Konkurs na najfatalniejsze decyzje przodków.....
: pt 18 gru 2015, 17:32
Wiele życzliwych informacji otrzymałem na tym Forum, ale niestety nie potrafię się zrewanżowac, przebywając tak dalko od kraju. Może wię dla oderwania się od suchych tematów poszukiwania przodków, rozerwiemy się trochę nowym tematem.
Historycy zgodnie twierdzą, że rewolucja bolszewicka nie wydarzyła by się bez udziału Lenina. Sołżenicyn opisuje w swojej książce "Lenin w Zurychu", jak Lenin miotał się bezsilnie w Szwajcarii na wiadomość o abdykacji cara.
Z wielkimi trudnościami wyjechał wreszcie do Finlandii w zaplombowanym pociągu. Z kraju neutralnego - Szwajcarii.
Wyjazd taki byłby całkiem niemożliwy, gdyby w 1914 roku Lenin został uwięziąny w Galicji jako szpieg rosyjski. A uwolnił go i wysłał do Szwajcarii kuzyn mojej Mamy, Kazimierz Godziemba Głowiński. Oto historia zapisana w czasopiśmie 'Palestra', http://palestra.pl/old/index.php?go=artykul&id=3055
W sierpniu 1914 roku Włodzimierz Uljanow o pseudonimie Lenin, z wykształcenia prawnik, przez pewien okres praktykujący jako adwokat, rzeczywiście przebywał na wakacjach w Białym Dunajcu wraz z żoną, Nadieżdą Krupską. Z chwilą wybuchu wojny jako obywatel rosyjski został zatrzymany z podejrzeniem szpiegostwa. Jakie były okoliczności osadzenia w areszcie, jakie, niestety, zwolnienia? Ostatnio jeden z moich kolegów podsunął mi artykuł opublikowany 10 lat temu w regionalnym piśmie5. Wynikało z niego, że dziennikarz rozmawiał z Antonim Głowińskim, którego ojciec przesłuchiwał był zatrzymanego adwokata (a niech to diabli!) Lenina. Można powiedzieć, ciekawostka i tyle. W najśmielszych oczekiwaniach nie zakładałem, do kogo zaprowadzi mnie zainteresowanie tą sprawą.
Potęga Internetu. Co szkodzi zapytać Google. Wstukuję imię i nazwisko Antoniego Głowińskiego. Na pierwszej pozycji – magister inżynier, mieszka w Warszawie. Co szkodzi zadzwonić. Po drugiej stronie zaskoczenie, ale rozmówca potwierdza, iż faktycznie, jest synem tego, który zetknął się z Leninem. Zaciekawiony moim zaciekawieniem Antoni Głowiński proponuje spotkanie. I nazajutrz dochodzi do świetnej rozmowy. Już w pierwszych chwilach powiało dobrymi klimatami. Mój gość przyniósł ze sobą książkę swego autorstwa pt. „Komentarze Rodzinnne”6. Nic jednak nie zastąpi żywego słowa. I popłynęła opowieść całkiem niezwykła.
Rodzina Głowińskich herbu Godziemba ma rozległą historię. Pierwsze wzmianki znajdują się w Kronice Jana Długosza, a pierwsze zapiski dotyczące konkretnych osób pochodzą z XIV wieku. Głowińscy byli konfederatami barskimi, oficerami napoleońskimi, powstańcami listopadowymi i styczniowymi.
Jeden z potomków tego rodu, Kazimierz Godziemba Głowiński, ojciec Antoniego, był w sierpniu 1914 roku komisarzem powiatowym w Nowym Targu, co odpowiadało funkcji wicestarosty odpowiedzialnego za kierowanie całym urzędem starościańskim i porządek na terenie powiatu. To właśnie Kazimierz Głowiński, z wykształcenia prawnik (ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie), przesłuchiwał Lenina zatrzymanego przez wachmistrza Matuszczyka. Ponoć panowała wówczas psychoza podejrzeń o szpiegostwo, dlatego sytuacja przyszłego dyktatora była nie do pozazdroszczenia.
Głowiński nadał sprawie urzędowy bieg. Tymczasem w sprawie uwolnienia Włodzimierza Uljanowa interweniowało wiele osób. Między innymi Franciszek Smereczyński, znany jako Władysław Orkan; niech mu to będzie odpuszczone za to, co uczynił dla polskiej literatury.
Po jedenastu dniach Cesarsko-Królewski Sąd Ochrony Krajowej w Krakowie orzekł o zwolnieniu Lenina. Zapewne o tak rychłej decyzji zdecydowały znane i niewątpliwe dziś jego kontakty z wywiadem niemieckim.
Podczas pożegnalnej rozmowy Lenin poprosił Kazimierza Głowińskiego o prywatną pożyczkę na koszty podróży do Szwajcarii. I ten z własnych środków pożyczył kilkaset koron austriackich. Czy o tym geście życzliwości zdecydowało wstawiennictwo popularnego już wówczas Władysława Orkana? Lenin otrzymanie pieniędzy pokwitował. Antoni Głowiński mówi dziś, że ojciec, opowiadając o tym, wspominał, że wtedy Lenin był sympatycznym człowiekiem, szybko nawiązującym kontakt z ludźmi i wydawało się, że niegroźnym utopistą.
Włodzimierz zwany Leninem pozostawił na Podhalu jeszcze jeden dług. Winien był pieniądze sklepikarzowi Emanuelowi Singerowi. Ale ów dług w imieniu Lenina został uregulowany przez jego znajomego z czasów pobytów w Polsce, Jakuba Haneckego, który znalazł się w sowieckiej dyplomacji. Podobno i z Kazimierzem Głowińskim ktoś próbował nawiązać kontakt w sprawie długu, ale ten odmówił jakichkolwiek spotkań z przedstawicielem reżimu sowieckiego.
Kazimierz Głowiński na początku lat dwudziestych, już jako starosta nowotarski, przeszedł na emeryturę i osiadł w rodzinnym majątku w Rabie Wyżnej. Zabrał dokumenty dotyczące zatrzymania Lenina oraz jego pokwitowanie pożyczki, które pokazywał wielu osobom jako ciekawostkę historyczną. Kazimierz Głowiński, nota bene spowinowacony z rodziną Jana Matejki, „dystyngowany starszy pan, małomówny, elegancki i systematyczny”, jak opisuje go syn, nie unikał pracy fizycznej. Zginął w czerwcu 1942 roku w banalnym i tragicznym wypadku, przygnieciony drzewem w tartaku. Po jego śmierci Antoni, wówczas osiemnastoletni, porządkował wraz z matką gabinet ojca. Wówczas w papierowej teczce znaleźli „papiery leninowskie”. Były tam: telegram ze starostwa w Nowym Targu do Namiestnictwa we Lwowie z pokwitowaniem, brulion przesłuchania Lenina spisany przez Kazimierza Głowińskiego, pismo starostwa do Cesarsko-Królewskiego Sztabu Generalnego Oddziału w Krakowie, pismo Namiestnictwa do Starostwa Nowotarskiego i odpis protokołu aresztowania. Brakowało, niestety, pisma Władysława Orkana i pokwitowania podpisanego przez Lenina.
Myli się ktoś, kto sądzi, że historia ta ma się ku końcowi. Antoni Głowiński, dziś starszy mężczyzna o ujmującym sposobie bycia, był podczas wojny żołnierzem Armii Krajowej, brał udział w Powstaniu Warszawskim i został ciężko ranny. Od 1947 roku zamieszkał w Warszawie u swego krewnego, Fryderyka Zolla, ojca Andrzeja. Tak, tego Andrzeja Zolla. W pierwszych dniach sierpnia 1949 roku zostaje aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa wuj Redek, jak mówi o Fryderyku Antoni Głowiński. Za co? Otóż Fryderyk Zoll, uczestnik walk o Lwów w 1918 roku, żołnierz wojen w latach 1920 i 1939, był członkiem Delegatury Rządu na Kraj, jednym z dowódców, w stopniu majora, Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, walczył w Powstaniu; zginęło wówczas dwóch jego synów, starszych braci Andrzeja.
Antoni Głowiński (o którym Andrzej Zoll mówi, że jest człowiekiem bez rysy) wspomina naradę rodzinną z udziałem Józefa Zolla, brata Fryderyka. Słysząc, że osoby posiadające listy Dzierżyńskiego wykupywały z sowieckich więzień swoich bliskich, Głowiński proponuje wykorzystanie „papierów leninowskich” do uwolnienia wuja. Józef Zoll (który dobrze pamiętał, jak Kazimierz Głowiński pokazywał pokwitowanie pieniędzy przez Lenina) obruszył się na tak niepoważny pomysł. Ale po kilku dniach poprosił o przywiezienie tych dokumentów.
I tu kolejna odsłona. Józef Zoll nawiązuje kontakt z obracającą się w świecie artystycznym Izabelą „Czajką” Stachowicz7. Ona to uznała pomysł wykupienia, znanego jej wcześniej aresztowanego, za bardzo dobry pod hasłem, że to krewny tego, „który uwolnił Lenina”. Porozumiała się z kierownikiem Wydziału Historii Partii, niejaką Heleną Kamińską. Ta w obecności Antoniego Głowińskiego konfrontowała dokumenty ze źródłami historycznymi, za które uważała wspomnienia Nadzieżdy Krupskiej. Zgadzało się. Towarzyszkę Kamińską zainteresowało również pokwitowanie Lenina i list Władysława Orkana.
Kontynuując swój pomysł, być może ratujący życie Fryderyka Zolla (że to nie przesada, przekonuje tragiczny los dowódcy Kedywu, generała Augusta Emila Fieldorfa), Antoni Głowiński pojechał do Raby Wyżnej. Dwór – pałac został już zagrabiony przez tak zwaną władzę ludową. Żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – opowiada mój rozmówca – przeszukiwali wszystkie zakamarki, sondowali ziemię w piwnicach. Bezskutecznie.
Czy Kazimierz Głowiński tak zmyślnie ukrył pokwitowanie Lenina, że ujrzy ono światło jeszcze innego czasu? Historia, jak wiadomo, zna takie, liczne przypadki. A czy dług Włodzimierza Uljanowa vel Lenina przedawnił się? Jeśli na pokwitowaniu nie było oznaczenia terminu zwrotu pożyczki... Zagadnienie dla prawniczych archeologów.
„Papiery leninowskie” zostały, według wiedzy rodziny, zawiezione jako prezent komunistycznych władz na siedemdziesięciolecie urodzin innego zbrodniarza, Józefa Stalina.
A Fryderyk Zoll?
„Kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1949 roku – wspomina Antoni Głowiński – uczyłem się w pokoju u wuja w mieszkaniu przy ulicy Ursynowskiej w Warszawie. W pewnym momencie drzwi otwierają się i wchodzi wuj Redek, z wąsami, w lekkiej marynarce, a był silny mróz, i dosyć podniecony mówi, że właśnie przybiegł z ulicy Rakowieckiej. Od razu zapytał mnie: «Coś ty narozrabiał, że tak dokładnie wypytywali się o ciebie i rodzinę Głowińskich»”.
Antoni Głowiński dodaje skromnie, że znaczącą rolę w uwolnieniu Fryderyka Zolla miała Izabela „Czajka” Stachowicz, która – dorzucił – po opuszczeniu przez niego więzienia na Mokotowie (nie obawiajmy się lżejszego tonu), spiła się jak „Iza--Bella”.
Pozdrawiam
Krzysztof
Historycy zgodnie twierdzą, że rewolucja bolszewicka nie wydarzyła by się bez udziału Lenina. Sołżenicyn opisuje w swojej książce "Lenin w Zurychu", jak Lenin miotał się bezsilnie w Szwajcarii na wiadomość o abdykacji cara.
Z wielkimi trudnościami wyjechał wreszcie do Finlandii w zaplombowanym pociągu. Z kraju neutralnego - Szwajcarii.
Wyjazd taki byłby całkiem niemożliwy, gdyby w 1914 roku Lenin został uwięziąny w Galicji jako szpieg rosyjski. A uwolnił go i wysłał do Szwajcarii kuzyn mojej Mamy, Kazimierz Godziemba Głowiński. Oto historia zapisana w czasopiśmie 'Palestra', http://palestra.pl/old/index.php?go=artykul&id=3055
W sierpniu 1914 roku Włodzimierz Uljanow o pseudonimie Lenin, z wykształcenia prawnik, przez pewien okres praktykujący jako adwokat, rzeczywiście przebywał na wakacjach w Białym Dunajcu wraz z żoną, Nadieżdą Krupską. Z chwilą wybuchu wojny jako obywatel rosyjski został zatrzymany z podejrzeniem szpiegostwa. Jakie były okoliczności osadzenia w areszcie, jakie, niestety, zwolnienia? Ostatnio jeden z moich kolegów podsunął mi artykuł opublikowany 10 lat temu w regionalnym piśmie5. Wynikało z niego, że dziennikarz rozmawiał z Antonim Głowińskim, którego ojciec przesłuchiwał był zatrzymanego adwokata (a niech to diabli!) Lenina. Można powiedzieć, ciekawostka i tyle. W najśmielszych oczekiwaniach nie zakładałem, do kogo zaprowadzi mnie zainteresowanie tą sprawą.
Potęga Internetu. Co szkodzi zapytać Google. Wstukuję imię i nazwisko Antoniego Głowińskiego. Na pierwszej pozycji – magister inżynier, mieszka w Warszawie. Co szkodzi zadzwonić. Po drugiej stronie zaskoczenie, ale rozmówca potwierdza, iż faktycznie, jest synem tego, który zetknął się z Leninem. Zaciekawiony moim zaciekawieniem Antoni Głowiński proponuje spotkanie. I nazajutrz dochodzi do świetnej rozmowy. Już w pierwszych chwilach powiało dobrymi klimatami. Mój gość przyniósł ze sobą książkę swego autorstwa pt. „Komentarze Rodzinnne”6. Nic jednak nie zastąpi żywego słowa. I popłynęła opowieść całkiem niezwykła.
Rodzina Głowińskich herbu Godziemba ma rozległą historię. Pierwsze wzmianki znajdują się w Kronice Jana Długosza, a pierwsze zapiski dotyczące konkretnych osób pochodzą z XIV wieku. Głowińscy byli konfederatami barskimi, oficerami napoleońskimi, powstańcami listopadowymi i styczniowymi.
Jeden z potomków tego rodu, Kazimierz Godziemba Głowiński, ojciec Antoniego, był w sierpniu 1914 roku komisarzem powiatowym w Nowym Targu, co odpowiadało funkcji wicestarosty odpowiedzialnego za kierowanie całym urzędem starościańskim i porządek na terenie powiatu. To właśnie Kazimierz Głowiński, z wykształcenia prawnik (ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie), przesłuchiwał Lenina zatrzymanego przez wachmistrza Matuszczyka. Ponoć panowała wówczas psychoza podejrzeń o szpiegostwo, dlatego sytuacja przyszłego dyktatora była nie do pozazdroszczenia.
Głowiński nadał sprawie urzędowy bieg. Tymczasem w sprawie uwolnienia Włodzimierza Uljanowa interweniowało wiele osób. Między innymi Franciszek Smereczyński, znany jako Władysław Orkan; niech mu to będzie odpuszczone za to, co uczynił dla polskiej literatury.
Po jedenastu dniach Cesarsko-Królewski Sąd Ochrony Krajowej w Krakowie orzekł o zwolnieniu Lenina. Zapewne o tak rychłej decyzji zdecydowały znane i niewątpliwe dziś jego kontakty z wywiadem niemieckim.
Podczas pożegnalnej rozmowy Lenin poprosił Kazimierza Głowińskiego o prywatną pożyczkę na koszty podróży do Szwajcarii. I ten z własnych środków pożyczył kilkaset koron austriackich. Czy o tym geście życzliwości zdecydowało wstawiennictwo popularnego już wówczas Władysława Orkana? Lenin otrzymanie pieniędzy pokwitował. Antoni Głowiński mówi dziś, że ojciec, opowiadając o tym, wspominał, że wtedy Lenin był sympatycznym człowiekiem, szybko nawiązującym kontakt z ludźmi i wydawało się, że niegroźnym utopistą.
Włodzimierz zwany Leninem pozostawił na Podhalu jeszcze jeden dług. Winien był pieniądze sklepikarzowi Emanuelowi Singerowi. Ale ów dług w imieniu Lenina został uregulowany przez jego znajomego z czasów pobytów w Polsce, Jakuba Haneckego, który znalazł się w sowieckiej dyplomacji. Podobno i z Kazimierzem Głowińskim ktoś próbował nawiązać kontakt w sprawie długu, ale ten odmówił jakichkolwiek spotkań z przedstawicielem reżimu sowieckiego.
Kazimierz Głowiński na początku lat dwudziestych, już jako starosta nowotarski, przeszedł na emeryturę i osiadł w rodzinnym majątku w Rabie Wyżnej. Zabrał dokumenty dotyczące zatrzymania Lenina oraz jego pokwitowanie pożyczki, które pokazywał wielu osobom jako ciekawostkę historyczną. Kazimierz Głowiński, nota bene spowinowacony z rodziną Jana Matejki, „dystyngowany starszy pan, małomówny, elegancki i systematyczny”, jak opisuje go syn, nie unikał pracy fizycznej. Zginął w czerwcu 1942 roku w banalnym i tragicznym wypadku, przygnieciony drzewem w tartaku. Po jego śmierci Antoni, wówczas osiemnastoletni, porządkował wraz z matką gabinet ojca. Wówczas w papierowej teczce znaleźli „papiery leninowskie”. Były tam: telegram ze starostwa w Nowym Targu do Namiestnictwa we Lwowie z pokwitowaniem, brulion przesłuchania Lenina spisany przez Kazimierza Głowińskiego, pismo starostwa do Cesarsko-Królewskiego Sztabu Generalnego Oddziału w Krakowie, pismo Namiestnictwa do Starostwa Nowotarskiego i odpis protokołu aresztowania. Brakowało, niestety, pisma Władysława Orkana i pokwitowania podpisanego przez Lenina.
Myli się ktoś, kto sądzi, że historia ta ma się ku końcowi. Antoni Głowiński, dziś starszy mężczyzna o ujmującym sposobie bycia, był podczas wojny żołnierzem Armii Krajowej, brał udział w Powstaniu Warszawskim i został ciężko ranny. Od 1947 roku zamieszkał w Warszawie u swego krewnego, Fryderyka Zolla, ojca Andrzeja. Tak, tego Andrzeja Zolla. W pierwszych dniach sierpnia 1949 roku zostaje aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa wuj Redek, jak mówi o Fryderyku Antoni Głowiński. Za co? Otóż Fryderyk Zoll, uczestnik walk o Lwów w 1918 roku, żołnierz wojen w latach 1920 i 1939, był członkiem Delegatury Rządu na Kraj, jednym z dowódców, w stopniu majora, Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, walczył w Powstaniu; zginęło wówczas dwóch jego synów, starszych braci Andrzeja.
Antoni Głowiński (o którym Andrzej Zoll mówi, że jest człowiekiem bez rysy) wspomina naradę rodzinną z udziałem Józefa Zolla, brata Fryderyka. Słysząc, że osoby posiadające listy Dzierżyńskiego wykupywały z sowieckich więzień swoich bliskich, Głowiński proponuje wykorzystanie „papierów leninowskich” do uwolnienia wuja. Józef Zoll (który dobrze pamiętał, jak Kazimierz Głowiński pokazywał pokwitowanie pieniędzy przez Lenina) obruszył się na tak niepoważny pomysł. Ale po kilku dniach poprosił o przywiezienie tych dokumentów.
I tu kolejna odsłona. Józef Zoll nawiązuje kontakt z obracającą się w świecie artystycznym Izabelą „Czajką” Stachowicz7. Ona to uznała pomysł wykupienia, znanego jej wcześniej aresztowanego, za bardzo dobry pod hasłem, że to krewny tego, „który uwolnił Lenina”. Porozumiała się z kierownikiem Wydziału Historii Partii, niejaką Heleną Kamińską. Ta w obecności Antoniego Głowińskiego konfrontowała dokumenty ze źródłami historycznymi, za które uważała wspomnienia Nadzieżdy Krupskiej. Zgadzało się. Towarzyszkę Kamińską zainteresowało również pokwitowanie Lenina i list Władysława Orkana.
Kontynuując swój pomysł, być może ratujący życie Fryderyka Zolla (że to nie przesada, przekonuje tragiczny los dowódcy Kedywu, generała Augusta Emila Fieldorfa), Antoni Głowiński pojechał do Raby Wyżnej. Dwór – pałac został już zagrabiony przez tak zwaną władzę ludową. Żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – opowiada mój rozmówca – przeszukiwali wszystkie zakamarki, sondowali ziemię w piwnicach. Bezskutecznie.
Czy Kazimierz Głowiński tak zmyślnie ukrył pokwitowanie Lenina, że ujrzy ono światło jeszcze innego czasu? Historia, jak wiadomo, zna takie, liczne przypadki. A czy dług Włodzimierza Uljanowa vel Lenina przedawnił się? Jeśli na pokwitowaniu nie było oznaczenia terminu zwrotu pożyczki... Zagadnienie dla prawniczych archeologów.
„Papiery leninowskie” zostały, według wiedzy rodziny, zawiezione jako prezent komunistycznych władz na siedemdziesięciolecie urodzin innego zbrodniarza, Józefa Stalina.
A Fryderyk Zoll?
„Kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1949 roku – wspomina Antoni Głowiński – uczyłem się w pokoju u wuja w mieszkaniu przy ulicy Ursynowskiej w Warszawie. W pewnym momencie drzwi otwierają się i wchodzi wuj Redek, z wąsami, w lekkiej marynarce, a był silny mróz, i dosyć podniecony mówi, że właśnie przybiegł z ulicy Rakowieckiej. Od razu zapytał mnie: «Coś ty narozrabiał, że tak dokładnie wypytywali się o ciebie i rodzinę Głowińskich»”.
Antoni Głowiński dodaje skromnie, że znaczącą rolę w uwolnieniu Fryderyka Zolla miała Izabela „Czajka” Stachowicz, która – dorzucił – po opuszczeniu przez niego więzienia na Mokotowie (nie obawiajmy się lżejszego tonu), spiła się jak „Iza--Bella”.
Pozdrawiam
Krzysztof