Historia o zmianie imienia i analfabetyzmie
: czw 07 maja 2009, 22:47
W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku umiera dziewięćdziesięcioletnia staruszka Katarzyna. Z aktu zgonu dowiadujemy się o czasie i miejscu jej narodzin: rok 1873, jedna z podpiotrkowskich parafii. Staruszka przez całe swoje życie była Katarzyną - potwierdzają to wszystkie zachowane dokumenty. Przeglądamy akty urodzeń jej dzieci - Katarzyna. Przeglądamy jej akt ślubu - Katarzyna. Przeglądamy jej akt urodzenia - Otylia.
Wiejska parafia, w której przyszła na świat, jest niewielka. Przez kilkadziesiąt lat rodzą się tam same Antki, Franki i Józki płci obojga. Żadnych ekscesów w tej kwestii. Aż nagle wykwita ta Otylia. Porównanie danych zawartych w akcie ślubu i akcie urodzenia nie pozostawia watpliwości, że trafiliśmy na właściwą rodzinę. Badamy więc jej historię.
Rozpaczliwie przeciętna, pouwłaszczeniowa rodzina z terenów Królestwa Polskiego. Dzieci rodzą się z godną podziwu regularnością co dwa lata. Wszystkie noszą zwykłe, jak na owe czasy, imiona. Katarzyny, która powinna być - nie ma. Ale jest Otylia...
Katarzyna ślub brała w Piotrkowie. Sięgamy więc do allegatów. A tu kolejna niespodzianka.
Mimo, że oboje małżonkowie byli spoza parafii, nie ma metryki żadnego z nich. A wszystkie inne zachowały się w idealnym stanie - zszyte i oprawne w grubą księgę.
Czy jest możliwe, aby pod koniec wieku XIX udało się komuś niepostrzeżenie zmienić imię? Smaczku dodaje fakt, że cała moja dotychczasowa wiedza jest oparta na analizie duplikatów z AP. Czy możliwa jest sytuacja, w której w duplikacie i unikacie jest wpisane przy jednej osobie tak różne imię? Komu do łba strzeliło nazwać dziecko Otylią, skoro przez całe późniejsze życie było Katarzyną?
Ale to nie koniec ciekawostek.
Mężem Katarzyny był Antoni. Z aktu ślubu wynika, że był wędrownym handlarzem. Pod dokumentem widnieje nawet jego zamaszysty podpis. Równy, prosty, elegancki - żadne tam bazgroły. Dwa lata później rodzi się młodej parze pierwszy dzieciak. Antoni, ojciec malucha, w akcie jego urodzenia figuruje jako szewc. Być może porzucił dotychczasowe źródło utrzymania, wstąpił do terminu i został czeladnikiem szewskim. Jestem to w stanie zrozumieć. Ale czemu akt urodzenia jego syna kończy się klasyczną formułką o ojcu i świadkach nie umiejących pisać, którym treść powyższego została odczytana i podpisana tylko przez urzędnika? Ta sama sytuacja jest przy kolejnych narodzinach. Z piśmiennego handlarza Antoni stał się nagle szewcem - analfabetą. Może to przez lenistwo prowadzącego księgi? Ależ skąd! Inni podpisywali się aż furczało. I choć wielu z nich bazgrało jak Dyndalski w "Zemście", to pewnie puchli z dumy mogąc złożyć swoja parafkę w urzędowej księdze. A Antoni, z jakichś nieznanych powodów, konsekwentnie rżnął głupa.
Z kolei przy czwartym dziecku osłupienie sięga zenitu. Antoni nie jest już szewcem, ale pracownikiem ówczesnego... urzędu podatkowego. Tak, tak, słusznie się domyślacie - wróciła mu umiejętność pisania.
Wyniki poszukiwań w księgach ludności, aktach cechowych, wojskowych i wszelkiego rodzaju innych dokumentach administracyjnych niczego nie wyjaśniły.
Może wy mnie oświecicie, moi drodzy?
Wiejska parafia, w której przyszła na świat, jest niewielka. Przez kilkadziesiąt lat rodzą się tam same Antki, Franki i Józki płci obojga. Żadnych ekscesów w tej kwestii. Aż nagle wykwita ta Otylia. Porównanie danych zawartych w akcie ślubu i akcie urodzenia nie pozostawia watpliwości, że trafiliśmy na właściwą rodzinę. Badamy więc jej historię.
Rozpaczliwie przeciętna, pouwłaszczeniowa rodzina z terenów Królestwa Polskiego. Dzieci rodzą się z godną podziwu regularnością co dwa lata. Wszystkie noszą zwykłe, jak na owe czasy, imiona. Katarzyny, która powinna być - nie ma. Ale jest Otylia...
Katarzyna ślub brała w Piotrkowie. Sięgamy więc do allegatów. A tu kolejna niespodzianka.
Mimo, że oboje małżonkowie byli spoza parafii, nie ma metryki żadnego z nich. A wszystkie inne zachowały się w idealnym stanie - zszyte i oprawne w grubą księgę.
Czy jest możliwe, aby pod koniec wieku XIX udało się komuś niepostrzeżenie zmienić imię? Smaczku dodaje fakt, że cała moja dotychczasowa wiedza jest oparta na analizie duplikatów z AP. Czy możliwa jest sytuacja, w której w duplikacie i unikacie jest wpisane przy jednej osobie tak różne imię? Komu do łba strzeliło nazwać dziecko Otylią, skoro przez całe późniejsze życie było Katarzyną?
Ale to nie koniec ciekawostek.
Mężem Katarzyny był Antoni. Z aktu ślubu wynika, że był wędrownym handlarzem. Pod dokumentem widnieje nawet jego zamaszysty podpis. Równy, prosty, elegancki - żadne tam bazgroły. Dwa lata później rodzi się młodej parze pierwszy dzieciak. Antoni, ojciec malucha, w akcie jego urodzenia figuruje jako szewc. Być może porzucił dotychczasowe źródło utrzymania, wstąpił do terminu i został czeladnikiem szewskim. Jestem to w stanie zrozumieć. Ale czemu akt urodzenia jego syna kończy się klasyczną formułką o ojcu i świadkach nie umiejących pisać, którym treść powyższego została odczytana i podpisana tylko przez urzędnika? Ta sama sytuacja jest przy kolejnych narodzinach. Z piśmiennego handlarza Antoni stał się nagle szewcem - analfabetą. Może to przez lenistwo prowadzącego księgi? Ależ skąd! Inni podpisywali się aż furczało. I choć wielu z nich bazgrało jak Dyndalski w "Zemście", to pewnie puchli z dumy mogąc złożyć swoja parafkę w urzędowej księdze. A Antoni, z jakichś nieznanych powodów, konsekwentnie rżnął głupa.
Z kolei przy czwartym dziecku osłupienie sięga zenitu. Antoni nie jest już szewcem, ale pracownikiem ówczesnego... urzędu podatkowego. Tak, tak, słusznie się domyślacie - wróciła mu umiejętność pisania.
Wyniki poszukiwań w księgach ludności, aktach cechowych, wojskowych i wszelkiego rodzaju innych dokumentach administracyjnych niczego nie wyjaśniły.
Może wy mnie oświecicie, moi drodzy?