Strona 1 z 2

Rodzinne historie

: śr 24 gru 2014, 20:44
autor: Jancarczyk_Piotr
Witam w ten wigilijny wieczór :)

Od jakiegoś czasu chodził mi pomysł na ten post, który może umrze śmiercią naturalną a może nie ;)

Czy macie jakieś, nie wiem jak to nazwać, anegdoty, historie rodzinne, które się słyszało ale nie mieliście jeszcze możliwości ich zweryfikowania?

Ja na przykład mam kilka historii, które krążą po mojej rodzinie np.:

o tym, że jedna z moich babć przepiła dziadkowi młyn (faktycznie potem się okazało, że dwóch moich dziadków było młynarzami ale dalej nie wiem, która to uczyniła).

Druga historia to, że gdzieś w Polsce jest kaplica ufundowana przez mojego przodka.

Następna to taka, że mój przodek brał udział w Odsieczy Wiedeńskiej i ponoć wziął brankę jako żonę. Tylko nie wiem z której strony czy od ojca czy mamy :) może, że od ojca, bo jak Ewa mi napisała w temacie o pochodzeniu nazwiska, to ponoć według pana Rymuta, moje nazwisko pochodzi od Janczarów.

Piotrek

Rodzinne historie

: śr 24 gru 2014, 22:27
autor: Sawicki_Julian
Witam Piotrek, temat na wigilię czyli trochę nie taki na co dzień.
Kiedy miałem może ze siedem lat od osoby bliskiej rodziny usłyszałem jako żart, ze nasz pradziad to przegrał w karty majątek, upłynęło może z 50 lat i to samo słyszałem od jego syna z określeniem ze tego czegoś było 60 tysięcy rubli czy mórg, nie wiadomo. Dało się i to ustalić ze tak było, natrafiłem na dawny dwór który w roku 1926 był przez moich stryjków na parcele sprzedany, sam środek 50 mórg, czyli zabudowania z ogrodem i podwórkiem i alejkami był ponoć przegrany w karty z notariuszem, ten notariusz w roku 1942 odsprzeda ten 50 mórg i zapisał to jako notariusz i właściciel ; pozdrawiam - Julian

Rodzinne historie

: śr 24 gru 2014, 22:53
autor: jakozak
Z tym przegraniem majątku w karty to było i u mnie. Zapewne to nieprawda, chociaż może zrzeczenie się w 1811 roku majątku przez braci Podczaskich na rzecz Sylwestra Łempickiego i pod spodem jakieś straszne słowo windykacja mogło jednak o tym świadczyć. Dzieci poszły do ludzi, był jakiś regestr mebli po ich ojcu, a moim pra...dziadku. A w ogóle to potem znalazł się jakiś dziad ubogi o tym samym imieniu i nazwisku. Może i być coś na rzeczy.

Jeden z moich pra...dziadków bajecznie bogaty kupiec ze Lwowa podobno przekupił chana tatarskiego milionem złotych w 1651 roku i ten przestał nękać polskie wojsko, w związku z czym została wygrana przez Polaków bitwa pod Beresteczkiem. Z tego powodu otrzymał tytuł szlachecki i tytuł sekretarza królewskiego.

Miałam też w rodzinie mojego taty "babkę rajzerkę" - moją pra...babcię. Lata emigracji do Ameryki na początku XX wieku. Miała syna w Polsce i w Ameryce. Mieszkała w Polsce. Pewnego dnia znikła. Kamień w wodę. Znalazła się po jakimś czasie w Ameryce. A potem znowu znikła i odnalazła się znów w Polsce u pierwszego syna.

: czw 25 gru 2014, 08:04
autor: Jancarczyk_Piotr
aż miło czytać takie historie, ja jeszcze dodam opowiadanie jakie usłyszałem od dziadka w latach 80tych o zakopanym "czymś" w ogrodzie w Grodźcu.
Niestety później dom z ogrodem został sprzedany i tajemnicę wziął ze sobą.

: czw 25 gru 2014, 09:58
autor: Bodek
Dzień dobry.

W moich przekazach rodzinnych, było więcej „bajdurzenia”, ale kiedy to „cóś” się przesieje, to zostanie kilka ziarenek prawdy. Ale nie o tym. Kilka lat temu za pośrednictwem moich ukochanych cioć, trafił do mnie pewien dokument dotyczący członków mojej rodziny. List ten przeleżał długo w przysłowiowej szufladzie,
ale widzę, że nadarza się okazja, aby ujrzał światło dzienne. Z mojej strony to takie - Ku pamięci.
Bowiem osoba spisująca ten fakt jak i sam bohater już nie żyją. Poniżej treść:

Sopot dnia 25.X.1990

ARCHIWUM WSCHODNIE
Warszawa
Krakowskie Przedmieście 25
W związku z apelem, przekazywanym wielokrotnie przez TVP, o dokumentowanie historii Polaków, którzy byli represjonowani po 17 września 1939 roku przez władze radzieckie przesyłam poniższą relację, spisana przeze mnie w oparciu o rozmowy, prowadzone w ramach rodzinnych wspomnień z wujem mojej żony, zmarłym przed kilku laty, Włodzimierzem SAWICKIM.
A oto opowieść Włodka, który przed wojną wiódł żywot urzędnika pocztowego w różnych miejscowościach na Kresach R.P. w bliskości granicy sowieckiej. Ta bliskość granicy, jak się później okazało, miała wpływ na opisane wojenne losy Włodka. Będąc młodym kawalerem prowadził czynne życie towarzyskie, bardzo często w gronie tamtejszych pracowników Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP). Z tych spotkań miał wiele fotografii w otoczeniu ludzi w mundurach KOP. Gdy wybuchła wojna pracował na poczcie w Prużanie, na wschodnim krańcu Puszczy Białowieskiej. Miał wówczas 28 lat. Dość szybko, bo gdzieś koło 10 września przyszło polecenie ewakuacji Urzędu Pocztowego. Ewakuacja odbywała się małym autobusem. Włodek wziął ze sobą futro oraz walizkę z rzeczami osobistymi, a także dużą ilość różnych pamiątkowych fotografii, w tym także wyżej wspomniane zdjęcia z przyjaciółmi z KOP. Podróż ewakuacyjna zakończyła się 17 września, po wkroczeniu wojsk radzieckich. Z chwilą zaistnienia możliwości powrotu do Prużan, uzyskano przepustkę i wyruszono autobusem w drogę powrotną. W czasie jazdy przez tereny leśne i porą nocną (co było wielkim błędem) autobus został zatrzymany czerwonymi światłami przez wojskowych rosyjskich. Gdy przedstawiono oficjalnie uzyskaną przepustkę oficer radziecki oświadczył, że przepustka jest sfałszowana, bo nie ma trójkątnej pieczątki, że „jesteście szpiony” i skierował autobus pod nadzorem wojskowym na wschód. Przekroczono dawną granicę Polski, po czym autobus dotarł do Kozielska, gdzie jak się okazało był wielki obóz „przejściowy”, w którym segregowano ludzi w wyniku prowadzonych przesłuchań. Część zwolniono do domu, a innych odsyłano w nieznane. Robiąc w trakcie przesłuchania rewizję walizki Włodka znaleziono owe nieszczęsne zdjęcia, na których widnieli ludzie w mundurach KOP. W ten sposób NKWD doszło do wniosku, że Włodek, będący na zdjęciach w cywilu (bo nim był) jest nikim innym, jak agentem wywiadu KOP. W konsekwencji, w wyniku dokonanej segregacji, znalazł się tam, gdzie zgromadzono, jak już dziś wiemy, wszystkich wojskowych KOP tzn. w Ostaszkowie. Po przybyciu do obozu na wyspie i zakwaterowaniu w starym klasztorze zapadła cisza jeśli chodzi o Włodka. Na terenie obozu było wiele tysięcy ludzi z policji, KOP, sędziowie i prokuratorzy, a także ziemianie. Codziennie wywoływano ludzi na przesłuchanie, ale także odczytywano listy ludzi, którym kazano zgłaszać się „z wieszczami”. Gdy przez dłuższy czas nic się nie działo z Włodkiem, zaczął się denerwować, ale równocześnie rozmyślać, co dalej robić. I oto nadarzyła się okazja do podjęcia karkołomnej decyzji. Zauważył mianowicie, że kilkakrotnie wymieniano nazwisko człowieka, który się nie zgłaszał. Więc zaryzykował i krzyknął ”jest”. Wówczas enkawudzista zapytał: „Kak imie otczestwa?” Było to pytanie zaskakujące, ale Włodek wykrzyknął bez zastanowienia byle jakie. Na to enkawudzista spokojnie powiedział „wot oszypka”, przekreślił tamto imie otczestwa i wpisał nowe, podane przez Włodka. Kolejna komenda: zabieraj rzeczy. Ludzi w ten sposób wybranych skierowano pod konwojem do przystani i załadowano na statek. Jeszcze tam oficer NKWD pilnie obserwował przybyłych, a Włodek starał się unikać jego „przenikającego na wskroś” spojrzenia. Po pewnym czasie statek dopłynął do przystani w Ostaszkowie. Stamtąd skierowano pasażerów na dworzec kolejowy, gdzie czekał na nich pociąg, przybrany kwiatami i transparentami, reklamującymi ojczyznę komunizmu. Obok pociągu stały stoły pełne jedzenia. Pociąg ruszył kierując się na Brześć. Z dworca w Brześciu ludzi przeprowadzono na most na Bugu, jeszcze tam NKWD bacznie obserwowała każdą osobę. Wreszcie znaleziono się na stronie niemieckiej, a następnie w obozie, niedaleko granicy, który był tzw. „Ubergangslager”. Po przejściu przez odwszalnię rozmieszczono ludzi w barakach. Nie jestem w stanie dziś sobie przypomnieć, kim wg oceny Włodka byli ludzie, zgrupowani w obozie po przybyciu z ZSRR, czy byli to ludzie zamieszkujący do wojny tereny, które Niemcy włączyli po wojnie do Rzeszy, czy ludzie którzy podali się za Niemców? Włodek bacznie obserwował życie obozowe, myśląc znów o wyrwaniu się z obozu. Stwierdził, że w każdą niedzielę przychodzili do obozu odwiedzający, że kontrola na bramie przy wychodzeniu tych ludzi była bardzo pobieżna. Pewnej niedzieli zaproponował młodej odwiedzającej kobiecie, aby mu przy następnej wizycie przyniosła ubranie (on sam był już w łachmanach) oraz przyrządy do golenia i razem z nim wyszła. Kobieta zgodziła się, przyniosła ubranie i razem z nim wyszła z obozu wieczorem, udając parę zakochaną, strażnik nie zareagował. I w ten sposób Włodzimierz Sawicki stał się jednym z nielicznych żyjących, którzy przebywali zarówno w Kozielsku, jak i w Ostaszkowie. O tej swojej przygodzie mówił w wielkim zaufaniu tylko rodzinie, zdając sobie sprawę z tego, co może go czekać ze strony NKWD i współpracującego z nim UB. Włodzimierz Sawicki zmarł w 1985 roku, wobec czego mogę zdradzić Jego tajemnicę. Wydarzenia wyżej opisane rozegrały się wg mojej oceny pomiędzy 17 września 1939 roku, a końcem listopada 1939 roku, bowiem statek na jeziorze Seligier nie mógł kursować między Ostaszkowem, a wyspą w okresie zimy, gdy jezioro zamarza. Wówczas, jak dziś wiemy, transport odbywał się po lodzie, autami, saniami lub pieszo w przypadku więźniów.

A. Bohdanowicz.

Jako ciekawostkę podam, że autor listu w ósmej klasie siedział z Karolem Wojtyłą w jednej ławce. Był młodszy od Papieża tylko jeden dzień.

Miłego świętowania,

Bogdan.

: czw 25 gru 2014, 12:20
autor: Jancarczyk_Piotr
Bogdanie, pan Włodek miał rzeczywiście dużo szczęścia ale i też nie brakowało mu odwagi. Czasem jak się czyta takie historie to cierpnie skóra.

W mojej rodzinie, nie mówiło się prawie w ogóle o losach mojego pradziadka (było to owiane tajemnicą a jego losy były traktowane przeze mnie jako rodzinna legenda).

Wiedziałem tylko, że pradziadka (jako jedynego ze wsi) wywieźli Rosjanie czy Polacy zaraz po wyzwoleniu Świętoszówki do Mysłowic gdzie prawdopodobnie zginął. Kwerenda w IPN nic nie przyniosła.
Stwierdzili w piśmie, że w archiwum IPN w Katowicach nic nie ma o moim pradziadku.

Aż pewnego razu udało mi się dotrzeć do aktu zgonu mojego pradziadka (o zgrozo jakiś urzędnik źle wpisał miejsce urodzenia i zamieszkania mojego pradziadka), potem po paru perypetiach otrzymałem z IPN kompletne akta jego sprawy (zginął 29.8.1945 r. w polskim obozie pracy "Rosengarten" w Mysłowicach, 8 dni po tym jak jego żona i syn podpisali deklarację wierności).

Zresztą są jeszcze "mroczne tajemnice rodzinne" o których w ogóle nie wiedziałem a które odkryłem. Ale jeszcze więcej pewnie czeka na odkrycie.

: czw 25 gru 2014, 12:52
autor: Gośka
chyba w każdej rodzinie jest opowieść o majątku i bogactwie w rodzinie. Ja też dowiedziałam się, że moi 2x pradziadkowie posiadali takowy - tak zdarzyło się że dwóch moich 2xpradziadków byli braćmi rodzonymi :shock: Usłyszałam, że majątek był ale jeden z braci (albo Jan albo Michał dokładnie nie wiadomo) w 1863 roku współpracował z Moskalami i utrzymał swoją część a drugi, który był Powstańcem stracił swoją część i tym samym majątek przepadł. No i co okazuje się - Jan urodził się w 1849 więc miał lat 14 a Michał urodzony w 1845 miał lat 18 (była jeszcze siostra Katarzyna urodzona w 1842), ojciec ich zmarł w 1854 a matka w 1852. Nigdzie nie trafiłam na ich nazwisko, żeby na terenie gdzie mieszkali całe życie byli właścicielami majątków :) Jakoś nie mogę wyobrazić sobie, że któryś z nich coś takiego zrobił. Żadne z nich nie potrafiło pisać, ojciec opisany jako rolnik i gdzie tu miejsce na majątek :wink: Myślę, że powinnam cieszyć się, że w ogóle przeżyli po śmierci rodziców, bo inaczej mnie by nie było, a tak jestem :D Jest jeszcze jedna historia o nich - Dziedzic zabił ich ojca a Jana wziął na wychowanie do siebie. I Jan wychowywał się z dziećmi dziedzica, nauczył się grać na jakichś instrumentach. Ale dlaczego tylko on? :shock: Czyżby to był jego syn? Ale tu można tylko uruchomić wyobraźnię :lol:
Pozdrawiam świątecznie - Gośka :)

: czw 25 gru 2014, 13:57
autor: dorocik133
Ja mam też pewną ciekawostkę. Otóż od zawsze wiedziałam, że moj pradziadek brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zdegradowany do pełnienia podrzędnej funkcji w jednym z warszawskich sądów. Nie tak dawno natomiast wpadł w moje ręce dokument mówiący o tym, że pradziadek brał udział w powstaniu będąc zakonnikiem Karmelitą kościoła przy ulicy Leszno jako zakonnik jałmużnik.
W roku 1865 bierze ślub z moją prababcią. Zastanawia mnie więc fakt jak się ma bycie Karmelitą (nawet po rozpędzeniu klasztoru przez Rosjan) do wstąpienia w związek małżeński. Informacja wiarygodna, bo spisana została przez Jego syna

: ndz 28 gru 2014, 21:19
autor: Vasquez
Moją legendą rodzinną zawsze było to, iż pochodzimy od dość znanego rodu h. Kościesza. I że prawdopodobnie majątek i szlachectwo zostało utracone po Powstaniu Styczniowym, kiedy to postanowili się osiedlić na Podkarpaciu. Jednak jak wynika z moich ustaleń moja rodzina była w małej miejscowości na Podkarpaciu owszem, ale od przynajmniej 1730 roku - najstarszy znany przodek był rzeźnikiem, a wśród potomków dominują tkacze, szewcy, snycerze. :)

Inną legendą z innej gałęzi - praprapradziadek miał wziąć udział w Powstaniu Styczniowym i wtedy polec. Co do udziału w Powstaniu nie udało mi się tego potwierdzić lub zdementować, ale na pewno w 1865r. rodzi mu się syn, więc nie zginął na pewno. :)

: ndz 28 gru 2014, 22:00
autor: Bryś_Martyna
U mnie są takie legendy:
1) Mój prapradziadek z Chotowa miał ponoć bardzo dużo pieniędzy, ale żył ponad stan. Dodatkowo, przegrał z Żydami w karty pieniądze i ziemię. Dlatego postanowił wyjechać do Francji, aby trochę zarobić. Miał wrócić po kilku miesiącach, ale został na czterdzieści lat i tam zmarł. Praprababka ciągle na niego czekała, a on nawet nie chciał utrzymywać z nią kontaktu. Ponoć w Cernay miał kochankę i trójkę dzieci (w Polsce zostawił dziewięcioro maleńkich). Opowieści o ogromnych dobrach okazały się prawdziwe, kilkanaście lat temu mój wujek, który odziedziczył gospodarstwo po swoim ojcu, synu Franciszka, skupował ziemie, które siedemdziesiąt lat wcześniej stracił jego dziadek. W dużej mierze odzyskał ziemię, oprócz tych najbardziej żyznych.
2) Brat mojej prababci był w armii Andersa i walczył pod Monte Cassino. Musiał uciekać z Polski, bo za szmuglowanie na granicy groziła mu śmierć. W niewyjaśniony sposób dostał się do Andersa i we Włoszech zdobył podobno jakieś odznaczenia. Staram się to potwierdzić, to prawie pewne.
3) Mój krewny był bliskim współpracownikiem Wincentego Witosa - to staram się potwierdzić.
4) Jakieś pogłoski w familii krążą, jakoby moi przodkowie z Chotowa (wśród nich Franciszek - uciekinier) o nazwisku Szwarczewski mieli pochodzenie niemieckie. Niby nazwisko mówi samo za siebie, jednak metryki w żaden sposób tego nie potwierdzają i sądzę, że była inna droga jego nadania.
5) Ponoć brat mojej praprababci służył w wojsku carskim i przywędrował z powrotem tylko pieszo (dosłownie, żadnych furmanek, wozów, itp.) w siedem miesięcy - prawdopodobne, ale trudne do zweryfikowania.
+ Nigdy w rodzinie nie było legendy o pokrewieństwie z Reymontem, a jednak tego się dowiedziałam. Brakuje mi jeden metryki, by mieć niezbity dowód ;)

: pn 29 gru 2014, 16:09
autor: MonikaMaru
Opowiem Wam prawdziwą historię, jaka przydarzyła się mojemu dziadkowi.

Dziadek mój tuż przed I wojną światową studiował w Leoben i mieszkał u pewnej wdowy, która miała córkę. Młodzi wkrótce zaczęli mieć się ku sobie i coś tam między nimi zaiskrzyło, bo na trwałe w pamięci mojego Dziadka pozostała owa panna. Podejrzewam nawet, że noszę jej imię, podsunięte przez Dziadka - mojego chrzestnego ojca. Po latach, gdy był już wieloletnim żonkosiem, miał pozycję zawodową i trzy dorastające córki, zdarzyła mu się okazja wyjazdu bez żony do Leoben. Załatwiwszy sprawy, dla których przyjechał, nie omieszkał złożyć wizyty w domu, z którym łączyły go miłe wspomnienia z młodości. Zadzwonił, drzwi otworzyła mu jak niegdyś pani w średnim wieku, jak dawniej okazała przyjazną życzliwość, zaprosiła dalej. Wszystko było jak kiedyś: te same meble, ta sama atmosfera, ta sama pani domu, tylko herbata podana była z większą atencją, bo w saloniku. Przy herbatce płynął czas na swobodnej rozmowie, pani była ciekawa wszystkiego, co dotyczyło gościa, opowiadał chętnie, ale w końcu po chwili ciszy nieśmiało zapytał: "Czy mógłbym zobaczyć się z pani córką, Moniką?" Pani uśmiechnęła się i odpowiedziała; "Przecież to ja jestem Monika". Grom z jasnego nieba! Przeprosiny wypadły niezręcznie, rozmowa przestała się kleić, nastrój prysł, biedny mój Dziadek szybko się pożegnał i w duszy przysiągł sobie, że już nigdy, przenigdy nie będzie odgrzebywał swojej młodości! Wrócił do domu pełen skruchy i wszystko opowiedział Babci. A że miał duże poczucie humoru i rzadką cechę - umiał śmiać się sam z siebie - wkrótce mógł z rozbawieniem opowiadać rodzinie i przyjaciołom o swojej leobeńskiej przygodzie.

Pozdrawiam,
Monika

: pn 20 lip 2015, 18:27
autor: Jancarczyk_Piotr
:)
Jako, że u mnie rozpoczął się sezon ogórkowy w poszukiwaniach,
a od ostatniego postu minęło kilka miesięcy postanowiłem co nie co dopisać:

W sprawie przepitego młynu, cóż, jak na razie nie udało mi się zweryfikować tej historii opowiadanej przez dziadka.
Aczkolwiek okazało się, że 5xpradziadek Paweł Fusek, który był młynarzem w Ogrodzonej nagle po 1798 roku znika z niej. Odnajduję w księgach gruntowych przynajmniej osobę o takim samym imieniu i nazwisku w miejscowości Górki (około 13 km z Ogrodzonej).

Czy faktycznie to jego żona przepiła i się przenieśli, tego nie wiem. Dodatkowo powiem, że mam również 4xpradziadka Adama Fuska, który również był młynarzem w Górkach Wielkich.
Ha, czy to była jakaś rodzina? Nie wiem ale mój 4xpradziadek Paweł Chlebus, będący karczmarzem w Drogomyślu bądź ją dzierżawiącym żeni się z Anną Fusek córką owego Pawła Fuska.
Rodzi im się między innymi syn Jan Chlebus, który za to żeni się z Zuzaną Fusek, córką tego młynarza Adama Fuska. Więc możliwe też, że to żona Adama Fuska przepiła?

Do opowiadań z dreszczykiem dochodzi prawdopodobnie kojejny mój krewny, Andrzej Fusek mieszkający w Dzięgielowie, który był podwójnym żonobójcą.
Był wzmiankowany w artykule pod tym linkiem:
http://gazetacodzienna.pl/artykul/kultu ... ziegielowa
Co ciekawe, również był on jak i jego ojciec młynarzem.

Co się tyczy owej kapliczki, to ponoć się znajduje w Grodźcu pod Warszawą - ale jeszcze nie natrafiłem na żadną wzmiankę o niej. I to ponoć chodzi o rodzinę ze strony mojego ojca.

Kolejną opowieścią a raczej naocznym moim faktem jest posiadanie przez mojego już niestety śp. dziadka Pawła Chlebusa, starej pieczęci do laku.
Niestety dziadek nie przyznał się skąd ją posiada albo jak wszedł w jej posiadanie. Po śmierci dziadka o dziwo pieczęć zaginęła - mam ostatnią nadzieję, że babcia mówi nie pradwdę i ma ją schowaną.

Była to pieczęć herobwa. Herb przedstawiał lecącego gołębia, trzymającego gałązkę oliwną w dziobie, nad falami bądź potrójną górą.
Chociaż bardziej jestem skłonny powiedzieć, że jednak nad falami ale pamięć mnie zawodzi a ostatni raz widziałem pieczęć i jej odcisk w plastelinie ponad 26 lat temu.
Kogo to był herb? Do dzisiaj się nad tym głowię.

Pozdrawiam w to słoneczne popołudnie.
Piotrek

: pn 20 lip 2015, 21:38
autor: Łuniewska_Ewa
Moja historia będzie zupełnie inna. Otóż moja prababcia Anna była zielarką i podobno bardzo dobrą. Po zioła i porady przychodzili do niej z całej okolicy, ale choć była osobą szanowaną jednocześnie budziła w ludziach strach, bowiem dawniej uważano że ktoś kto umie leczyć, potrafi też sprowadzić chorobę lub rzucać uroki, a szczególnie była postrachem dzieci. Tę historię śmiejąc się opowiedział pewien staruszek z jej wioski, znał ją gdy był jeszcze dzieckiem. Opowiedział że czasem miała w ręku cukierki i wołała ich żeby podeszli to im da cukierka. Jednak choć ślinka ciekła im po brodzie, żaden nie odważył się do niej podejść. Przy okazji dodam że według opowieści rodziny była to osoba miła, ciepła i lubiła żartować. Pozdrawiam.

: wt 21 lip 2015, 10:09
autor: Pajak_Barbara
No to teraz ja, będzie drastycznie dla odmiany.

Znalazłam akt ślubu pradziadków, gdzie on ma 26 lat (kawaler) i jest nieślubnym synem, a ona 36 (panna) i z dobrej, bogatej rodziny. Więc coś mi tu zaczęło śmierdzieć: jak to tak: stara panna z solidnym posagiem i wójtami w rodzinie, a nikt jej nie chciał przez dobre 16 lat??
Pociągnęłam Babcię za język, ale powiedziała tyko, że pradziadek był biedny i poszedł za nią dla pieniędzy. Niewiele mi się wyjaśniło, wręcz przeciwnie.
Dopiero następna rozmowa dała rezultat: otóż Prababcia miała dziewięć lat, gdy spadła ze strychu i przestała mówić. Do końca życia pozostała niemową, więc miała kłopoty ze znalezieniem męża.

Te upadki to jakieś fatum rodzinne, bo pierwszy syn pra-pradziadka z drugiej strony według opowieści rodzinnej spadł przez klapę do piwnicy i nabił się na widły, ginąc na miejscu.

A dla rozluźnienia rodzinna anegdotka antysemicka: otóż Babcia zaklina się, że pradziadek dorobił się w mieście kamienicy. Ale mówili, że idzie wojna, więc postanowił ją sprzedać, żeby ulokować kapitał w jakiś bezpieczniejszy sposób. W dniu transakcji poszedł do Żyda do banku, czy kantoru, żeby na razie ulokować tam pieniądze.
Niestety, Żyd też czuł, skąd wiatr wieje i doszedł do wniosku, że w Polsce zaraz będzie dla Izraelitów niemiło, więc... zamknął interes i uciekł z kraju z pieniędzmi Pradziadka.

: wt 21 lip 2015, 15:50
autor: Wojciechowicz_Krzysztof
Dodaję moją rodzinną historię, czasem tragiczną, ale autentyczną.


Dopiero zagłębiwszy się w genealogię przodków, dostrzec mozna jak zawikłane były ich losy w porównianiu na naszym obecnym codziennym bytem.

W Wikipedii znalazłem pozycję:
...................................................................................................................................................
Aleksander Daniłowicz Gerstenzweig (ros. Александр Данилович Герштенцвейг) (ur. 1818, zm. 24 października 1861w Warszawie) – rosyjski generał-lejtnant od 1861, generał-adiutant od 1859, wojskowy generał-gubernator warszawski od sierpnia 1861. Pochodził z polskiej rodziny arystokratycznej o niemieckich korzeniach.
.. 1848-1849 brał udział w tłumieniu powstania na Węgrzech. W 1855 mianowany generałem-majorem, w 1859 generałem-lejtnantem. 15 października 1861 dowodził akcją wtargnięcia żołnierzy rosyjskich dokatedry św. Jana w Warszawie w celu spacyfikowania ludności cywilnej zebranej tam dla uczczenia rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki. Popełnił samobójstwo. Posiadał odznaczenia: Order Świętego Włodzimierza III i IV klasy, Order Świętej Anny I i II klasy, Order Świętego Stanisława I i III klasy, Krzyż Komandorski austriackiego Orderu Leopolda, pruski Order Czerwonego Orła II i III klasy, pruski Order Świętego Jana Jerozolimskiego.
Był wnukiem polskiego dowódcy z czasów powstania kościuszkowskiego generała Antoniego Madalińskiego[1].
...............................................................................................................................
Aleksander Daniłowicz był synem Marceliny Madalińskiej, córki gen. Antoniego Madalińskiego.
Wnuczką tegoż generała Antoniego Madalińskiego, polskiego patrioty i posła na Sejm Wielki, była moja prababka Weronika Maria Madalińska, która dwa lata po samobójstwie swego ciotecznego brata Alexandra Daniłowicza, urodziła moją Babcię Helenę.
Straciwszy wcześnie rodziców, Marcelina wraz z trzema siostrami wychowywała się pod opieką ks. Izabelli Czartoryskiej. O jedej z tych sióstr tak pisała 27 XII 1808 wojewodzina Nakwaska w liście do swej siostry, baronowej Rastawieckiej:
..............................................................
...Jest w Warszawie panienka bardzo piękna, z dobrego domu, dobrze skoligacona, córka pana Parysa, dawnego wojskowego polskiego, ale tak ubożuchna, że się z bogatych koligatów żaden do niej nie przyznawał, nikt nie chciał jej w świat wprowadzić, a rodzice nie byli wcale w humorze bywania na wieczorach i balach, ażeby córkę pokazywać. Był to, podług starej figury retorycznej, fiołek w trawie ukryty. Jednak panienka ta znalazła sposób być na ostatnim balu marszałka Davouta. Tam zobaczył ją francuski generał dywizji, Morand, pierwsza osoba między Francuzami po Davout'cie, i tak mu się podobała, że od razu dla niej głowę stracił. Zakochał się, co się nazywa szalenie i nazajutrz pojechał z całą pompą, do której mu daje prawo jego ranga, do rodziców panny i oświadczył się o jej rękę..................
...Zdaje się, że się nie skończy na tem pierwszem małżeństwie Polki z jednym z generałów francuskich. Mówią już o drugim podobnem, mianowicie panny Madalińskiej, córki polskiego generała, wsławionego w czasie rewolucji, z jakimś generałem francuskim, którego nazwiska nie pomnę. Zgoła widać, że Polki mają szczęście chwytać Francuzów za serce...
......................................................................................................
Marcelina wyszła w 1818 roku za generała, ale nie francuskiego, lecz rosyjskiego, Daniła Gerstenzweiga.
Dziwne fatum ciążyło nad rodziną tej mojej ciotecznej pra-pra-prababki:
Śmiercią samobójczą zginął jej mąż Danił (14 sierpnia 1848 ), jej syn Aleksander (października 1861), a także jej wnuk Aleksander, dowódca Pułku Leibgwardii (22 lutego 1873 ).
Jej mąż Danił, choć generał artylerii w armii Paskiewicza tłumiącej powstanie listopadowe, pamiętał o swych związkach polskich. Jak opisuje Napoleon Sierawski:
»Generał artylerji Gerstenzweig przystąpił do podpułkownika (szaserów gwardyi naszej) Zielonki, uściskał mu rękę serdecznie i po francusku powiedział te słowa, które pamiętam: »Jeżeli przyjdzie do wojny, nigdy moje armaty do was strzelać nie będą« ... W tej potyczce (pod Raciężem) generał Gerstenzweig dotrzymał danego nam słowa .”..
W 1848 roku Danił, po jakiejś nieudanej kampanii wojskowej w Bessarabii, został usunięty z dowództwa swej jednostki, po czym popełnił samobójstwo.
Oprócz syna Aleksandra, Marcelina i Danił mieli córkę Marię, urodzoną w 1821 roku.
10 września 1841 Maria wyszła za mąż za Wladimira Orłow-Dawidowa, syna generała rosyjskiego . Matka Wladimira była córką djuka Antoine-Louis-Marie de Gramont i księżnej Aglaé de Polignac . Piękne koligacje, ale już
28 września 1841 Maria zmarła w Wozniesieńsku, nabawiając się zapalenia płuc w czasie podróży z Petersburga. Dotąd w Wozniesiensku na cmentarzu stoi jej pomnik z białego marmuru,
Syn Marceliny, Aleksander, widocznie nie pamiętał o swym polskim pochodzeniu. W 1848 roku, razem z Paskiewiczem tłumił powstanie węgierskie. W 1861 roku, na jego rozkaz jako generalnego gubernatora, wojsko rosyjskie brutalnie wypędza i aresztuje polskich demonstrantów z kościołów Św. Jana i Bernardynów. Jak na ironię, demonstracja patriotyczna zorganizowana była na pamiątkę urodzin Kościuszki, przyjaciela jego rodzonego dziadka, gen. Antoniego Madalińskiego!
Gdy Gerstenzweig następnego dnia dowiaduje się, iż namiestnik Królestwa hrabia Lambert uwolnił większość zatrzymanych, rowścieczony wpada do apartamentów hrabiego i obrzuca go epitetami tchórza i zdrajcy. Pojedynek nieuniukniony, ale jak wypada się bić dwóm najwyższym dostojnikom w kraju?
Decydują się na pojedynek ‘amerykański’. Adiutant przynosi dwie chusteczki do nosa, zawiązuje na jednej węzeł i przykrywa je czapką wojskową. Chusteczka z węzłem dostaje się Gerstentzweigowi.
Natępnego ranka, Gerstenzweig strzela sobie w głowę, ale kula nadwyręża jedynie czaszkę. Drugi strzał skuteczniejszy, ale dopiero trzecia kula przebija czoło i wychodzi tyłem czaszki. Umiera jednak dopiero po 19 dniach agonii. (dzisiaj honor jest trochę tańszy!)
Dwa lata później, jego cioteczna siostra, a moja prababka, Weronika Madalińska, także (choć w inny sposób) staje się ofiarą powstania. W styczniu 1863 roku, w kościele Św. Jana łączy się węzłem małżeńskim z Andrzejem Lewandowskim, a w grudniu w Lubrańcu tegoż roku rodzi się moja Babcia Helena. Dalsze losy okryte są tajemnicą (także rodzinną) i jedynie przypadkiem udało mi się dotrzeć do metryki następnej córki Weroniki Madalińskiej (tym razem występującej pod swym nazwiskiem panieńskim, jako stanu wolnego!)
W zawierusze powstania ginie gdzieś pradziadek Lewandowski, a metryka drugiej córki Weroniki, Magdalany, sporządzona 22. luego 1865 roku w Łowiczu, stwierdza, że matką Magdaleny jest Weronika Madalińska stanu wolnego zamieszkała w Lubrańcu, a ojcem Ignacy Apolinary Petrykowski, administrtor majątku Lubraniec. Otóż tenże sam Ignacy był ojcem chrzestnym mojej babci Heleny w 1863 roku!
Najprawdopodobniejszą hipotezą jest, że Andrzej Lewandowski albo zginął w powstaniu, albo uszedł za granicę. A że groziły surowe represje za jakiekolwiek powiązanie z powstaniem – może Weronika musiała ukrywać swoje małżeństwo? Nie wykluczone są jednak bardziej przyziemne motywy. W każdym razie w rodzinie mało się mówiło o Weronice – do tego stopnia, że moja starsza siotra cioteczna (ur. w 1935 roku) twierdziła że nie słyszała nic o rodzinnych powiązaniach z gen. Madalińskim. A przecież jej ojciec, wnuk Weroniki, był zapalonym genealogiem! Z kolei jego starszy brat Michał, zatrudniony jako pisarz gminy Kościelec (po ucieczce ze spalonego przez Niemców Kalisza), podpisał wyciąg ewidencji ludności z 1919 r., gdzie jego własna matka Helena figuruje jako córka Ludmiły Madalińskiej. Ja jako dziecko wiedziałem, że jej imię było Weronika. Tak więc dopiero mi przypadło żmudne zadanie wyszukiwanie wszystkich metryk, prowadzących do Marcina, najstarszego syna gen. Madalińskiego.
Z dziejów tej rodziny widać, jak mało popłaca nonkorformizm i patriotyzm. Większość towarzyszów broni i podwładnych generała Antoniego obrosła w bogactwa i tytuły. Zaś pokolenia Madalińskich musiały tułać się po obcych domach. Córki generała wychowały się pod opieką ks. Izabelli Czartoryskiej. Moją prababką Weroniką, po śmierci jej ojca Marcina, zaopiekował się dawny towarzysz broni gen. Antoniego, Ksawery Kossecki, który już po powstaniu listopadowym ukorzył się przed carem, i został generałem rosyjskim i ministrem sprawiedliwości Królestwa Polskiego. Moja Babcia Helena, w niewiadomych mi okolicznościach, po zniknięciu swego ojca Andrzeja Lewandowskiego, znalazła schronienie w domu baronowstwa Rastawieckich (to do swej siostry Rastawieckiej pisała Nakwaska o perspektywie ślubu Madaliskiej z generałem francuskim).
Zaś najstarszy syn generała Anotniego Madalińskiego Marcin, mój pra-pradziadek, w 1812 roku jako Adjunkt Komendy Wojennej Okręgu Wieluń, podpisał akces do Konfederacji Jeneralnej. Po upadku Napoleona, nie chcąc służyć carowi, pracował jako leśnik w Łomżyńskim i Augustowskim; zakończył życie jako Nadleśny Honorowy Bonina.
Podobna tajemnicza zasłona ukrywa ogniwo wiodące od prababki Weroniki, do potomków malarza Stanisława Eleszkiewicza. Siostra przyrodnia mojej Babci Heleny, Magdalena wyszła (teraz pod nazwiskiem Petrykowska) za Waleriana Eleszkiewicza. Z tego małżeństwa narodził się malarz Stanisław, zmarły w Paryżu w 1963 roku. Jego biograf Mieczysław Lurczyński, nadmienia o powiązaniach rodzinnych Stanisława z gen. Madalińskim. Zaś sam Stanisław Eleszkiewicz tak pisze o swej matce Magdalenie, córce Weroniki Madalińskiej:
„URODZIŁEM SIĘ 29 lutego 1900 w Czutowie, małej wioszczynie powiatu poławskiego na Małej Ru-
si. Najwcześniejsze lata dzieciństwa spędziłem w rodzinnym domu. ................. Moja matka odeszła do nieba, przynajmnjej w ten sposób fakt ów, być może, utwierdził się w mojej pamięci. Gdy miałem lat cztery, niepokojące przeczucie zaległe mi serce. Widziałem matkę, w jej długiej sukni, jakie się wtedy nosiło, wsiadającą do wielkiej karecy by odjechać w daleką podróż. Towarzyszyła jej jakaś dama oraz m6j ojciec, który zajął miejsce naprzeciw matki. Matka miała twarz smutną, bladą i wychudzoną. Mnie wydawala się jeszcze piękniejsza niż zwykle. Załzawionymi oczami dostrzegłem wtedy wokół jej głowy aureolę w postaci cieniutk!ej otoczki ze złota. Gdy stangret ujął za lejce, matka rzuciła mi spojrzenie pełne słodyczy powiewając koronkowa chusteczką. Kareta ruszyła wznosząc tumany kurzu. Dlugo stałem nieruchomy odprowadzając oczami drogą syłwetkę, na zawsze znikjącą w oddali nasłonecznionej i niewyraźnej. Nigdy potem nie widziałem już matki i nigdy już się nie dowiem, z jakiego powodu umarła. ............

Pozdrawiam

Krzysztof