim, szarym płaszczu, bardzo elegancki, wyglądał światowo, jak gdyby był z zagranicy, zwrócił uwagę wszystkich.
Podszedł do mnie i do innych bawiących się dzieci i spytał który z nich to ja (Ignacy Korzeniak, syn Katarzyny). Gdy podniosłem rękę, on wyciągnął do mnie swoją dłoń żebym ją pocałował i powiedział do mnie - przywitaj się ze swoim dziadkiem. Nie chciałem jej pocałować. Zamiast tego dał mi cukierki, pogłaskał mnie po głowie i sobie poszedł. Już nigdy go nie widziałem.
Mama (Katarzyna) opowiadała o swoim ojcu, że był samotnym żaglowcem, który z nikim się nie przyjaźnił, nikomu się nie kłaniał, ani nikt nie kłaniał się jemu, marzył wiecznie o Ameryce, o tym, jak nam tam by było lepiej, że założyłby przedsiębiorstwo rolnicze, że byliby bogaci. Gdy jeszcze matka (Rozalia) wyjeżdżała do pracy do Prus, to pracowała przy wykopkach, mogła tam zabierać swoje dzieci, kobiety dzieliły się pracą. Tata (ojciec Katarzyny) zarządzał polakami w imieniu właściciela, wyjeżdżał trochę wcześniej przed wszystkimi i czasem też wracał później, ale zawsze wracał.
Nie pracował w polu, jego stanowiska zawsze był nadzorcze albo dozorcze, do Prus wyjeżdżał oficjalnie i moim zdaniem on był Polakiem, ale nikt nie wiedział skąd on był - prawdopodobnie nie pochodził z Lubowidza, ale tam musiał mieszkać i poznać babcię (Rozalię) bo jak inaczej utrzymywałby kontakt z rodziną? Po za tym był sam i nikt mu nie pomagał, wyjeżdżał do Prus by wspomóc rodzinę finansowo, dostrzegał tam zmiany i nowoczesność, których w Polsce brakowało.
Gdy wyjechał do nich po raz ostatni, mówił, że wyjeżdża tam założyć przedsiębiorstwo, wzbogacić się nareszcie byśmy żyli godnie, wyjechał jednak i nigdy nie wrócił, nie dał znaku życia, żadnego listu. Dopiero gdy byłem w wojsku i starałem się by przydzielono mnie do jednostki lotniczej, moim przełożeni spytali mnie "Ty ukrywasz przed nami, że Twój dziadek wyjechał do Ameryki." A ja powiedziałem, że pierwsze słyszę, ale dopiero wtedy zrozumiałem, że on nie do Prus wyjechał tylko za życiem o którym tak marzył. Może chciał nam tam potem ściągnąć, ale po drodze wybuchła wojna i utknął, zmarł sam na obczyźnie? Nie mam pojęcia skąd służby bezpieczeństwa o tym wiedziały, by on przecież oficjalnie w dokumentach dzieci swoich nie widniał, oni mieli jakieś wymyślone imiona powpisywane i panieńskie nazwisko matki."
Niestety Ignacy nie pamięta ani jego imienia, ani nazwiska, wie, że było wymawiane, ale nie pamięta nawet na jaką literę, do czego mogło być podobne. Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa to dlaczego się nie pobrali i przychodzi mi na myśl - wyznanie. Może był ewangelikiem? Myślałam o tym, że mógł być Żydem, ale w moich wynikach DNA nie wyszły żadne takie koligacje. Mam bardzo dużo połączeń z Niemcami, także w stanach, jednakże bez punktu zaczepienia ciężko mi cokolwiek zrobić - większość z nich jeśli wyjechała do Stanów, to dużo wcześniej - 1880 rok, a potem całe rodziny już tam żyły.
Nie wiedząc nawet skąd pochodził, kim tak naprawdę był - obrotnym robotnikiem, który potrafił się dobrze ustawić w życiu, który po prostu miał bardzo przedsiębiorcze marzenia? - szukanie w zbiorach imigracyjnych i na pokładach statków do USA jest jak szukanie igły w stogu siania. Punktem zaczepienia jest też dla mnie Bellschwitz, tam urodził się mój pradziadek i myślę że tam właśnie mogła pracować Rozalia, więc także i on, ale dokumenty stamtąd nie pozwalają mi na tak szerokie interpretacje jak te z zaborów rosyjskich, gdzie często są podane zawody także zgłaszających dzieci.
Z tego co również rozumiem, skoro był samotnikiem i tak skupiał się na nich, to podejrzewam, że wbrew temu co myślałam, nie miał innej, "legalnej" rodziny, co tak naprawdę utrudnia tylko sprawę, bo jeśli nie wziął ani ślubu ani nie miał dzieci, pozostaje mi tylko szukać jego aktu urodzenia, dokumentów emigracyjnych albo pracowniczych itp.
Oczywiście cały czas szukam go w spisach emigracyjnych i listach pokładowych jakiegoś punktu zaczepienia, ale tak się zastanawiam, czy istnieją jakieś zbiory paszportów lub dokumentów wydawanych dla osób które emigrowały w tym okresie do Ameryki np. ze zdjęciami? Znając jego dokładny wygląd byłoby mi łatwiej odrzucać te osoby, może więc to byłby jakiś trop? Trochę brakuje mi pomysłów co tak naprawdę mogę zrobić bez imienia i nazwiska, strzelam, że skoro widziany był po raz ostatni w 1937, to prawdopodobnie właśnie po tej dacie wyjechał.
Co ciekawe, Ignacy powiedział, że on rozmawiał z domownikami na zewnątrz i nie wchodził do środka. Jestem ciekawa czy macie jakieś uwagi lub pomysły kim mógł być, skąd wynikała decyzja, by nie dawać - czy nie móc dać - swoim dzieciom swojego nazwiska. Ściskam was mocno!
już od kilku lat zajmuję się poszukiwaniem mojego prapradziadka, o którym wciąż wiem niewiele, jednakże pojawił się jakiś przełom, a znając Państwa błyskotliwość chciałam poprosić o radę Was, bardziej doświadczonych kolegów.
Moja praprababcia Rozalia Przybyszewska ( ur. 1875 Sztok;Lubowidz - mazowieckie, zm. 1944 Chamsk, mazowieckie) urodziła siódemkę dzieci jako matka niezamężna i zmarła jako panna.
Stanisława (ur. 1896, zm. 1899, Lubowidz)
Jacek (ur. 1899 Rypin, 1919 ślub - Poniatowo)
Walenty (ur.1901, zm. 1901, Lubowidz)
Katarzyna (ur.1904 Lubowidz, zm. 1978 Sławno,Naćmierz)
Józef (ur.1908 Lubowidz, zm. ?)
Władysław (ur.?)
Bolesław (ur. 1918 Bellschwitz (obecnie Bałoszyce powiat suski), zm. 1969 Żuromin)
Moja babcia snuła różne legendy co do tego kim był ojciec jej dzieci i czy był jeden, powiedziała, że pamiętała, że Rozalia i jej mężczyzna podobno wyjeżdżali do Prus Wschodnich do pracy, ale także to, że on był bogaty. Myślałam, że był jakimś dziedzicem, ale udało dotrzeć mi się do starszego kuzyna mojej babci i o to co mi powiedział:
"Gdy miałem 6-7 lat (to był około 1936-1937 rok, Chamsk, mazowieckie - Rozalia i jej dzieci pracowały tam na dworze u dziedziców po przeprowadzce z Lubowidza) podszedł do mnie wysoki, szczupły, postawny mężczyzna w okularach, bez żadnych wąsów i brody, brunet w kapeluszu i w długim, szarym płaszczu, bardzo elegancki, wyglądał światowo, jak gdyby był z zagranicy, zwrócił uwagę wszystkich.
Podszedł do mnie i do innych bawiących się dzieci i spytał który z nich to ja (Ignacy Korzeniak, syn Katarzyny). Gdy podniosłem rękę, on wyciągnął do mnie swoją dłoń żebym ją pocałował i powiedział do mnie - przywitaj się ze swoim dziadkiem. Nie chciałem jej pocałować. Zamiast tego dał mi cukierki, pogłaskał mnie po głowie i sobie poszedł. Już nigdy go nie widziałem.
Mama (Katarzyna) opowiadała o swoim ojcu, że był samotnym żaglowcem, który z nikim się nie przyjaźnił, nikomu się nie kłaniał, ani nikt nie kłaniał się jemu, marzył wiecznie o Ameryce, o tym, jak nam tam by było lepiej, że założyłby przedsiębiorstwo rolnicze, że byliby bogaci. Gdy jeszcze matka (Rozalia) wyjeżdżała do pracy do Prus, to pracowała przy wykopkach, mogła tam zabierać swoje dzieci, kobiety dzieliły się pracą. Tata (ojciec Katarzyny) zarządzał polakami w imieniu właściciela, wyjeżdżał trochę wcześniej przed wszystkimi i czasem też wracał później, ale zawsze wracał.
Nie pracował w polu, jego stanowiska zawsze był nadzorcze albo dozorcze, do Prus wyjeżdżał oficjalnie i moim zdaniem on był Polakiem, ale nikt nie wiedział skąd on był - prawdopodobnie nie pochodził z Lubowidza, ale tam musiał mieszkać i poznać babcię (Rozalię) bo jak inaczej utrzymywałby kontakt z rodziną? Po za tym był sam i nikt mu nie pomagał, wyjeżdżał do Prus by wspomóc rodzinę finansowo, dostrzegał tam zmiany i nowoczesność, których w Polsce brakowało.
Gdy wyjechał do nich po raz ostatni, mówił, że wyjeżdża tam założyć przedsiębiorstwo, wzbogacić się nareszcie byśmy żyli godnie, wyjechał jednak i nigdy nie wrócił, nie dał znaku życia, żadnego listu. Dopiero gdy byłem w wojsku i starałem się by przydzielono mnie do jednostki lotniczej, moim przełożeni spytali mnie "Ty ukrywasz przed nami, że Twój dziadek wyjechał do Ameryki." A ja powiedziałem, że pierwsze słyszę, ale dopiero wtedy zrozumiałem, że on nie do Prus wyjechał tylko za życiem o którym tak marzył. Może chciał nam tam potem ściągnąć, ale po drodze wybuchła wojna i utknął, zmarł sam na obczyźnie? Nie mam pojęcia skąd służby bezpieczeństwa o tym wiedziały, by on przecież oficjalnie w dokumentach dzieci swoich nie widniał, oni mieli jakieś wymyślone imiona powpisywane i panieńskie nazwisko matki."
Niestety Ignacy nie pamięta ani jego imienia, ani nazwiska, wie, że było wymawiane, ale nie pamięta nawet na jaką literę, do czego mogło być podobne. Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa to dlaczego się nie pobrali i przychodzi mi na myśl - wyznanie. Może był ewangelikiem? Myślałam o tym, że mógł być Żydem, ale w moich wynikach DNA nie wyszły żadne takie koligacje. Mam bardzo dużo połączeń z Niemcami, także w stanach, jednakże bez punktu zaczepienia ciężko mi cokolwiek zrobić - większość z nich jeśli wyjechała do Stanów, to dużo wcześniej - 1880 rok, a potem całe rodziny już tam żyły.
Nie wiedząc nawet skąd pochodził, kim tak naprawdę był - obrotnym robotnikiem, który potrafił się dobrze ustawić w życiu, który po prostu miał bardzo przedsiębiorcze marzenia? - szukanie w zbiorach imigracyjnych i na pokładach statków do USA jest jak szukanie igły w stogu siania. Punktem zaczepienia jest też dla mnie Bellschwitz, tam urodził się mój pradziadek i myślę że tam właśnie mogła pracować Rozalia, więc także i on, ale dokumenty stamtąd nie pozwalają mi na tak szerokie interpretacje jak te z zaborów rosyjskich, gdzie często są podane zawody także zgłaszających dzieci.
Z tego co również rozumiem, skoro był samotnikiem i tak skupiał się na nich, to podejrzewam, że wbrew temu co myślałam, nie miał innej, "legalnej" rodziny, co tak naprawdę utrudnia tylko sprawę, bo jeśli nie wziął ani ślubu ani nie miał dzieci, pozostaje mi tylko szukać jego aktu urodzenia, dokumentów emigracyjnych albo pracowniczych itp.
Oczywiście cały czas szukam go w spisach emigracyjnych i listach pokładowych jakiegoś punktu zaczepienia, ale tak się zastanawiam, czy istnieją jakieś zbiory paszportów lub dokumentów wydawanych dla osób które emigrowały w tym okresie do Ameryki np. ze zdjęciami? Znając jego dokładny wygląd byłoby mi łatwiej odrzucać te osoby, może więc to byłby jakiś trop? Trochę brakuje mi pomysłów co tak naprawdę mogę zrobić bez imienia i nazwiska, strzelam, że skoro widziany był po raz ostatni w 1937, to prawdopodobnie właśnie po tej dacie wyjechał.
Co ciekawe, Ignacy powiedział, że on rozmawiał z domownikami na zewnątrz i nie wchodził do środka. Jestem ciekawa czy macie jakieś uwagi lub pomysły kim mógł być, skąd wynikała decyzja, by nie dawać - czy nie móc dać - swoim dzieciom swojego nazwiska. Ściskam was mocno!