Knap - Mlęcin, Wiśniew - historia rodzinna z zagadką w tle!
: śr 20 lut 2013, 15:20
Witam serdecznie.
Wczoraj wpadłam na trop zagadki rodzinnej do rozwiązania.
29 grudnia 1918 r w rodzinie Władysława Knapa i Franciszki z d. Sadoch we wsi Mlęcin urodziło się kolejne (chyba trzecie) dziecko - dziewczynka, której na chrzcie dano imiona Zofia Irena. Chrzest odbył się 13-04-1919 w Warszawie w rzymsko-katolickiej parafii Św. Jana Chrzciciela. Zosia miała jeszcze starsze rodzeństwo - siostrę Adelę oraz brata Franciszka. Franciszek zmarł we wczesnym dzieciństwie, a więc w rodzinie zostały dwie dziewczynki. Ojciec chyba uprawiał ziemię, a Matka oprócz prac domowo-polowych trochę szyła.
I życie rodziny byłoby szczęśliwe gdyby nie fakt, że Matka około roku 1921 zmarła. Według przekazów rodzinnych zatruła się grzybami. Potrzebna była natychmiastowa interwencja lekarza. Niestety mąż nie zechciał skorzystać z pomocy dworu, który zaoferował samochód do zawiezienia Franciszki do lekarza w Mińsku Mazowieckim (20 km) i załadował cierpiącą żonę na furę i zaczął wieźć do szpitala w Warszawie (60 km). I nie dowiózł. Franciszka zmarła i osierociła swoje dwie córeczki. Adelcia miała około 6 lat, a Zosia 3 lata.
Ojciec nie czuł się na siłach, albo nie chciał opiekować się dwojgiem dzieci i postanowił oddać jedno z nich na wychowanie siostrze swej zmarłej żony, która nie mogła mieć własnych dzieci. Siostra ta Bronisława po mężu Marcinkowska chciała wziąć obie dziewczynki i wychować jak swoje. Ale ojciec się nie zgodził. Oddał tylko Zosię. Podobno Adelcia biegła za odjeżdżającym samochodem i z płaczem krzyczała "oddajcie Zosię" "oddajcie Zosię".
Zosia zamieszkała z ciocią i wujkiem i całe swoje długie życie (zmarła w wieku 86 lat w 2005r) jak najcieplej wspominała oboje. Traktowała ich jak najukochańszych rodziców.
Adelcia, która została z ojcem nie miała łatwego życia. Od najmłodszych lat musiała pracować. Pasała krowy, pomagała w ogrodach, pracowała we dworze, opiekowała się cudzymi dziećmi, aż w wieku 10 lat zaczęła szyć. Nie wiem czy ojciec był tak biedny, że nie mógł zapewnić jej normalnego dzieciństwa, czy były jakieś inne powody? Do szkoły owszem chodziła. Skończyła 4 klasy szkoły powszechnej, ale do końca życia nie robiła błędów ortograficznych. Pisała, używając prostych zdań, ale zawsze ładnie budowała te zdania i precyzyjnie przekazywała swoje myśli.
Ciotka Bronisława kilkukrotnie proponowała ojcu, że zabierze Adelcię do siebie, ale ojciec się nie zgadzał. Pozwolił Adeli jedynie na pójście do Warszawy na służbę na kilka lat. Adela znalazła miejsce u porządnych ludzi („u Państwa mecenasostwa” jak mówiła) i pracowała tam do momentu ukończenia 16 lat. Potem ojciec zażądał powrotu i prowadzenia mu domu.
A potem to już potoczyło się normalnie. Ojciec ponownie się ożenił, Adela i Zosia wyszły za mąż i życie popłynęło swoim torem, ale to juz całkiem inna historia.
Zosia to moja Mama.
I właśnie z Mamą, a właściwie z jej chrztem mam problem.
Wieś Mlęcin jest w tej chwili w zasadzie cała wyznania mariawickiego z parafią w Wiśniewie. Moja ciocia Adelcia była mariawitką. Jej brat przyrodni też i cała rodzina to są mariawici. Rodzice zostali pochowani na cmentarzu mariawickim.
A moja Mama była ochrzczona w kościele rzymsko-katolickim w Warszawie, mimo iż mieszkała z całą rodziną w mariawickim Mlęcinie. Dlaczego? I dlaczego w Warszawie? Nie mam nikogo, aby się zapytać. Ostatni żyjący członek rodziny z pokolenia mojej Mamy już nic nie pamięta i nie może służyć pomocą. A w czasach, kiedy mogłam się zapytać, to nie wiedziałam o tym, że moja Mama była chrzczona w parafii rzymsko-katolickiej. Dopiero wczoraj przeglądając (po raz setny) stare dokumenty, wczytałam się przy pomocy lupy, dokładnie w pieczątki i odkryłam, że świadectwo urodzenia i chrztu mojej Mamy wystawił ksiądz z parafii Św. Jana Chrzciciela w W-wie.
No i mam następna zagadkę do rozwiązania. Tylko czy uda mi się ja rozwikłać?
Pozdrawiam
Małgorzata
Wczoraj wpadłam na trop zagadki rodzinnej do rozwiązania.
29 grudnia 1918 r w rodzinie Władysława Knapa i Franciszki z d. Sadoch we wsi Mlęcin urodziło się kolejne (chyba trzecie) dziecko - dziewczynka, której na chrzcie dano imiona Zofia Irena. Chrzest odbył się 13-04-1919 w Warszawie w rzymsko-katolickiej parafii Św. Jana Chrzciciela. Zosia miała jeszcze starsze rodzeństwo - siostrę Adelę oraz brata Franciszka. Franciszek zmarł we wczesnym dzieciństwie, a więc w rodzinie zostały dwie dziewczynki. Ojciec chyba uprawiał ziemię, a Matka oprócz prac domowo-polowych trochę szyła.
I życie rodziny byłoby szczęśliwe gdyby nie fakt, że Matka około roku 1921 zmarła. Według przekazów rodzinnych zatruła się grzybami. Potrzebna była natychmiastowa interwencja lekarza. Niestety mąż nie zechciał skorzystać z pomocy dworu, który zaoferował samochód do zawiezienia Franciszki do lekarza w Mińsku Mazowieckim (20 km) i załadował cierpiącą żonę na furę i zaczął wieźć do szpitala w Warszawie (60 km). I nie dowiózł. Franciszka zmarła i osierociła swoje dwie córeczki. Adelcia miała około 6 lat, a Zosia 3 lata.
Ojciec nie czuł się na siłach, albo nie chciał opiekować się dwojgiem dzieci i postanowił oddać jedno z nich na wychowanie siostrze swej zmarłej żony, która nie mogła mieć własnych dzieci. Siostra ta Bronisława po mężu Marcinkowska chciała wziąć obie dziewczynki i wychować jak swoje. Ale ojciec się nie zgodził. Oddał tylko Zosię. Podobno Adelcia biegła za odjeżdżającym samochodem i z płaczem krzyczała "oddajcie Zosię" "oddajcie Zosię".
Zosia zamieszkała z ciocią i wujkiem i całe swoje długie życie (zmarła w wieku 86 lat w 2005r) jak najcieplej wspominała oboje. Traktowała ich jak najukochańszych rodziców.
Adelcia, która została z ojcem nie miała łatwego życia. Od najmłodszych lat musiała pracować. Pasała krowy, pomagała w ogrodach, pracowała we dworze, opiekowała się cudzymi dziećmi, aż w wieku 10 lat zaczęła szyć. Nie wiem czy ojciec był tak biedny, że nie mógł zapewnić jej normalnego dzieciństwa, czy były jakieś inne powody? Do szkoły owszem chodziła. Skończyła 4 klasy szkoły powszechnej, ale do końca życia nie robiła błędów ortograficznych. Pisała, używając prostych zdań, ale zawsze ładnie budowała te zdania i precyzyjnie przekazywała swoje myśli.
Ciotka Bronisława kilkukrotnie proponowała ojcu, że zabierze Adelcię do siebie, ale ojciec się nie zgadzał. Pozwolił Adeli jedynie na pójście do Warszawy na służbę na kilka lat. Adela znalazła miejsce u porządnych ludzi („u Państwa mecenasostwa” jak mówiła) i pracowała tam do momentu ukończenia 16 lat. Potem ojciec zażądał powrotu i prowadzenia mu domu.
A potem to już potoczyło się normalnie. Ojciec ponownie się ożenił, Adela i Zosia wyszły za mąż i życie popłynęło swoim torem, ale to juz całkiem inna historia.
Zosia to moja Mama.
I właśnie z Mamą, a właściwie z jej chrztem mam problem.
Wieś Mlęcin jest w tej chwili w zasadzie cała wyznania mariawickiego z parafią w Wiśniewie. Moja ciocia Adelcia była mariawitką. Jej brat przyrodni też i cała rodzina to są mariawici. Rodzice zostali pochowani na cmentarzu mariawickim.
A moja Mama była ochrzczona w kościele rzymsko-katolickim w Warszawie, mimo iż mieszkała z całą rodziną w mariawickim Mlęcinie. Dlaczego? I dlaczego w Warszawie? Nie mam nikogo, aby się zapytać. Ostatni żyjący członek rodziny z pokolenia mojej Mamy już nic nie pamięta i nie może służyć pomocą. A w czasach, kiedy mogłam się zapytać, to nie wiedziałam o tym, że moja Mama była chrzczona w parafii rzymsko-katolickiej. Dopiero wczoraj przeglądając (po raz setny) stare dokumenty, wczytałam się przy pomocy lupy, dokładnie w pieczątki i odkryłam, że świadectwo urodzenia i chrztu mojej Mamy wystawił ksiądz z parafii Św. Jana Chrzciciela w W-wie.
No i mam następna zagadkę do rozwiązania. Tylko czy uda mi się ja rozwikłać?
Pozdrawiam
Małgorzata