Ciągle popełniamy jeden błąd. A mianowicie, spoglądamy na dawne czasy poprzez pryzmat naszej rzeczywistości. Trzeba pamiętać, że istnieje rozwój cywilizacyjny ludzkości i na jakimś tam etapie rozwój ten był taki, a nie inny. Polska nie odbiegała wtedy w stosunkach społecznych od innych państw. To jest swoista pułapka stawiana przez demagogów. Można to wytłumaczyć na przykładzie węgla. Jeszcze w 60/70. latach XX wieku uczono w szkołach, ile to ton węgla więcej wydobywa się w porównaniu z sanacyjną Polską. To chyba normalne, że po kilkudziesięciu latach, przy użyciu ulepszonej techniki, tonaż wydobywczy był większy. "Łysek z pokładu Idy" by się uśmiał.

Oczywiście, niesprawiedliwość społeczna związana z systemem poddańczym była porażająca i nie można mówić, że masy niewolnych bez świadomości swojego losu, przez wieki pokornie go znosiły. Ostatecznie zaistnieli m.in.: Kostka-Napierski, czy Chmielnicki. W XIX wieku w Polsce zaistniała Partia Socjalno-Demokratyczna, bodajże poprzednik PPS, których trzon tworzyły osoby drobnoszlacheckiego pochodzenia: Marchlewski, Piłsudski, Siemiątkowski, i wielu innych. Powstał nurt pisarski (beletrystyczny), opisujący trudną dolę ludu - Dąbrowska, Sienkiewicz, Prus-Głowacki, Orzeszkowa - i znowu byli to przedstawiciele drobnej szlachty. Być może ze względu na to, że sami borykali się z problemami egzystencjalnymi, deklasacją, prześladowaniami, itp., a na pewno jako osoby wykształcone ponad przeciętność - posiadali wyostrzony dar współczucia. Tym samym stawali się emisariuszami głoszącymi tzw. sprawiedliwość społeczną. Należy domniemać, że bez takich osób działających w XIX wieku, proces wzrostu świadomości społecznej u osób prostego autoramentu byłby spowolniony.
Pozdrawiam
Robert