Dzięki Waszej pomocy zostało odnalezione Stiepnoj (mowa o nim w postach z linków). Nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie czy osada, której szukam te to miejsce. Przytoczę tu fragment wspomnień spisany po latach przez babcię na potrzeby Związku Sybiraków. Proszę o weryfikację czy to Stiepnoj to poszukiwane przeze mnie Stepnij (niestety zapis fonetyczny nie oddaje w 100% cyrylicy). Chciałem zwrócić uwagę na pojawiającą się miejscowość Akembińsk i zwrot "za granicę co sugerowałoby z ZSRR do Kazachstanu - Guzar".
Pewnego dnia, nie pamiętam daty pociąg zatrzymał się w stepie, daleko od ludzkich domostw, gdzie przeładowali nas na samochody ciężarowe, które wiozły nas po stepie, bo w całej okolicy nie było dróg. Podrzucało nas tak w górę, że moja mama uderzyła się tak silnie w klatkę piersiową, że nie mogła złapać oddechu, myśleliśmy, że umiera - byliśmy w rozpaczy, krzyczeliśmy ale był to krzyk nadaremny. Ojciec trzymał mamę na rękach, by ją jakoś dowieźć żywą do miejsca przeznaczenia. Ja wciąż myślałam, że poronię, bo byłam w trzecim miesiącu ciąży, tak nas rzucało w tym aucie. I tak dojechaliśmy jakoś szczęśliwie przy pomocy Bożej. Po wyładowaniu nas na stepie, dość daleko od tego posiołka kazali nam tam iść i szukać sobie kwatery. Rodziny małe, składające się z dwóch lub trzech osób znalazły prędzej jakieś pomieszczenie, a nas było czworo, więc trudno było znaleźć jakiś przytułek. Po długim poszukiwaniu znaleźliśmy opuszczony dom z jedną izbą mieszkalną, w której zamieszkaliśmy razem z trzema innymi rodzinami - w sumie dziesięć osób. Po zrobieniu posłań na ziemi pozostał jeden metr kwadratowy do chodzenia i tak jak jedna osoba gotowała, to inne musiały siedzieć na swoich posłaniach. Do gotowania służył piec z otworem na jeden garnek żelazny o pojemności około trzech litrów, w związku z tym każda rodzina gotowała osobno, jadło się raz dziennie - z powodu braku żywności i paliwa. Ziemniaki lub mąkę nie można było kupić tylko dostać na zamianę za odzież. Kto coś więcej rzeczy przywiózł z sobą, to jakoś sobie radził, a my jak wspomniałam na początku, prawie wszystką odzież zostawiliśmy, tak że było nam bardzo ciężko. Z ojcem poszłam do roboty, innej nie było jak na stepie przy robieniu dróg lub przy nawadnianiu ogrodów warzywnych. Jako wynagrodzenie za ośmiogodzinną pracę dostawało się jeden kilogram chleba i zupę na obiad. Tym chlebem trzeba się było dzielić z tymi co pozostali w domu - starszymi i dziećmi. W ZSRR była zasada "jak nie rabotajesz, to nie kuszajesz". Jak pracowałam najpierw z ojcem, to jakoś ten chleb nam wystarczał, ale w październiku urodziłam syna Ryszarda. W tym okresie w Rosji było już bardzo zimno, woda zamarzła, więc do pracy się nie chodziło, a co za tym idzie nie dawali chleba ani zupy. Trzeba było samemu gotować. Trzy dni po urodzeniu dziecka ojciec wyszedł z domu załatwić choć trochę chleba, ale trzeba było przejść przez kładkę, która była oblodzona. Ojciec poślizgnął się i wpadł do zimnej wody. Przywieźli go do domu na wozie, prawie całego zamarzniętego, połowa ciała była sparaliżowana i nie mógł nic mówić. Ludzie, którzy go przywieźli opowiedzieli jak to było. Po czterech dniach, bez pomocy lekarskiej umarł, bo lekarz był przy poborze ludzi do wojska. Zostałam ze starą matką i dwojgiem małych dzieci, w tym jedno przy piersi, a co jeszcze było okropne, że z tego zmartwienia po śmierci ojca straciłam pokarm. Musiałam kupować mleko i wymieniać ostatnie rzeczy, które mi zostały. Pochowaliśmy ojca na stepie, niby miał to być cmentarz, ale na nim nie było ani krzyżyka, ani kamienia, żeby można oznaczyć gdzie jest jego grób. Na pogrzebie była tylko matka i współlokatorka. Matka tak się przeziębiła, że dostała obustronnego zapalenia płuc, przechorowała całą zimę. Tylko miłosierdzie Boże zostawiło mi matkę, która mogła zostać przy dzieciach, bo ja musiałam iść do pracy. Wiosną 1941 roku formalnie nie było co jeść, gotowałam tak zwany "czyr" - mąkę przemieloną na żarnach na wpół z kąkolem sypało się na gorącą wodę i tak po zagotowaniu zalewało się mlekiem z centryfugi. Tak było ciężko, że mama mi raz powiedziała żeby jej położyć kawałek chleba, na który mogłaby się choć popatrzyć, to już nie będzie czuła tak głodu, albo żebym poszła na step i przyniosła jej jakąś padlinę, tak już tego czyru jeść nie mogła. W latach głodu Rosjanie łapali i jedli susły. Co było robić, trzeba było i nam iść te susły łapać. Były to stworzenia wielkości niedużych kotów, przypominające wyglądem skrzyżowanie świstaka za szczurem. Trzeba było w celu złapania susła wlewać do jego nory tak dużo wody, aż wystawił głowę z nory, za którą się łapało i zabijało. Nie jestem w stanie opisać to wszystko w detalach, bo na samo wspomnienie mrozi mi całe ciało, ale robiłam to dla matki i żeby przeżyć. W lecie musieliśmy uzbierać na zimę jakiś opał. Zbierało się tak zwane "kiziaki" - był to wysuszony nawóz krowi, który zbierałam po stepie z siedmioletnim synem Adamem, żeby zimą było na czym zagotować choć raz dziennie jakieś pożywienie, bo o ogrzewaniu nie było nawet mowy w rosyjskich domach. Pisząc to, sama sobie nie wierzę, że tak można było żyć. Zimy były jeszcze gorsze, bo się już nie chodziło do pracy i nie przynosiło do domu tego jednego kilograma chleba, trzeba było zdobyć trochę pszenicy z kąkolem, zemleć na żarnach i piec placki na patelni. W zimie śnieg zasypywał okna i drzwi tak, że często ludzie odkopywali nas żeby można było wyjść z tej lepianki, odkopać śnieg od okna i wpuścić światło do wewnątrz, a żadnego oświetlenia wewnątrz nie było. Przy większych opadach nie było widać lepianek spod śniegu, tylko wydobywający się dym z kominów. Po tym można było rozpoznać, że pod śniegiem jest lepianka. W tych terenach były silne zamiecie. Jak w tym czasie ktoś był na stepie, nawet z końmi i saniami, to były wypadki zasypania i pobłądzenia. Ja miałam swoje posłanie pod oknem, gdzie spałam z dzieckiem, a w izbie było tak zimno, że woda zamarzała w wiadrze. Rano jak dziecko budziło się, to jadło ten placek i popijało wodą spod lodu, ale mimo to młodszy syn - Rysiek, który miał w tym czasie półtora roku chował się zdrowo. Starszy syn Adam dostał szkorbut, bo dziecko nie jadło żadnych owoców lub warzyw i wszystkie ząbki mleczne mu wypadły, a z dziąseł ciekła ropa, bałam się, że drugie zęby w ogóle mu nie wyrosną. Dopiero w roku 1942 na wiosnę jak generał Sikorski utworzył Wojsko Polskie w Rosji i ci mężowie, którzy tam byli w lagrach na północy, gdzie były białe noce - zostali zwolnieni i wcieleni do wojska wszystko się zmieniło. Żołnierze, którzy mieli adresy swoich rodzin mogli je zabrać za granicę. Miałam szczęście, że do tych rodzin i ja należałam, gdyż mój mąż miał nasz adres. Po utworzeniu jednostki wojskowej w Akembińsku, przewieźli ich do Guzar, skąd mój mąż przyjechał po nas w 1942 roku. W kwietniu w tym czasie była u nas jeszcze zima. Wyjechaliśmy saniami z miejscowości Stepnij do Akembińska, a stamtąd pociągiem do Guzar, gdzie były upały do 50 stopni C.