przeglądając forum nie spotkałem się nigdy z takim tematem.
Historia wygląda następująco: prapradziadek urodził się w 1834 roku w okolicach Bodzentyna pod Kielcami, w 1870 roku wziął ślub pod Końskimi (jako 36letni kawaler - fakt, dosyć późno jak na ówczesne standardy), w tamtej okolicy urodziła się córka, następnie pod Opocznem dwóch synów. Prapradziadek zmarł w 1912 roku w Radomiu. Tyle z metryk, podawany zawód rolnik (albo w niektórych z metryk niepodany wcale - ślubu i zgonu), ot kolejny przodek, o którym zbyt wiele nie można powiedzieć, poza tym, że dość mobilny z niego był człowiek.
Babcia nigdy nie poznała swojego dziadka (urodziła się już po jego śmierci), niewiele o nim mówiła, a ja (głupi!) nie pytałem. Mój ojciec nie wiedział nic na jego temat. Niedawno wziąłem na spytki wujka (stryja), który powiedział, że postać prapradziadka obwiana była jakąś mgiełką tajemnicy. Ale w czym była rzecz, nie potrafił powiedzieć. Nawiązałem kontakt z bliższą i dalszą rodziną, innymi potomkami prapradziadka. W zwrocie otrzymałem różne informacje, od zupełnie łatwych do zweryfikowania (jakoby był nieślubnym dzieckiem, albo synem zamożnego szlachcica - wszystko nieprawda), do takich, które brzmiały równie nieprawdopodobnie, ale były trudniejsze do sprawdzenia.
Otóż inny wuj przekazał mi informację, że podobno prapradziadek był zakonnikiem, który po powstaniu styczniowym miał już nie wrócić do klasztoru. Ciekawa historia, jednak wtedy to była tylko kolejna legenda rodzinna.
Rozpocząłem badania, długo jednak kręciłem się w miejscu. Czytając po raz setny metryki, zwróciłem uwagę na nazwisko księdza udzielającego ślubu w 1870 roku, sprawdziłem w źródłach, kto to taki - sekularyzowany bernardyn. (Alegata do metryki ślubu akurat nie zachowały się - genealogiczny pech, a może tam byłby jakiś ciekawy dokument?). Pod tym samym kątem przejrzałem metryki narodzin jego dzieci - ksiądz udzielający chrztu starszemu synowi również był bernardynem. Mało tego, ten ksiądz występuje jednocześnie jako ojciec chrzestny nowonarodzonego dziecka! Hmmm. Prapradziadek musiał go zatem zapewne dobrze znać. Kolega? Przyjaciel?
Złapałem jakikolwiek trop i zacząłem wysyłać maile z prośbą o źródła, do istniejących i zlikwidowanych klasztorów bernardyńskich na kielecczyźnie, do AD w Kielcach, do Archiwum Bernardynów w Krakowie, do Biblioteki Diecezjalnej w Sandomierzu. Z jednych miejsc otrzymałem odpowiedzi, z innych nie, niestety żadna nie zawierała informacji mogących przybliżyć mnie do rozwiązania zagadki.
Równolegle zacząłem studiować życiorys (zbyt wielkie słowo - raczej notki z gazet, książek, innych publikacji, dotyczących domniemanego kolegi - księdza). Najistotniejsza okazała się publikacja biskupa Pawła Kubickiego pt. "Bojownicy Kapłani za Sprawę Kościoła i Ojczyzny 1861-1915". Tutaj nie tyle mam na myśli treść książki, (chociaż sama książka jest skarbnicą wiedzy o księżach z diecezji sandomierskiej walczących o niepodległość, ale nie akurat w moim genealogicznym przypadku), ile o bibliografię. Autor korzystał m.in. z materiałów z Archiwum Akt Dawnych. Wiem, że spłonęło w trakcie Powstania Warszawskiego w 1944 roku, i pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, to że wkroczyłem w kolejną ślepą uliczkę.
Jednak szczątki AAD stanowią zasób obecnego AGAD. Zajrzałem na stronę www AGADu i znalazłem zespół "Centralne Władze Wyznaniowe Królestwa Polskiego, 1768-1888" - wprawdzie mocno przerzedzony, ale istniejący. A do tego... w większości zdigitalizowany! Spędziłem kilkanaście wieczorów na przeglądaniu dokumentów (tym razem szczęście dopisało - interesujące mnie lata są przynajmniej częściowo dostępne) ...i znalazłem prapradziadka w klasztorze!!! Znalazłem też jego przyjaciela, z którym faktycznie najwyraźniej znali się z zakonu.
Udało mi się ustalić, w których klasztorach prapradziadek przebywał w latach 1861-1864, oraz 1864-1866, poznałem imię jakie sobie wybrał, oraz wiem że nie był ojcem zakonnym (ze święceniami kapłańskimi), lecz bratem pełniącym funkcję kwestarza.
W 1864 prawie wszystkie klasztory bernardyńskie zostały skasowane za udział w powstaniu, a zakonnicy z diecezji sandomierskiej, kieleckiej, lubelskiej przewiezieni zostali do jednego czynnego klasztoru na wymarcie. Nieciężko sobie wyobrazić przepełniony klasztor, brak jedzenia, ubrań, brak możliwości funkcjonowania jak wcześniej. Ojcowie zakonni, podejmowali decyzję o zeświecczeniu tj. opuszczeniu zakonu i pracy jako księża diecezjalni w parafii. Bracia zakonni mieli mniejsze pole manewru, zachęcani (zmuszani?) przez władze, ci którzy nie dokonali ślubów wieczystych (po nowicjacie śluby ponawiane były co roku przez kilka lat, zanim została złożona przysięga na zawsze) decydowali się na opuszczenie zakonu.
Tak zrobił mój prapradziad, tak zrobili też inni. Nie tylko bernardyni, ale i franciszkanie, reformaci, dominikanie, paulini... Imienna lista jest dosyć długa, znajduje się na niej ponad 200 zakonników opuszczających polskie klasztory! (Oczywiście zainteresowanym udostępnię, bądź wskażę źródło, a może w wolnym czasie spróbuję zindeksować.)
Co do dalszego życia prapradziadka, wiem, że do końca życia związany był z Kościołem. Utrzymywał kontakty z duchowieństwem, administrował cmentarzem, a nawet na starsze lata na ile mógł to pomagał w budowie Katedry.
Niestety nie udało mi się znaleźć żadnego źródła dotyczącego udziału zakonników z klasztoru prapradziadka w powstaniu styczniowym. Prawdopodobnie w jakiś sposób uczestniczył w zrywie, ale jak i gdzie dokładnie? Nie wiem czy kiedykolwiek się dowiem. Opracowania milczą na ten temat albo są informacje… że brak informacji. Ale przecież wątpliwe by w tym klasztorze zakonnicy zaszyli się i cicho siedzieli, gdy ich współbracia ze zgromadzenia, w innych klasztorach guberni, czynem i słowem walczyli z zaborcą. Nie wiem też, w którym roku i w którym klasztorze prapradziadek rozpoczął zakonne życie.
Inną, ciekawą sprawą, jest zmiana statusu społecznego rodziny, zapoczątkowana przez prapradziadka. Pochodził z chłopskiej rodziny. Jego ojciec (mój praprapradziad) był w trakcie swojego życia pomocnikiem młynarza, stróżem, włościaninem. Stryjowie podobnie. Bracia prapradziadka, którzy pozostali na wsi, oraz ich zstępni, również nie wychylili nosa za włościański płot przez kilka pokoleń. Tymczasem potomkowie prapradziadka to artyści, przemysłowcy, wojskowi, inżynierowie, lekarze, nauczyciele, zaczynając już od następnego pokolenia. (Ale chwalipięta!)
Wisienką na torcie jest zdjęcie prapradziadka, które wygrzebałem w bibliotece cyfrowej z publikacji dotyczącej budowy Katedry, a które dzięki uprzejmości pracowników biblioteki (dziękuję!) otrzymałem jako skan w wyższej rozdzielczości i lepszej jakości.
Taki to jest zarys historii mojego przodka, prawie-księdza Robaka
A jakby ktoś chciał wczuć się w życie bernardyńskiego kwestarza, to polecam słuchowisko Teatru Polskiego Radia pt. "Pamiętniki Kwestarza" wg. książki Ignacego Chodźki.
Pozdrowienia,
Piotr

