Kwestia koordynatorów jest kolejnym z powodów, dla którego nie ma potrzeby unifikować metod.
W naszym przypadku..prostymi słowami..nie dawałem rady edytować, redagować, rozsyłać, uploadować na ftp, rozszyłać pliki, aktualizować witrynkę, zabiegać o nowe zasoby etc
A chętnych do tego rodzaju zajęcia było niewielu. Nie z wrodzonego lenistwa a z chęci optymalizacji procesu wynikała decyzja o przesunięciu obowiązków z koordynatora na weryfikatorów.
Pomimo reorganizacji (Paweł Marecki koordynuje chrzty z Jana 1826-1909) w dalszym ciągu to pięta achillesowa.
Jak pisałem: różne zasoby (ludzi, sprzęt, dokumenty),->różne rozwiązania.
Moim największym obecnym zmartwieniem jest brak audytu zewnętrznego. Jakiejś formy autoryzacji, oceny częstości popełnionych błędów dokonanej przez osobę/instytucję z zewnątrz.
Wiedza i narzędzia statystyczne którymi dysponujemy a także czas umożliwiły nam ocenę na podstawie próbek. Rezultatem jest chęć poddanie się zewnętrznej ocenie. Czyli oceniamy że jest dobrze, ale nie wiemy czy ta ocen anie jest subiektywna;) Ale na tyle dobrze, że nie wstydzimy się i nie boimy oceny z zewnątrz:)
Zamykam nawias i wracam do meritum:
W żaden sposób nie sugeruję, że nasze rozwiązanie jest "uniwersalnie lepsze (czy "inne w tym "mormońskie" jest gorsze).
W określonej sytuacji uważam że było lepsze. A zwracam uwagę na powody. Tzn w naszym przypadku z ww opisanych doświadczeń wynikało, ze należy mocno zmienić procedurę.
Przyjęte założenie:
"Jeśli uzna za stosowne może poprawić w każdej pozycji nawet w tej gdzie nie ma różnic."
oznacza (tzn tak rozumiem) że będzie przeglądał wszystko tj również rekordy zgodne w dwóch wersjach czyli w zasadzie różnice są minimalne...
Założenie są ciut inne, mianowicie przyjęliśmy , że pierwszy rok to
budowanie zespołu, liczba zindeksowanych aktów nie jest priorytetem. Ważniejsza
niż ilość jest dokładność, wiarygodność (jako samodzielny twór bez wsparcia CHR czy innej organizacji), procedury zabezpieczające przed
błędami ze sfery paw autorskich etc
staraliśmy się też
upubliczniać wyniki prac jak najszybciej (na każdym etapie , czy to sfotografowane indeksy czy wprowadzone indeksy, czy niezweryfikowane akty) - skoro skorowidze papierowe czy rejestry z końca roczników mają do 40% to opublikowanie ich oznacza że 6 na 10 kwerendzistów od razu będzie miało sukces:). Poza tym, skoro wyborem naszym nie było tempo, to jakoś odległy termin zakończenia pracy chcieliśmy zrekompensować.
Moje dość szczegółowe opisy przyjętych rozwiązań nie wynikają z przekonania że są najlepsze w każdym przypadku! argumentacja raczej jest "tłumaczeniem się", dlaczego w naszej (a szczególnie mojej) ocenie nie przyjęliśmy rozwiązania "mormońskiego". A nie było to łatwe -odrzucić lata doświadczeń specjalistów. Chodzi mi o to, zenie byłą to pochopna decyzja. Coś za tym stało (nie tylko chęć oryginalności:)
Wierzę, że w innych przypadkach, nie miałoby to uzasadnienia. Nie nakłaniam do odrzucenia przyjętego przez Ciebie modelu. Ale dyskusja (na podstawie doświadczeń nie teoretyzowanie bez podstaw) jest warta podjęcia.
Tak jak np przy "ogólnoświatowym SOUNDEX-ie" - dodanie elementów polskich, wprowadzenie modyfikacji wynikającej ze specyfiki (np dwujęzyczny zapis nazwisk i imion) polskich aktów ma sens.
I może mieć pozytywne przełożenie na przyszłe prace.
Może ktoś zaproponuje jeszcze coś innego?
Temat jest godny rozwinięcia, nie poruszyliśmy np
zakresu wprowadzanych danych (dane rodziców? daty? świadkowie etc)
relacji "zakres danych a termin ukończenia" "zakres danych a przydatność dla kwerendzisty" "tempo prac a przyjęty poziom błędów"... jest o czym rozmawiać i czym się dzielić (pomysłami, wątpliwościami)
Ja w dalszym ciągu nie wiem (choć próbowałem jakoś to policzyć) jak się ma chęć zbicia częstości pominięć (wyników fałszywie negatywnych) z 1% do 0,1% do tempa prac.
I ..nie wiem...
Czasem bywa tak, że ktoś robi bardzo bardzo dobrze i bardzo bardzo szybko, czasem widać przełożenie - im szybciej tym więcej błędów, ale czasem odwrotnie! wolno i źle vs. szybciej i lepiej
więc nie ma (a chciałbym mieć:) wykrytej zależności:
robimy w danym czasie w danym zespole
100 000 z błędem 1% albo
20 000 z błędem 0,5% albo
5 000 z błędem 0,1%
gdzieś tak krąży mniej więcej chyba...ale chyba.
A dopóki nie wiem "na pewno" jak się ma ilość do jakości to decyzja "dążymy do poniżej 0,5%" jest "na czuja" i być może błędna. Np gdyby zamiast wyznaczać poziom na 0,5% - wyznaczyć go na 1% a spowodowałoby to prace czterokrotnie czy dziesięciokrotnie szybsze..to może nie ma sensu trzymać się 0,5%
etc
etc
Pozdrawiam