Ponieważ Grzegorz, jak zwykle nie wytrzymał aby mnie nie podszczypać (dla niewtajemniczonych powiem, że na tym portalu, to właśnie ja jestem określany mianem "genealogicznego ortodoksa"), odpowiadam.
Po pierwsze.
Zawsze broniłem i będę bronił naukowego podejścia do genealogii, opartego o wzorce wypracowane przez prof. Włodzimierza Dworzaczka, a w ostatnim czasie popularyzowane przez Rafała Prinke, Sławomira Leitgebera, Sławomira Górzyńskiego, Małgosię Nowaczyk i wielu innych autorów.
Po drugie.
Jestem przeciwnikiem wszelkiej maści szarlatanerii genealogicznej i takiemuż kuglarstwu, jakie można niestety spotkać na amatorskich forach, nawet jeśli ich orędownikiem w dobrej wierze jest mój przyjaciel - Grzegorz z Wrocławia

Po trzecie.
W licznych dyskusjach przestrzegałem przed rozpoczynaniem poszukiwań przez młodych stażem historyków rodziny "od herbarzy" lub od znanych postaci historycznych noszących nasze nazwisko.
To w większości przypadków złudna droga i zbędna strata czasu.
Po czwarte.
Nigdy nie kwestionowałem określonych narzędzi badawczych czy metod, o ile mają one swoje uzasadnienie w konkretnym przypadku. Jednym słowem, metody badawcze dobieramy w zależności od tego, jak nam pozwalają warunki, a nie wedle własnego widzimisię.
Po piąte.
Zastosowana przez Jacka metoda, była w tym przypadku jedynym logicznym rozwiązaniem, zważywszy na fakt, że populacja liczy około 100 osób.
Zważ też, drogi Grzegorzu, że Jacek nie rozpoczynał poszukiwań "od herbarza". On tę metodę zastosował wówczas, gdy wyczerpał wszelkie inne możliwości i doszedł "do ściany".
Gdybyśmy mieli do czynienia z innym nazwiskiem, lub szlachtą Północnego Mazowsza, gdzie nawet lokalizacja w konkretnym powiecie niewiele daje, bo trzeba znać zaścianek, to ta metoda niewiele by dała.
Nie można więc na tej podstawie generalizować.
Można tak jak ujął to Jacek, wskazywać, że w określonych sytuacjach, może się to okazać skuteczne.
W innym wypadku, ktoś bez doświadczenia uwierzy w to, że jest to uniwersalny instrument badawczy i niepotrzebnie straci czas, a miast spodziewanego sukcesu, spotka go rozczarowanie.
Po szóste.
Podobną metodologię stosuję w badaniach średniowiecznych rodzin rycerskich, ustalając grupy rodzinne i ich związki. Czasami się to udaje.
Nie zawsze jest to jednak uzasadnione i nie zawsze warto stosować.
Niestety nie ma tu jakiegoś wzoru matematycznego, wedle którego można postępować.
To już jest sprawa doświadczenia i intuicji badacza.
Po siódme i ostatnie.
Powiem przekornie, że właściwie to nie powinienem zabierać tu głosu, bo wyjaśniając to, działam poniekąd przeciwko sobie.
Im więcej bowiem pokutuje błędnych przekonań, im bardziej ludzie błądzą i dają wiarę w drogi na skróty, tym częściej trafiają później do mnie.
Chyba na drugi raz ugryzę się w język

Pozdrawiam serdecznie
Waldemar Fronczak